Lwów (Львів) 30 kwiecień – 3 maj 2011

Celem mojej pierwszej „Po-erazmusowej” wyprawy był Lwów.  Miasto wyjątkowe dla każdego Polaka a w szczególności Krakowianina. Chyba nie ma na ziemi drugiego takiego miejsca, leżącego poza granicami naszego kraju, które miało by tyle wspólnego z naszą Ojczyzną. We Lwowie spędziłem tylko 4 dni, ale to wystarczyło bym wyrobił sobie, swoje własne zdanie, na temat naszych wschodnich sąsiadów. Przed wyjazdem na Ukrainę byłem bombardowany różnymi informacjami, z których część, tak jak to miało miejsce w przypadku Turcji i Syrii okazała się nieprawdziwa. Po raz kolejny muszę ze smutkiem przyznać, że Polacy w doskonały sposób potrafią obsmarowywać miejsca w których nigdy  nie byli (albo byli dawno temu), a całą swoją wiedzę opierają na jakiś dziwacznych plotkach.  Zapraszam do przeczytania tego krótkiego wpisu o mojej wyprawie na „zieloną Ukrainę”

Wyjazd na Ukrainie był typowym przykładem podróżowania w stylu „drink & travel” (z naciskiem na ten pierwszy człon). We Lwowie koszty życia są 2 -3 krotnie mniejsze niż w Krakowie, więc momentami ciężko nam się było zmusić do zwiedzania. Wiele osób przed wyjazdem, ostrzegało mnie przed agresywnymi Ukraińcami. Osobiście nie spotkałem się z żadnym przejawem tego typu zachowania, ale nawet jak by się tak stało, to wcale bym się nie zdziwił. Większość Polaków przyjeżdżających do  Lwowa, traktuje to przepiękne miasto, podobnie jak Anglicy traktują Kraków.  Ze smutkiem muszę przyznać, że i my też się tak troszkę zachowywaliśmy.  Ale trudno jest powstrzymać się od imprezowania jak ceny (i atmosfera) tak temu sprzyjają. Ukraina jest przedziwnym krajem gdzie do obiadu zamiast piwa zamawia się wódkę, a piwo można kupić w każdym kiosku, co więcej jest tańsze od wody mineralnej czy Coli.

(1) Kobieta sprzedająca baloniki w centrum Lwowa

Podczas rozmów z mieszkańcami Lwowa, dowiedzieliśmy się , że Ukraina nieformalnie podzielona jest na dwie części.  Zachodnia – bardziej pro Europejska (lub jak kto woli pro Polska) i wschodnia, w której większą sympatią darzy się Rosję. We Lwowie bez problemu,  można komunikować się w naszym rodzimym języku. Z Angielskim jest już trochę gorzej, ale w hostelach, czy też restauracjach zawsze znajdzie się ktoś mówiący w tym języku.  Mimo, że znajdowaliśmy się w bardziej „Europejskiej” części kraju, na ulicach wyraźnie można było odczuć klimat podobny do tego panującego w Polsce na początku lat 90.

Ukraina to kraj pełen skrajności. Z jednej strony pełno tu luksusowych, nowoczesnych samochodów, jednak znaczącą większość stanowią stare rozklekotane gruchoty sprzed 30 a nawet 40 lat. Jednak nie tylko to zostało im „po komunie”. Jak się dowiedzieliśmy z rozmów z miejscowymi, za pomocą łapówek da się tu załatwić niemal wszystko. Ja nie mówię, że w Polsce łapówkarstwo nie występuję… oczywiście że tak, ale na pewno nie na taką skalę.  Do zachowań które szczególnie mnie uderzyły mogę zaliczyć, notoryczne wpychanie się do kolejek. Ukraińcy robią to bez żadnego obciachu a wszelkie uwagi mają gdzieś. Kolejna rzecz to sposób w jaki traktuję się klientów w knajpach czy restauracjach. Kelnerzy zachowują się tak,  jak by robili ci łaskę, że przyjmą od Ciebie zamówienie , a na posiłek trzeba czekać wyjątkowo długo. No ale nie ma co narzekać, w końcu nawet w najlepszych restauracjach można się najeść (i upić) za grosze.

Sam Lwów, jest wyjątkowo podobny do Krakowa. Szkoda tylko, że większość zabytków jest nie odnowiona.  Ale właśnie przez to w mieście panuje szczególny klimat.  Nie będę opisywać poszczególnych tras wycieczek, bo nie ma to najmniejszego sensu. Ciekawskich odsyłałam do pierwszego lepszego przewodnika.

Wielka szkoda, że nie udało nam się wejść do wnętrza kościoła Jezuitów, który po wojnie został zamieniony na gigantyczny magazyn książek. Podobno w świątyni prowadzone są prace remontowe a zbiory przenoszone w bardziej odpowiednie miejsce. Dookoła budowli postawione były mizerne rusztowania, ale patrząc na stan budynku, chyba dawno nikt na nich nie pracował. Szkoda też dawnego kasyna szlacheckiego które na zdjęciach w przewodniku zachwyciło nas wspaniałymi wnętrzami. No ale może, to że nie byłem w tych miejscach, sprawi że zawitam ponownie do Lwowa… kto wie?  Popełnił bym wielki błąd gdybym choć jednym słowem nie wspomniał o cmentarzu Łyczakowskim oraz cmentarzu Orląt Polskich. Oba miejsca w szczególny sposób związane są z historią Polski. Poniżej można obejrzeć kilka zdjęć z tej najstarszej Lwowskiej Nekropolii.

Na koniec tego krótkiego wpisu, kilka słów o powrocie… Przejście przez granicę zajęło nam kilka godzin. Zanim dostaliśmy się na Polską stronę, musieliśmy przedrzeć się przez stado „mrówek” którzy za dwie paczki papierosów i litr wódki (dokładnie tyle można przewieść przez granicę) potrafili by zabić ! Przeprawa przez Ukraińską granice, była koszmarna, ale po tym co zobaczyliśmy i przeżyliśmy w Lwowie, myślę że było warto !

(2) Pomnik Iwana Fedorowa

(3) „Nawożenie warzyw”  egzemplarz z roku 1929 roku

(4) Handlarze książek
(5) Na licznych targach i straganach, można kupić wszystko.

(6) Jedna z figur na cmentarzu Łyczakowskim

(7) Jak wyżej

(8) jak wyżej

(10) Monumentalny grobowiec

(11) Jeden z grobów na cmentarzu Łyczakowskim

(12) Cmentarz Orląt Polskich

(13) Jeden z wielu starych samochodów na ulicach Lwowa

(14) Asia na klatce schodowej naszego hostelu

Reklamy