Şanlıurfa 9 stycznia 2011

Powrót do Polski zbliżał się wielkimi krokami, jednak wszelkie przygotowania z tym związane, nie przeszkodziły nam w udaniu się na kolejną wycieczkę. Tym razem w lekko okrojonym, gronie (5 osób) wybraliśmy się do oddalonej o około 140 km od Gaziantepu, Urfy.

Ciekawostka na dobry początek : W Turcji, tablice rejestracyjne zaczynają się od numeru opisującego  kolejność prowincji w alfabecie. przykładowo 01 – Adana ; 02 -Adyaman ; … ;27- Gaziantep ;… ; 63 –Şanlıurfa ;…

Po niezbyt przyjemnych przygodach, związanych z organizacją autobusu, jakie miały miejsce 2 tygodnie wcześniej (patrz: wycieczka na Nemrut), zdecydowaliśmy się wybrać do Urfy na własną rękę . Początkowo mieliśmy w planach jechać w szóstkę (4 Polaków, Tajwanka, oraz Niemiec tureckiego pochodzenia), niestety nad ranem okazało się , że jeden z kolegów nie jest w stanie wstać o tak wczesnej porze, co zmusiło nas do zredukowania grupy o jeden. Po przyjeździe na dworzec autobusowy, bez zastanowienia wsiedliśmy w pierwszy mini-bus który jechał w stronę Şanlıurfy. Nie zdziwiło nas, że pozostali pasażerowie byli pochodzenia Kurdyjskiego, w końcu Urfa od zawsze zamieszkiwana była głownie przez tą mniejszość. Nie zaskoczyła nas również reakcja jednej z kobiet, na sytuacje, gdy koleżanka pocałowała kolegę w policzek. W końcu tylko małżonkowie mogą dopuszczać się tak lubieżnych czynów.

Przy dźwiękach dyskografii The Smiths, obserwowałem zmieniający się krajobraz południowo-wschodniej Turcji. Po kilkudziesięciu minutach jazdy zatrzymaliśmy się w Kurdyjskiej wiosce Birecik, usytuowanej nad brzegiem rzeki Eufrat. Od strony Gaziantepu, do miasta można się było dostać przez most, z którego było widać całą panoramę sennej mieściny, z zabytkowym Rzymskim zamkiem na pierwszym planie. Twierdza była przebudowywana wiele razy, a jaj początki datuje się na rok 30 P.N.E. W Bireciku musieliśmy się przesiąść na kolejny autobus, który miał nas zawieść bezpośrednio do Urfy. Jednak zanim ruszyliśmy w dalszą drogę, mieliśmy chwilę wolnego czasu.  Miasto zdominowane było przez jedno i dwukondygnacyjne,  niezadbane budynki, które wyglądały jakby zaraz miały się zawalić.  Co chwile do naszych nozdrzy dochodził przeraźliwy smród, wydobywający się z rynsztoku, co sprawiło, że jeszcze bardziej chcieliśmy już być w Şanlıurfie.  Po niecałej godzinie wreszcie ruszyliśmy w dalszą drogę. Zostawiając za swoimi plecami , wybudowane na wapiennych wzgórzach otaczających rzekę Eufrat ,Birecik, wyruszyliśmy w  głąb Kurdystanu…

(1) To nie nowe gwiazdy sceny Indie-Electronic , to Kurdyjscy sprzedawcy ryb, przy jednej z ulic Urfy

Kierowca autobusu wysadził nas blisko centrum miasta, w pobliżu bardzo czystego i zadbanego parku. Gdzieś nieopodal wznosił się nowiutki, nowoczesny drapacz chmur. Nie tak wyobrażałem sobie Urfę. Na pierwszy rzut oka, miasto wyglądało bardzo schludnie. Jednak zdawałem sobie sprawę , jak mylne mogą być moje osądy.  Z parku w którym się znajdowaliśmy, miał nas odebrać poznany na stronie couch surfing student, który zaoferował nam swoją pomoc w zwiedzaniu miasta. I tak też się stało.

Po szybkim śniadaniu, zaczęliśmy zwiedzanie. Na początek odwiedziliśmy liczące ponad 500 lat więzienie. Obiekt był ogrodzony drutem kolczastym, a władze miasta dopiero zaczynały prace renowacyjne. Dopiero za kilka lat więzienie miało zostać oddane dla zwiedzających. Nam jednak udało się dostać do środka, wchodząc przez wyważoną przez lokalnych wandali bramę. Więzienie było ogromne , większość cel znajdowała się pod ziemią. W ruinach spędziliśmy kilka minut po czym ruszyliśmy w dalszą drogę. Wąskimi, podobnymi do tych w Gaziantep uliczkami , przemieszczaliśmy się w głąb, tego pół milionowego miasta. Podczas spaceru odwiedziliśmy kilka historycznych meczetów i kościołów.  Podobno pod jednym z nich znajdowała się jaskinia ,w której żył biblijny Hiob. Widok ciekawy, ale na opisywanie  każdego z miejsc po kolei szkoda mi czasu…

(2) Kurdyjskie dzieci czyszczące buty

Anarchy in Turkey

Maszerując uliczkami Urfy, skierowaliśmy się w stronę zamku. Mijaliśmy wiele zabytkowych kurdyjskich domostw, liczne sklepy i bazary. W miarę oddalania się od nowoczesnej części, miasto stawało się coraz bardziej „dzikie” i  orientalne. Spotykaliśmy dziesiątki kurdyjskich dzieciaków, zarabiających na ulicy, sprzedając chusteczki higieniczne lub czyszcząc buty. Wielu napotkanych mieszkańców Urfy było dotkniętych kalectwem, co skłoniło nas do licznych refleksji. W powietrzu unosiła się wyraźnie wyczuwalna woń orientalnych przypraw oraz  tytoniu, która miejscami mieszała się ze  fetorem rynsztoku.  Momentami czułem się trochę jak Marlow z „Jądra ciemności”.

Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o miejsce, które w skrócie mógł bym opisać jako „dom gry”. Było to jedno z najstarszych miejsc tego typu, w tej części Turcji. Dookoła ogromnego placu, pełnego od stolików przy których gromadzili się mężczyźni, podwieszony był balkon, z którego mogłem podglądać graczy.  Nad dziedzińcem rozprzestrzeniały się tumany dymu tytoniowego z fajek wodnych i papierosów.  Jak już wcześniej pisałem , większość gorliwych muzułmanów nie pija alkoholu, za to prawie wszyscy są uzależnieni od papierosów i herbaty.  Jak w Gaziantep, można spotkać sklepy monopolowe, niemalże na każdym rogu, to w Urfie nie widziałem ani jednego punktu ,gdzie można by było kupić jakikolwiek napój wyskokowy.

(3) Szachy i herbata

(4)Mężczyźni ubrani w chusty, grający w karty

(5) Spotkanie przy papierosie i herbacie

(6) Widok z góry

Na pierwszym piętrze budynku znajdowały się pracownie krawieckie do których wchodziło się bezpośrednio z balkonu. Wszędzie porozstawiane były  maszyny do szycia i inne przyrządy krawieckie, które potęgowały niesamowity klimat miejsca.

(7) Utopia …

 

Bezpośrednio z „domu gier” czy jakkolwiek się to miejsce nazywało, wyszliśmy na gigantyczny bazar. Po wejściu na targowisko, nasunęło mi się pierwsze skojarzenie – Syria.  Dziesiątki straganów z chustami,  przyprawami, mięso wywieszone na wystawach i produkty dosłownie ze wszystkich działów. Nawet sprzedawcy wyglądali podobnie do tych z Aleppo, a o kobietach z zakrytymi twarzami i chustami na głowach już nie wspomnę. Pomiędzy straganami, spacerowali starsi mężczyźni ubrani w tradycyjne, szerokie spodnie (szarawary) i „arafatki” na głowach oraz  kurdyjscy młodzieńcy w  eleganckich butach, dresach i z żelem na włosach.

Ciekawostką może być sklep, w którym można było kupić każdy typ broni: od shotgunów po broń krótką. Jak się później dowiedziałem, w Turcji bardzo łatwo jest dostać pozwolenie na używanie pistoletu. Kolega nawet zaproponował mi, że jak chce to może poprosić sprzedawce żeby ściągnął mi jakąś groźnie wyglądającą strzelbę i zrobię sobie z nią sesję zdjęciową.

Po kilkudziesięciu minutach kluczenia po labiryncie straganów w końcu dotarliśmy do parku Gölbasi, w którym znajdował się staw ze słynnymi karpiami. Żeby zacząć opisywać miejsca które zobaczyliśmy, konieczne jest przybliżenie legendy o Abrahamie.

Król Nemrod (prawnuk Noego) był wielkim miłośnikiem pogańskich bóstw.  (…tak bardzo, że chciał się stać jednym z nich!) Jednak na swojej drodze spotkał proroka Abrahama, który wypowiedział mu prywatną wojnę. Król rozwścieczony postępowaniem Abrahama postanowił go ukarać i udowodnić wszystkim, że to on jest najpotężniejszy na całym świecie. Kazał wyciąć wszystkie drzewa w okolicy i usypać z nich wielki stos, na którym miał spłonąć Abraham. Na pobliskim zamku, wybudowano dwie kolumny z których Abraham miał zostać wystrzelony (jak z procy!) w ogień. Jednak Bóg Abrahama zlitował się nad nim i zamienił płomienie w wodę a rozpalone węgle w ryby. Przez co prorok bezpiecznie wylądował w stawie. Ryby które powstały z transformacji, to Karpie i do dziś są uważane jako święte. Jeżeli ktokolwiek odważy się zabić i zjeść rybę – oślepnie.

Rozgniewany na Nemroda, Bóg, pokarał go zsyłając muchę, która przez nozdrza dostała się do jego mózgu. Władca nie był w stanie wytrzymać brzęczenia i co chwilę uderzał głową w ścianę, co z czasem doprowadziło do jego śmierci.

Kurdowie opowiadali jeszcze coś o wybrance Abrahama i kilka innych szczegółów ale nie było to jakoś wyjątkowo fascynujące. Jak kogoś interesuje to odsyłam do internetu.

(8) Święte karpie

Miejsce jest niezwykle ważne dla muzułmanów, którzy uważają Abrahama za swojego proroka. Z tego powodu, Urfa jest częstym miejscem pielgrzymek wiernych z całego świata Arabskiego.  Park w którym mieszczą się główne zabytki, jest wyjątkowo malowniczy i mimo, że nie ma za wiele wspólnego z naszą religią na pewno warto go odwiedzić. Według wiary katolickiej (Biblii) Abraham pochodził z miasta Ur (na mapie o wiele niżej, wgłąb Mezopotamii, gdzieś na terytorium dzisiejszego Iraku).  Podobnie sytuacja przedstawia się z Hiobem, jednak to nie przeszkadza muzułmanom wierzyć, że to właśnie Urfa  jest miastem Proroków. Ponadto z miejscem związanych jest jeszcze kilka innych opowieści,  ściślej powiązanych z Chrześcijaństwem. Ale tak samo jak w poprzednich przypadkach, ich wiarygodność jest raczej znikoma. Mówi się, że Abgar V, władca Edessy (starożytna nazwa Şanlıurfy) prowadził korespondencje listowną z Jezusem. Gdy król zachorował na trąd, Chrystus wysłał mu swoją podobiznę ,odciśniętą na chuście (Mandylion). Mężczyzna został cudownie uzdrowiony, jednak wiele lat później, po jego naturalnej śmierci, relikwia zaginęła, a mieszkańcy Edessy ponownie zaczęli wierzyć w pogańskie bóstwa.

(9) Meczet Halilur Rahman Camii

Żadne zdjęcia nie są w stanie pokazać jak wiele ryb znajduję się w stawie.  Z tego co usłyszałem, władze miasta w żaden sposób nie kontrolują rozrodu zwierząt. Za 50 kuruszów (przez nas potocznie nazywane „kurwisze”) czyli około 1zł można kupić karmę. Gdy chodź jedno ziarenko wpadnie do wody, setki ryb przypływa po więcej.

Nad stawem znajdował się zabytkowy, przepiękny meczet Halilur Rahman , pochodzący z XIII wieku. Pogoda tamtego dnia, wyjątkowo nam się udała, przez co spacerowanie po parku było czystą przyjemnością. Podobno w lecie w Urfie temperatura sięga 50 stopni Celsiusza, co wyjątkowo utrudnia zwiedzanie. Mówi się, że Şanlıurfa jest jednym z najgorętszych miejsc w całej Turcji

(10) dziewczynka karmiąca święte karpie

(11) Mężczyzna dokonujący ablucji, przed modlitwą w meczecie


Wspinaczka na górę zamkową zajęła nam dłuższą chwilę (pokonaliśmy dokładnie 169 schodów). Sam zamek prezentował  się dość mizernie, może z tego powodu, że na tym terenie prowadzone było wiele wojen, a Edessa (Şanlıurfa) przechodziła z rąk do rąk. Władali ją między innymi Rzymianie, Persowie, Grecy, Arabowie, Krzyżacy a nawet Mongołowie. Najciekawszym punktem zamku, są dwie ogromne korynckie kolumny, które górują nad Urfą i  stały się jej swoistą  wizytówką. Z góry zamkowe rozciągał się przepiękny widok na okolicę, którym rozkoszowaliśmy się przez dłuższą chwilę

(12) Kolumny na wzgórzu Damlacık, na drugim planie panorama Urfy

Ciekawostka  : Miejscowa legenda głosi, że Urfa była pierwszym miastem wzniesionym po opadnięciu wód Potopu.

(13) powtórzone

Słońce chyliło się ku zachodowi a my mieliśmy jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia , więc szybki krokiem zeszliśmy z góry zamkowej.  Nasz Kurdyjski przewodnik, zaprowadził nas na teren wykopalisk archeologicznych. Odwiedziliśmy ruiny starożytnej łaźni parowej, sprzed kilku tysięcy lat. Podłoga w budynku była pokryta przepięknymi mozaikami przedstawiającymi między innymi Greckich Bogów.  Cały budynek był doszczętnie zniszczony i tylko mozaiki przetrwały próbę czasu. Nad terenem wykopalisk rozwieszony był ogromny namiot który chronił znalezisko przed deszczem i innymi niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi.  Była niedziela, wiec nikogo poza nami nie było w ruinach łaźni. Ale gdzieniegdzie można było zobaczyć miski z wodą , służące do oczyszczania mozaiek i inne przyrządy niezbędne do renowacji obiektu.

(14) Mozaika

Po zachodzie słońca wybraliśmy się na  Turecką kawę do tradycyjnego, Kurdyjskiego domu. Zaczęły się rozmowy na  wszelkie tematy, od historii Urfy, po model muzułmański rodziny.  W szczególności, we wschodniej części Turcji,  wielopokoleniowe, wielodzietne rodziny, żyją we wspólnych domach. Ośmioro czy dziesięcioro dzieci, to norma dla typowych kurdyjskich rodziców. Czasami rodziny są tak liczne , że mogą zamieszkiwać całe wioski. Taki przypadek ma miejsce nieopodal Urfy.  Każdy jest spokrewniony z każdym, a wiec bardzo łatwo o kazirodztwo. Z tego względu tak wiele upośledzonych ludzi można spotkać na ulicach miasta. Ponadto najsilniejsze rodziny tworzą coś w rodzaju mafii, rywalizują między sobą , tworzą się sojusze itp.

Na zakończenie dnia jeszcze raz wybraliśmy się nad staw z karpiami, żeby zrobić kilka nocnych fotek. Potem już tylko czekała nas 3 godzinna droga powrotna do Gaziantep.

(15) Halilur Rahman Camii nocą

sprostowanie:

Nazwa turecka Urfa została zmieniona w 1984 przez turecki parlament, przez dodanie do niej członu Şanlı oznaczającego wielki, zwycięski (uczyniono tak, aby upamiętnić opór miasta, w tureckiej wojnie niepodległościowej z lat 1919-1923). W rozmowie z Turkami równie często słyszy się Urfa jak i Şanlıurfa, więc w moim tekście stosowałem te nazwy wymiennie !

->więcej zdjęć TUTAJ<-

Góra Nemrut (Nemrut Dağı) 26 grudnia 2010

Święta Bożego Narodzenia chcieliśmy spędzić w trochę inny sposób, niż siedzenie w akademiku i zdecydowanie nam się to udało. Przez długi czas planowaliśmy wycieczkę na wschód Turcji. Jednak nasze wielkie plany zostały pokrzyżowane przez liczne niesprzyjające okoliczności losu, o których za chwilę co-nieco napisze. Śmiało mogę powiedzieć, że to co przeżyliśmy tamtego dnia, było o wiele bardziej hardkorowe niż wszystko inne, co nas do tej pory spotkało, podczas pobytu w Turcji.  Zapraszam do czytania i komentowania.

O pomoc w organizacji wycieczki, poprosiliśmy naszego  erazmusowego koordynatora. Mężczyzna obiecał nam, że załatwi autobus, ale żeby nie płacić za dużo, musieliśmy uzbierać 20 osób – co udało nam się bez większych problemów. W dniu wycieczki mieliśmy międzynarodową ekipę i wszystko wydawało się iść w dobrym kierunku.  Jednak na kłopoty nie trzeba było długo czekać … Tak jak się wcześniej umawialiśmy, autobus przyjechał w sobotni wieczór, punktualnie o 24:00.   Wtedy to właśnie,  rozpaczała się spirala nieszczęść której konsekwencje jeszcze długo będziemy odczuwać.

Autobus okazał się pojazdem przeznaczonym do przewożenia dzieci, w którym było niesamowicie mało miejsca- a mieliśmy do pokonania około 600 km. Co więcej nasz koordynator zabrał ze sobą 2 kolegów, o których  nie wspomniał  nic wcześniej. Skutkiem tego, dwóch znajomych z akademika musiało zrezygnować z wycieczki. Notabene to właśnie oni, mieli bardzo duży udział w planowaniu i organizowaniu podróży. Po kilkudziesięciu minutowej kłótni w końcu odjechaliśmy w stronę góry Nemrut- naszego pierwszego celu (i jak się później okazało, zarazem i ostatniego).  Poza stałą ekipą Erazmusów , w wyciecze uczestniczyło też 4 Irakijskich Kurdów, 5 Turków oraz Sibel – nauczycielka chińskiego, pochodząca z Tajwanu, która aktualnie mieszka z nami w akademiku.

Po 5 godzinach podróży , na kilkanaście minut przed wschodem słońca dojechaliśmy do celu  – masywu górskiego Taurus. Oczywiście w akademiku nie mieliśmy żadnego zimowego ubrania wiec, żeby ochronić się przed zimnem ubraliśmy się na „cebulkę”. I tak na nogach miałem spodnie na to założone dresy, na nogach buty (zimowe) oraz dwie pary skarpetek. Od pasa w górę mój strój był o wiele bardziej skomplikowany : podkoszulek, koszula z długim rękawem, sweter, bluza z kapturem, polar, kurtka przeciwdeszczowa. Do tego ciepłe rękawiczki i czapkę.

Kierowca autobusu oczywiście zabłądził. Zatrzymaliśmy się gdzieś po środku  polnej drogi. Wszyscy byli bardzo podnieceni obejrzeniem „tych” słynnych 8 metrowych posagów na szczycie góry, oświetlonych przez promienie wschodzącego słońca.

Bez większego zastanowienia pobiegliśmy przed siebie w poszukiwaniu ścieżki na szczyt. W końcu odnaleźliśmy jaką odśnieżona drogę. Robiło się coraz jaśniej, więc jak najszybciej poruszaliśmy się przed siebie. Po 20 – 30 minuta (oczywiście już po wschodzie) dotarliśmy na szczyt, naszym oczom ukazała się ogromna stacja metrologiczna. Ze środka wyszedł zaspany mężczyzna który nie za bardzo wiedział co się dzieje. Któryś z Turków zapytał go , gdzie możemy znaleźć posągi. Na twarzy mężczyzny pojawił się delikatny uśmiech, po czym powiedział, że to nie ta góra. Palcem wskazał na szczyt, oddalony o mniej więcej 5-6 km od punktu, w którym się wtedy znajdowaliśmy, oznajmiając że to właśnie tam powinniśmy się udać. Po chwili rozmowy dowiedzieliśmy się, że warunki na „prawdziwym” Nemrucie są bardzo ciężkie i od długiego czasu szczyt jest zamknięty dla turystów…

Zasmuceni zeszliśmy do autobusu. Na miejscu spotkała nas kolejna niemiła niespodzianka . Kierowca autobus jakimś cudem urwał zderzak przy zawracaniu. Nasz ukochany koordynator powiedział nam, że uprzednio zebrane pieniądze za wejście na Nemrut będziemy musieli przeznaczyć na naprawę pojazdu. Wydało nam się to niedorzeczne i bezczelne , ale jeszcze nie zaczynaliśmy awantury, bo bezpiecznie chcieliśmy dokończyć wycieczkę. Co więcej, zderzak po kilku minutach  został przykręcony na miejsce, a to raczej nie nasza wina, że mężczyzna był fatalnym kierowcą. Podirytowani wsiedliśmy do środka i po chwili odjechaliśmy.

Bus zatrzymał się przy skrzyżowaniu z drogą prowadzoną na „prawdziwy” Nemrut.  Jezdnia była całkowicie zasypana śniegiem. Do szczytu, od miejsca w którym wtedy się znajdowaliśmy było ponad 5 km (tabliczka powyżej). Rozegrała się burzliwa dyskusja, czy wchodzimy na piechotę, czy zawracamy z pustymi rękoma.  Szybko i w zasadzie jednogłośnie podjęliśmy decyzje – idziemy na piechotę!

(1) Droga na Nemrut

Początkowo szło nam się bardzo dobrze, droga nie była zbyt stroma, a śnieg nie zapadał się pod stopami.  Pod grubą warstwa białego puchu kryła się jezdnia, z której nie raz zbaczaliśmy dla skrócenia trasy. Po kilkudziesięciu minutach marszu, ścieżka zaczęła zakręcać i stromo piąć się pod górę. Z każdą minutą słońce świeciło coraz mocniej, a śnieg stawał się coraz miększy i miększy. Gdzieniegdzie spod białej skorupy, wystawały przysypane znaki drogowe. Nie wiedzieliśmy ile jeszcze drogi zostało przed nami, ale wytrwale brnęliśmy do przodu. Co jakiś czas na śniegu spotykaliśmy ślady łap. Jak się później dowiedzieliśmy po okolicy grasowały watahy, wygłodniałych wilków i hien. Na szczęście po drodze przyłączyły się do nas trzy psy, które towarzyszyły nam całą  drogę na szczyt góry. Z każdą minutą widok na okolice stawał się coraz lepszy. Naszym oczom ukazywały się kolejne ośnieżone szczyty gór Taurus. Poniżej , gdzieś w oddali , mieniły się wody rzeki Eufrat. Niedaleko od Nemrutu znajdowała się Zapora Ataturka, 5 co do wysokości tama na świecie.

Po godzinie marszu , naszym oczom ukazał się kamienisty kurhan usypany na wierzchołku góry. Ucieszyliśmy się, bo dopiero w tym momencie, byliśmy wstanie określić, jak daleko od celu naszej podróży jesteśmy. Znowu, przez chwilę poczułem się jak bohater książek Lovecrafta.  Tym razem zamieniliśmy pustynie (Palmyre) na Góry (szaleństwa). Gdy udało nam się dostać do schroniska u podnóża wierzchołka, zdaliśmy sobie sprawę, że od bardzo dawna nikogo tam nie było. Budynki były w zasadzie całkowicie zasypane śniegiem. Dalej droga stawała się o wiele bardziej niebezpieczna, więc tylko sześcioro z nas zdecydowało się na dokończenie wspinaczki. Byłem niewyobrażalnie zmęczony, moje buty całkowicie przemokły. A podróż utrudniał topniejący śnieg, który, co każdy następny krok, zmuszał mnie do ogromnego wysiłku. Powoli i ostrożnie przemieszczaliśmy się wzdłuż, stromego ośnieżonego zbocza.  Zdawałem sobie sprawę , że jeżeli któreś z nas poślizgnęłoby się i spadło w dół, nie prędko otrzymalibyśmy jakąkolwiek pomoc. Co chwile przez moją głowę przechodziły myśli, żeby się poddać i zawrócić, ale coś wewnątrz mówiło mi , że za wszelką cenę muszę zobaczyć ten gigantyczny grobowiec, przez wielu określany jako 8 cud świata.

(2) Odpoczynek u podnóża szczytu

(3) Zasypane przyczepy Żandarmerii

(4)Powtórzone

W końcu naszym oczom ukazały się pierwsze pozbawione głów, kamienne figury usytuowane u podnóża, 50 metrowego kurhanu, usypanego ludzkimi rękoma. Najwyższy punkt  znajdował się na wysokości 2134 metrów nad poziomem morza. Poczułem się jak odkrywca tego miejsca. Nienaruszony ludzkimi stopami, mieniący się w ostrym słońcu śnieg, pokrywał cały teren oraz ogromne kamienne głowy. Gdzieś tam, wiele metrów pod nami, znajdował się nietknięty ludzką ręką grobowiec króla Antiocha, władcy Kommageny , do którego prowadziły nieodkryte, tajemnicze tunele.   Antioch , po swojej śmierci, chciał stworzyć kult własnej osoby. Obłąkany władca wierzył, że w jego żyłach płynie krew starożytnych Bogów. Na szczycie góry, niedostępnej dla zwykłych śmiertelników, blisko niebios, wybudował ogromne sanktuarium, które strzegły posągi Greckich i Perskich Bóstw oraz jego samego pomiędzy nimi.

Bezskutecznie, przez wiele lat naukowcy starali się dostać wgłąb góry i odnaleźć pogrzebany sarkofag władcy. Do  tego celu użyto nawet dynamitu, przez co kurhan w obecnej chwili jest o 5 metrów niższy. Wszystkie głowy są oddzielone od gigantycznych, siedzących na tronach postaci. Podejrzewa się, że było to skutkiem gigantycznego trzęsienia ziemi.  Druga wersja mówi, że głowy mogły zostać usunięte przez zwolenników ikonoklazmu, na co może wskazywać fakt, że statuy bogów nie posiadają nosów. Gdzieś pomiędzy posągami znajdowała się kamienna tablica przedstawiająca wzajemne położenie gwiazd i planet, które po rozszyfrowaniu przez astronomów wskazuje datę 7 lipca 62 r. p.n.e. Bardzo możliwe , że właśnie wtedy wykonano całą konstrukcję. Muszę nadmienić, że tylko 9 historycznych miejsc w Turcji zostało wpisane na listę UNESCO, to właśnie Nemrut jest jednym z nich! Nazwa góry pochodzi od legendarnego mitycznego władcy Nemroda , tego samego którego wzniósł biblijną wierze Babel…

(5) Pozbawiona nosa, głowa jednego z bóstw.

(6) Jak wyżej

Król kazał nazywać siebie Antioch I Theos Dikajos Epifanes Filoromajos Filhellen co mniej więcej oznacza Antioch Bóg Sprawiedliwy i Objawiony, Przyjaciel Rzymian i Greków

(7) Sanktuarium strzegły posągi Lwa oraz Orła

(8) kamienne głowy z profilu

(9) Nemrut Dagi w całej okazałości

(10) Fragment podestu (ołtarza)  na szczycie góry

(11) Statua Lwa, na drugim planie masyw górski

(12) Zdobywcy góry Nemrut

Widok ze szczytu był naprawdę niesamowity, po kilkunastu minutach, postanowiliśmy wracać do naszych towarzyszy czekających przy schronisku.

(13) Niebezpieczna droga w dół

Gdzieś tam w oddali spostrzegliśmy zarys sylwetki, jak się później dowiedzieliśmy był to myśliwy polujący na dzikie zwierzęta

(14) Zasypane znaki drogowe

Wydawało nam się, że droga w dół będzie o wiele łatwiejsza niż wspinaczka na szczyt. Myliliśmy się! Ostre słońce, topiło śnieg, przez co każdy kolejny krok , powodował zapadanie się w lodowaty, biały puch. Po kilkudziesięciu minutach mieliśmy mokre nogawki spodni, a w butach wodę. Po mniej więcej godzinie marszu, dostaliśmy się do autobusu. Przemoczeni , wyziębieni , zmęczeni … ale i zarazem dumni z siebie i zadowoleni. Nie przygotowani na taką wycieczkę , bez odpowiedniego sprzętu wspięliśmy się na ponad 2 tys. metrową górę . Nikt o zdrowych zmysłach nie odważył by się na taką wycieczkę, przez co  ja osobiście, byłem z siebie jeszcze bardziej zadowolony.

Na Nemrut przeznaczyliśmy o wiele więcej czasu, niż na początku planowaliśmy… w końcu przemaszerowaliśmy ponad 12 km w dość ciężkich warunkach. Dlatego nasz plan musiał ulec diametralnej zmianie. Zamiast do Adyaman postanowiliśmy pojechać prosto do Urfy. Promem musieliśmy przedostać się na drugą stronę rzeki Eufrat.  Droga do przystani wiodła poprzez liczne Kurdyjskie wioski, w których czas zatrzymał się chyba ze 100 lat temu. Ludzie mieszkali w okropnych warunkach , niektóre domy wyglądały jak zrobione z gliny i słomy. Przez chwile poczułem się jak w zupełnie innym świecie. Najbardziej szokujący był dla mnie Kurdyjski chłopiec , który patroszył rybę nad brzegiem Eufratu. Wszystko było by okej, gdyby nie fakt, ze podczas obcinania płetw i ogona stworzenie jeszcze żyło.

Po drugiej stronie rzeki, czekała nas podróż poprzez pustkowia pokryte setkami głazów wulkanicznego pochodzenia. Gdzieś tam na horyzoncie widniały pokryte śniegiem szczyty, po których kilka godzin wcześniej maszerowaliśmy. Co jakiś czas mijaliśmy stada owiec pasących się gdzieś przy jezdni. Ten obszar Turcji diametralnie różnił się od wszystkiego tego co zobaczyłem wcześniej, nawet Gaziantep przy tamtych wioskach to „małe piwo”.

Mniej więcej 90 km od Urfy, kierowca busa zjechał na pobocze i oznajmił, że złapaliśmy gumę. Zatrzymaliśmy się dosłownie po środku niczego, dookoła nie było nic poza rozciągającą się po horyzont równiną. Po chwili okazało się ,że w autobusie nie ma, koniecznego do wymiany koła klucza. Ale to nie koniec problemów, podnośnik niezbędny do naprawy również był uszkodzony. Mężczyźni zaczęli zatrzymywać kolejne samochody i prosić o narzędzia, w końcu gdy trafili na właściwy sprzęt, okazało się, że jedna ze śrub na których była przykręcona felga była „przekręcona” i bez pomocy mechanika nic z tym „fantem” nie da się zrobić. Podczas gdy „fachowcy” starali się podnieść auto, musieliśmy wyjść z pojazdu i czekać przy poboczu. Słonce powoli chowało się za horyzont, a temperatura gwałtownie spadała. W przemoczonych butach, sterczeliśmy opatuleni w koce, czekając na możliwość ruszenia w dalszą drogę. Jeden z Turków rozpalił ognisko w przydrożnym rowie. W końcu udało się uruchomić samochód. W pobliskim mieście, zawitaliśmy do wulkanizatora, który wymienił uszkodzona oponę.

Ruszyliśmy w dalsza drogę do Urfy. Jednak nasza radość nie trwałą długo. Dosłownie kilka minut po odjeździe od mechanika , sytuacja powtórzyła się ponownie.  Tym razem było całkowicie ciemno. Wszyscy byli ekstremalnie zmarznięci i poddenerwowani. Ludziom zaczęły puszczać nerwy. Kierowca ponownie zadzwonił do mechanika. Mężczyzna przyjechał po kilkunastu minutach, jednak zapomniał wsiąść ze sobą narzędzi (!) W tamtym momencie byłem świadki jednej z bardziej kuriozalnych scen w moim życiu. Mechanik podniósł ogromny kamień i za jego pomocą starał się odkręcić koło. Pozostawię to bez komentarza! Podczas naprawy autobusu kierowcy nawet nie włączyli ogrzewania w pojeździe. Gdy udało się uruchomić autobus, w zasadzie jednogłośnie zadecydowaliśmy, że chcemy wracać prosto do Gaziantep.  Na miejsce dotarliśmy grubo po północy… Po powrocie ani nasz „kochany” koordynator , ani kierowca, ani jego dwaj kumple, z którymi nie zamieniliśmy ani jednego zdania, nie powiedzieli słowa przepraszam, a o  zwrocie pieniędzy nawet nie będę wspominać. Jednogłośnie postanowiliśmy, że udamy się z tą sprawą do dziekana… zobaczymy co z tego wszystkiego wyjdzie !

Więcej zdjęć TUTAJ