Şanlıurfa 9 stycznia 2011

Powrót do Polski zbliżał się wielkimi krokami, jednak wszelkie przygotowania z tym związane, nie przeszkodziły nam w udaniu się na kolejną wycieczkę. Tym razem w lekko okrojonym, gronie (5 osób) wybraliśmy się do oddalonej o około 140 km od Gaziantepu, Urfy.

Ciekawostka na dobry początek : W Turcji, tablice rejestracyjne zaczynają się od numeru opisującego  kolejność prowincji w alfabecie. przykładowo 01 – Adana ; 02 -Adyaman ; … ;27- Gaziantep ;… ; 63 –Şanlıurfa ;…

Po niezbyt przyjemnych przygodach, związanych z organizacją autobusu, jakie miały miejsce 2 tygodnie wcześniej (patrz: wycieczka na Nemrut), zdecydowaliśmy się wybrać do Urfy na własną rękę . Początkowo mieliśmy w planach jechać w szóstkę (4 Polaków, Tajwanka, oraz Niemiec tureckiego pochodzenia), niestety nad ranem okazało się , że jeden z kolegów nie jest w stanie wstać o tak wczesnej porze, co zmusiło nas do zredukowania grupy o jeden. Po przyjeździe na dworzec autobusowy, bez zastanowienia wsiedliśmy w pierwszy mini-bus który jechał w stronę Şanlıurfy. Nie zdziwiło nas, że pozostali pasażerowie byli pochodzenia Kurdyjskiego, w końcu Urfa od zawsze zamieszkiwana była głownie przez tą mniejszość. Nie zaskoczyła nas również reakcja jednej z kobiet, na sytuacje, gdy koleżanka pocałowała kolegę w policzek. W końcu tylko małżonkowie mogą dopuszczać się tak lubieżnych czynów.

Przy dźwiękach dyskografii The Smiths, obserwowałem zmieniający się krajobraz południowo-wschodniej Turcji. Po kilkudziesięciu minutach jazdy zatrzymaliśmy się w Kurdyjskiej wiosce Birecik, usytuowanej nad brzegiem rzeki Eufrat. Od strony Gaziantepu, do miasta można się było dostać przez most, z którego było widać całą panoramę sennej mieściny, z zabytkowym Rzymskim zamkiem na pierwszym planie. Twierdza była przebudowywana wiele razy, a jaj początki datuje się na rok 30 P.N.E. W Bireciku musieliśmy się przesiąść na kolejny autobus, który miał nas zawieść bezpośrednio do Urfy. Jednak zanim ruszyliśmy w dalszą drogę, mieliśmy chwilę wolnego czasu.  Miasto zdominowane było przez jedno i dwukondygnacyjne,  niezadbane budynki, które wyglądały jakby zaraz miały się zawalić.  Co chwile do naszych nozdrzy dochodził przeraźliwy smród, wydobywający się z rynsztoku, co sprawiło, że jeszcze bardziej chcieliśmy już być w Şanlıurfie.  Po niecałej godzinie wreszcie ruszyliśmy w dalszą drogę. Zostawiając za swoimi plecami , wybudowane na wapiennych wzgórzach otaczających rzekę Eufrat ,Birecik, wyruszyliśmy w  głąb Kurdystanu…

(1) To nie nowe gwiazdy sceny Indie-Electronic , to Kurdyjscy sprzedawcy ryb, przy jednej z ulic Urfy

Kierowca autobusu wysadził nas blisko centrum miasta, w pobliżu bardzo czystego i zadbanego parku. Gdzieś nieopodal wznosił się nowiutki, nowoczesny drapacz chmur. Nie tak wyobrażałem sobie Urfę. Na pierwszy rzut oka, miasto wyglądało bardzo schludnie. Jednak zdawałem sobie sprawę , jak mylne mogą być moje osądy.  Z parku w którym się znajdowaliśmy, miał nas odebrać poznany na stronie couch surfing student, który zaoferował nam swoją pomoc w zwiedzaniu miasta. I tak też się stało.

Po szybkim śniadaniu, zaczęliśmy zwiedzanie. Na początek odwiedziliśmy liczące ponad 500 lat więzienie. Obiekt był ogrodzony drutem kolczastym, a władze miasta dopiero zaczynały prace renowacyjne. Dopiero za kilka lat więzienie miało zostać oddane dla zwiedzających. Nam jednak udało się dostać do środka, wchodząc przez wyważoną przez lokalnych wandali bramę. Więzienie było ogromne , większość cel znajdowała się pod ziemią. W ruinach spędziliśmy kilka minut po czym ruszyliśmy w dalszą drogę. Wąskimi, podobnymi do tych w Gaziantep uliczkami , przemieszczaliśmy się w głąb, tego pół milionowego miasta. Podczas spaceru odwiedziliśmy kilka historycznych meczetów i kościołów.  Podobno pod jednym z nich znajdowała się jaskinia ,w której żył biblijny Hiob. Widok ciekawy, ale na opisywanie  każdego z miejsc po kolei szkoda mi czasu…

(2) Kurdyjskie dzieci czyszczące buty

Anarchy in Turkey

Maszerując uliczkami Urfy, skierowaliśmy się w stronę zamku. Mijaliśmy wiele zabytkowych kurdyjskich domostw, liczne sklepy i bazary. W miarę oddalania się od nowoczesnej części, miasto stawało się coraz bardziej „dzikie” i  orientalne. Spotykaliśmy dziesiątki kurdyjskich dzieciaków, zarabiających na ulicy, sprzedając chusteczki higieniczne lub czyszcząc buty. Wielu napotkanych mieszkańców Urfy było dotkniętych kalectwem, co skłoniło nas do licznych refleksji. W powietrzu unosiła się wyraźnie wyczuwalna woń orientalnych przypraw oraz  tytoniu, która miejscami mieszała się ze  fetorem rynsztoku.  Momentami czułem się trochę jak Marlow z „Jądra ciemności”.

Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o miejsce, które w skrócie mógł bym opisać jako „dom gry”. Było to jedno z najstarszych miejsc tego typu, w tej części Turcji. Dookoła ogromnego placu, pełnego od stolików przy których gromadzili się mężczyźni, podwieszony był balkon, z którego mogłem podglądać graczy.  Nad dziedzińcem rozprzestrzeniały się tumany dymu tytoniowego z fajek wodnych i papierosów.  Jak już wcześniej pisałem , większość gorliwych muzułmanów nie pija alkoholu, za to prawie wszyscy są uzależnieni od papierosów i herbaty.  Jak w Gaziantep, można spotkać sklepy monopolowe, niemalże na każdym rogu, to w Urfie nie widziałem ani jednego punktu ,gdzie można by było kupić jakikolwiek napój wyskokowy.

(3) Szachy i herbata

(4)Mężczyźni ubrani w chusty, grający w karty

(5) Spotkanie przy papierosie i herbacie

(6) Widok z góry

Na pierwszym piętrze budynku znajdowały się pracownie krawieckie do których wchodziło się bezpośrednio z balkonu. Wszędzie porozstawiane były  maszyny do szycia i inne przyrządy krawieckie, które potęgowały niesamowity klimat miejsca.

(7) Utopia …

 

Bezpośrednio z „domu gier” czy jakkolwiek się to miejsce nazywało, wyszliśmy na gigantyczny bazar. Po wejściu na targowisko, nasunęło mi się pierwsze skojarzenie – Syria.  Dziesiątki straganów z chustami,  przyprawami, mięso wywieszone na wystawach i produkty dosłownie ze wszystkich działów. Nawet sprzedawcy wyglądali podobnie do tych z Aleppo, a o kobietach z zakrytymi twarzami i chustami na głowach już nie wspomnę. Pomiędzy straganami, spacerowali starsi mężczyźni ubrani w tradycyjne, szerokie spodnie (szarawary) i „arafatki” na głowach oraz  kurdyjscy młodzieńcy w  eleganckich butach, dresach i z żelem na włosach.

Ciekawostką może być sklep, w którym można było kupić każdy typ broni: od shotgunów po broń krótką. Jak się później dowiedziałem, w Turcji bardzo łatwo jest dostać pozwolenie na używanie pistoletu. Kolega nawet zaproponował mi, że jak chce to może poprosić sprzedawce żeby ściągnął mi jakąś groźnie wyglądającą strzelbę i zrobię sobie z nią sesję zdjęciową.

Po kilkudziesięciu minutach kluczenia po labiryncie straganów w końcu dotarliśmy do parku Gölbasi, w którym znajdował się staw ze słynnymi karpiami. Żeby zacząć opisywać miejsca które zobaczyliśmy, konieczne jest przybliżenie legendy o Abrahamie.

Król Nemrod (prawnuk Noego) był wielkim miłośnikiem pogańskich bóstw.  (…tak bardzo, że chciał się stać jednym z nich!) Jednak na swojej drodze spotkał proroka Abrahama, który wypowiedział mu prywatną wojnę. Król rozwścieczony postępowaniem Abrahama postanowił go ukarać i udowodnić wszystkim, że to on jest najpotężniejszy na całym świecie. Kazał wyciąć wszystkie drzewa w okolicy i usypać z nich wielki stos, na którym miał spłonąć Abraham. Na pobliskim zamku, wybudowano dwie kolumny z których Abraham miał zostać wystrzelony (jak z procy!) w ogień. Jednak Bóg Abrahama zlitował się nad nim i zamienił płomienie w wodę a rozpalone węgle w ryby. Przez co prorok bezpiecznie wylądował w stawie. Ryby które powstały z transformacji, to Karpie i do dziś są uważane jako święte. Jeżeli ktokolwiek odważy się zabić i zjeść rybę – oślepnie.

Rozgniewany na Nemroda, Bóg, pokarał go zsyłając muchę, która przez nozdrza dostała się do jego mózgu. Władca nie był w stanie wytrzymać brzęczenia i co chwilę uderzał głową w ścianę, co z czasem doprowadziło do jego śmierci.

Kurdowie opowiadali jeszcze coś o wybrance Abrahama i kilka innych szczegółów ale nie było to jakoś wyjątkowo fascynujące. Jak kogoś interesuje to odsyłam do internetu.

(8) Święte karpie

Miejsce jest niezwykle ważne dla muzułmanów, którzy uważają Abrahama za swojego proroka. Z tego powodu, Urfa jest częstym miejscem pielgrzymek wiernych z całego świata Arabskiego.  Park w którym mieszczą się główne zabytki, jest wyjątkowo malowniczy i mimo, że nie ma za wiele wspólnego z naszą religią na pewno warto go odwiedzić. Według wiary katolickiej (Biblii) Abraham pochodził z miasta Ur (na mapie o wiele niżej, wgłąb Mezopotamii, gdzieś na terytorium dzisiejszego Iraku).  Podobnie sytuacja przedstawia się z Hiobem, jednak to nie przeszkadza muzułmanom wierzyć, że to właśnie Urfa  jest miastem Proroków. Ponadto z miejscem związanych jest jeszcze kilka innych opowieści,  ściślej powiązanych z Chrześcijaństwem. Ale tak samo jak w poprzednich przypadkach, ich wiarygodność jest raczej znikoma. Mówi się, że Abgar V, władca Edessy (starożytna nazwa Şanlıurfy) prowadził korespondencje listowną z Jezusem. Gdy król zachorował na trąd, Chrystus wysłał mu swoją podobiznę ,odciśniętą na chuście (Mandylion). Mężczyzna został cudownie uzdrowiony, jednak wiele lat później, po jego naturalnej śmierci, relikwia zaginęła, a mieszkańcy Edessy ponownie zaczęli wierzyć w pogańskie bóstwa.

(9) Meczet Halilur Rahman Camii

Żadne zdjęcia nie są w stanie pokazać jak wiele ryb znajduję się w stawie.  Z tego co usłyszałem, władze miasta w żaden sposób nie kontrolują rozrodu zwierząt. Za 50 kuruszów (przez nas potocznie nazywane „kurwisze”) czyli około 1zł można kupić karmę. Gdy chodź jedno ziarenko wpadnie do wody, setki ryb przypływa po więcej.

Nad stawem znajdował się zabytkowy, przepiękny meczet Halilur Rahman , pochodzący z XIII wieku. Pogoda tamtego dnia, wyjątkowo nam się udała, przez co spacerowanie po parku było czystą przyjemnością. Podobno w lecie w Urfie temperatura sięga 50 stopni Celsiusza, co wyjątkowo utrudnia zwiedzanie. Mówi się, że Şanlıurfa jest jednym z najgorętszych miejsc w całej Turcji

(10) dziewczynka karmiąca święte karpie

(11) Mężczyzna dokonujący ablucji, przed modlitwą w meczecie


Wspinaczka na górę zamkową zajęła nam dłuższą chwilę (pokonaliśmy dokładnie 169 schodów). Sam zamek prezentował  się dość mizernie, może z tego powodu, że na tym terenie prowadzone było wiele wojen, a Edessa (Şanlıurfa) przechodziła z rąk do rąk. Władali ją między innymi Rzymianie, Persowie, Grecy, Arabowie, Krzyżacy a nawet Mongołowie. Najciekawszym punktem zamku, są dwie ogromne korynckie kolumny, które górują nad Urfą i  stały się jej swoistą  wizytówką. Z góry zamkowe rozciągał się przepiękny widok na okolicę, którym rozkoszowaliśmy się przez dłuższą chwilę

(12) Kolumny na wzgórzu Damlacık, na drugim planie panorama Urfy

Ciekawostka  : Miejscowa legenda głosi, że Urfa była pierwszym miastem wzniesionym po opadnięciu wód Potopu.

(13) powtórzone

Słońce chyliło się ku zachodowi a my mieliśmy jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia , więc szybki krokiem zeszliśmy z góry zamkowej.  Nasz Kurdyjski przewodnik, zaprowadził nas na teren wykopalisk archeologicznych. Odwiedziliśmy ruiny starożytnej łaźni parowej, sprzed kilku tysięcy lat. Podłoga w budynku była pokryta przepięknymi mozaikami przedstawiającymi między innymi Greckich Bogów.  Cały budynek był doszczętnie zniszczony i tylko mozaiki przetrwały próbę czasu. Nad terenem wykopalisk rozwieszony był ogromny namiot który chronił znalezisko przed deszczem i innymi niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi.  Była niedziela, wiec nikogo poza nami nie było w ruinach łaźni. Ale gdzieniegdzie można było zobaczyć miski z wodą , służące do oczyszczania mozaiek i inne przyrządy niezbędne do renowacji obiektu.

(14) Mozaika

Po zachodzie słońca wybraliśmy się na  Turecką kawę do tradycyjnego, Kurdyjskiego domu. Zaczęły się rozmowy na  wszelkie tematy, od historii Urfy, po model muzułmański rodziny.  W szczególności, we wschodniej części Turcji,  wielopokoleniowe, wielodzietne rodziny, żyją we wspólnych domach. Ośmioro czy dziesięcioro dzieci, to norma dla typowych kurdyjskich rodziców. Czasami rodziny są tak liczne , że mogą zamieszkiwać całe wioski. Taki przypadek ma miejsce nieopodal Urfy.  Każdy jest spokrewniony z każdym, a wiec bardzo łatwo o kazirodztwo. Z tego względu tak wiele upośledzonych ludzi można spotkać na ulicach miasta. Ponadto najsilniejsze rodziny tworzą coś w rodzaju mafii, rywalizują między sobą , tworzą się sojusze itp.

Na zakończenie dnia jeszcze raz wybraliśmy się nad staw z karpiami, żeby zrobić kilka nocnych fotek. Potem już tylko czekała nas 3 godzinna droga powrotna do Gaziantep.

(15) Halilur Rahman Camii nocą

sprostowanie:

Nazwa turecka Urfa została zmieniona w 1984 przez turecki parlament, przez dodanie do niej członu Şanlı oznaczającego wielki, zwycięski (uczyniono tak, aby upamiętnić opór miasta, w tureckiej wojnie niepodległościowej z lat 1919-1923). W rozmowie z Turkami równie często słyszy się Urfa jak i Şanlıurfa, więc w moim tekście stosowałem te nazwy wymiennie !

->więcej zdjęć TUTAJ<-

Reklamy

Syria 22 – 29 Listopada 2010 // część 3 (PALMYRA)

Ciąg dalszy wpisu Syria 22 – 29 Listopada 2010 // część 2

8. Palmyra (تدمر ‎)

starożytne miasto w środkowej Syrii, założone w oazie w północnej części Pustyni Syryjskiej u podnóża masywu Dżabal Abu Rudżmajn, ok. 215 km na północny wschód od Damaszku

Do Palmyry dojechaliśmy późnym wieczorem. Mimo zmęczenia poszliśmy na kolacje do namiotu beduinów. Tam zaserwowano nam ugotowaną (w całości) nogę kozy z ryżem – tradycyjne jedzenie beduinów. Mięso aż ociekało tłuszczem i nie wyglądało zbyt estetycznie, ale spróbowaliśmy, w końcu nie takie rzeczy jadło się w Turcji… mimo, że normalnie ten posiłek jada się rękoma, my jednak posłużyliśmy się sztucami… co za dużo hardkoru to nie zdrowo. Następnie wypaliliśmy Nargile (fajkę wodną), po której przebierano nas w tradycyjne szaty ludzi pustyni. Później jeszcze mała imprezka taneczna w rytmach bębnów i beduińskich pieśni, było miło , ale naprawdę to tylko turystyczny standardzik i szkoda mojego czasu na opisywanie tego wieczoru, więc od razu przejdę do sedna sprawy.

(Mensaf to specjalność beduinów – całe jagnię, razem z głową, podawane na gotowanym ryżu wymieszanym z orzechami ziemnymi.)

(1) Bogusia w tradycyjnym stroju (~100 wielbłądów)

(dzień 4 )

Czwartego dnia podróży po Syrii, wstaliśmy trochę po 4 nad ranem, zaraz przed wschodem słońca. Ubieraliśmy się wyjątkowo ciepło. Na sobie miałem polar i bluzę , ale jak się później okazało , na lodowaty pustynny wiatr to i tak za mało. Celem naszej wycieczki miał być szczyt (pagórek) usytuowany jakieś 2 km od miejsca w którym spaliśmy. Po kilku minutach marszu przez miasto weszliśmy na plac wykopalisk. Jest to jeden z największych na świece tego typu obiektów (ponad 50 ha!). Szliśmy w zasadzie po omacku, na horyzoncie nie było widać najmniejszego promienia słońca. Po mojej lewej stronie widziałem zarysy setek kolumn.  Było przeraźliwie zimno, twarz miałem schowaną pod kapturem bluzy i kołnierzem polara. W myślach miałem otwierającą scenę z egzorcysty na której grupa ludzi znajduję przeklęta figurkę. To takie głupie nakręcanie się , ale idąc aleją miasta sprzed kilku tysięcy lat ,w promieniach księżyca ,udzielił mi się ten klimat. Więc co chwile w myślach powtarzałem : „niczego nie podnoś, niczego nie podnoś”… Wśród zabytkowych budowli biegały wygłodniałe pustynne psy, jedynym sposobem, żeby odpędzić zwierzęta, było rzucenie kamieniem w ich kierunku. I tak też robiliśmy. Po kilkunastu minutach marszu, w końcu udało nam się wdrapać na niewielki pagórek z którego było widać panoramę całej Palmiry. Usiedliśmy na piaskowym wzgórzu czekając na pierwsze promienie słońca. Wiał wyjątkowo mroźny wiatr, który po kilku minutach zaczął sprawiać nam ból. Jakieś 20 metrów poniżej nas , znajdowała się kamienna pieczara. Zbiegliśmy po zboczu by schować się w jamie, okazało się, że tak naprawdę jaskinia była grobowcem. Po obu stronach znajdowały się kamienne sarkofagi, pokryte delikatną warstwą piasku i pyłu. Przeczekaliśmy kilkanaście minut, do momentu jak na horyzoncie zaczęła pojawiać się tarcza słońca. Po chwili ujrzeliśmy Palmyrę w całej okazałości. Był to jeden z najbardziej porażających widoków jakie w życiu widziałem. I tylko mogłem wyobrażać sobie jak musiało wyglądać to miast w czasach swojej największej świetności.  Serce biło mi szybciej i przez moment poczułem się, jak bym to ja odkrył te starożytne ruiny. Po mojej prawej stronie znajdowała się dolina grobowców, gdzie w wysokich wieżach, wybudowanych na planie kwadratu spoczywali dawni władcy. Po lewej na  wzgórzu stał zamek o dumnej nazwie Fakhr-al-Din al-Maani wybudowany w XIII wieku już za panowania Arabów. Na wprost przede mną rozprzestrzeniał się las kolumn, pośród których wyrastały ruiny monumentalnych budowli.  Był to oszałamiający widok , którego pewnie nie zapomnę przez długie lata , ale mroźny wiatr dawał się we znaki więc postanowiliśmy kierować się w kierunku hotelu. Podczas drogi powrotnej mijaliśmy namioty archeologów. Ciekawostką może być to , że również Polacy prowadzą badania na terenie Palmyry.

Od razu po powrocie do hotelu zasnąłem kamiennym snem i obudziłem się dopiero koło 10 rano. Po przebudzeniu miałem możliwość przekonania się, co to znaczy duże amplitudy temperatury na pustyni. Po lodowatym poranku czekał nas naprawdę ciepły dzień. Co później odcisnęło piętno na naszym zdrowiu, i nawet najlepsze Syryjskie lekarstwo w postaci whiskey za 9 zł nie pomogło. Tego dnia zobaczyliśmy naprawdę wiele… Podczas zwiedzania  zrobiłem mnóstwo zdjęć z których zaprezentuje tutaj, zaledwie malutką część.  Do najciekawszych punktów Palmyry bez wątpienia należy świątynia Baala. Tak, tak… to właśnie tego skur***la tłukł co drugi nastolatek w Diablo II.  Baal był jednym z potężnych, prastarych bóstw Mitologii Ugaryckiej (najstarsza spisana mitologia w języku Semickim). Nie będę tutaj streszczał tych opowieści ale generalnie chodzi o to że Baal zdetronizował Ela (Wszech Bog, stworzyciela świata) i objął po nim panowanie nad światem. Poniżej dwa cytaty które znalazłem w internecie i które oddają klimat tego miejsca (przynajmniej tak mi się wydaje).

Seleukidzi popierali kult Baala w Syrii oddając mu szczególną cześć. Przymuszanie Żydów do jego kultu stawało się powodem powstań żydowskich. Wielokrotnie w Biblii potępia się kult Baala, jeszcze przed czasami machabejskimi.”

„Świątynia Baala Shamina (w Palmyrze), boga deszczu  Wejście do świątyni prowadzi obok ruin wielkiego portyku. W centralnej części świątyni znajdują się pozostałości ołtarza ofiarnego i rytualnego basenu służącego ablucjom kapłana przed złożeniem ofiar ze zwierząt.”

W ramach podsumowania dodam, że szukając informacji w internecie na temat Palmiry miałem ciarki na plecach… Jak teraz o tym myślę to całe to miejsce, ma tak mroczną i plugawą przeszłość, że w pierwszej kolejności nasuwają mi się skojarzenia z opowiadaniami Lovecrafta

(2) wschód słońca #1

(3) wschód słońca #2

(4) wschód słońca #3

(5) Zamek Fakhr-al-Din al-Maani w promieniach wschodzącego słońca #1

(6) brama wjazdowa na teren wykopalisk

(7) głowica kolumny romańskiej zasypana w piaskach

(8) aleja z kolumn na drugim planie Tetrapylon

(9) motor – główny środek transportu, tutejszych kupców

„Na południowy zachód od miasta, w  Dolinie Grobów, znajduje się szereg nietypowych budowli. Są to wolno stojące, kamienne wieże  o kwadratowej podstawie, z I i pocz. II w.

Gdy Arabowie podbili Palmyrę, zaczęło się wielkie grabienie grobowców. Hieny cmentarne, gdy nie mogły ściągnąć biżuterii, odcinały palce i głowy ludziom którzy byli pochowani w dolinie.

(10) Dolina grobowców #1

(11) Dziecko sprzedające pamiątki

(polecam oglądać na pełnym ekranie – w tym celu kliknąć w zdjęcie)

(12) Kobieta z dzieckiem #1

(13) kobieta z dzieckiem #1

(14)  Widok z ostatniego poziomu grobowca

(15) kierunkowskaz na kolejne grobowce

(16) Bohun a na drugim planie świątynia Baala

(powtórzone)

(17) Wejście do Palmyry

Bezpośrednie wejście do miasta prowadzi przez zrekonstruowany, monumentalny łuk. Połączony był on ze świątynią rzędem kolumn, zachowanych obecnie tylko we fragmentach. Jego przedłużenie stanowi kolumnada w kierunku północno-zachodnim, wyznaczająca główną ulicę miasta.

(18) Tetrapylon

Tetrapylon, w architekturze rzymskiej monumentalna brama o 4 wejściach. Niekiedy zwieńczona posągiem z brązu. Tetrapylon ustawiano w miastach na skrzyżowaniu głównych arterii lub na forum. Do najbardziej znanych tetrapylony należą: Janus Quadrifons z IV w. na rzymskim Forum Boarium i tetrapylon z Palmyry (Syria) zwany Wielkim Tetrapylonem.

(19) kolejny widok na Palmyrę

(polecam oglądać na pełnym ekranie – w tym celu kliknąć w zdjęcie)

(20) motocykliści na drodze prowadzącej do Damaszku

(21)… Jestem królem świata

(22) Postój gdzieś na trasie Palmyra – Damaszek

(23) To co … może by tak wspiąć się na Mount Everest Hardkoru i pojechać do Iraku ?

(w końcu mam dwa bardzo poważne zaproszenia …)

(24) Kierunek : DAMASZEK

Naszym kolejnym celem podróży był Damaszek. W promieniach zachodzącego słońca przemierzaliśmy pustynię. co kilkanaście kilometrów mijaliśmy kolejne przydrożne bary i stacje benzynowe. Cena paliwa w Syrii jest niewyobrażalnie niska. Za litr benzyny trzeba zapłacić trochę ponad złotówkę, a Syryjczycy i tak narzekają, że to drogo i kiedyś było dużo taniej. Zapomniałem o tym wcześniej wspomnieć, ale Syria podzielona jest na „stany” (takie nasze województwa), gdy poprzedniego dnia w drodze do Krak de chevaliers, mijaliśmy granice takiego stanu, zatrzymała nas kontrola. Mężczyzna z kałasznikowem na plecach i w arafatce na głowie podbiegł do naszego pojazdu i kazał się wylegitymować kierowcy. Na początku byłem w lekkim szoku i wydawało mi się, że to jakiś obłąkany partyzant chce nas zaatakować, ale na szczęście to  była tylko, rutynowa kontrola drogowa w zachodniej Syrii. Na trasie Palmyra – Damaszek nie mieliśmy takich przygód. Zmęczeni całym dniem zwiedzania , przy dźwiękach muzyki, obserwowaliśmy jak słonce powolnie chowa się za horyzont, a jasne piaski pustyni spowija mrok. Za naszymi plecami zostawiliśmy Palmyrę i podążyliśmy w kierunku kolejnej przygody… tym razem nazywała się : DAMASZEK