The long way home 18 stycznia 2011

„Wszystko co ma swój początek, musi mieć też koniec”. Ta ponadczasowa maksyma (albo, jak kto woli , hasło reklamowe ostatniej części Matrixa), sprawdziła się też tym razem. Po 4 miesiącach spędzonych w Turcji ,przyszedł czas spakować bagaże i wracać do domu. Zapraszam do przeczytania krótkiego wpisu o powrocie do Ojczyzny!

Ostatnie dni przed wyjazdem, były naprawdę wariackie. Pakowanie, kupowanie prezentów, ważenie bagaży (jak się później okazało – zepsutą wagą), no i najważniejsze: pożegnania. Nie wiem czy w którymś z innych krajów, Erazmusi mieli takie pożegnanie jak my. Po tak długim czasie spędzonym w Gaziantep, otaczało nas naprawdę wielu znajomych. Większość z nich (jak to u Turków bywa) bardzo obrażalskich, więc z każdym, należało pożegnać się osobiście i poświęcić mu chociaż chwilę czasu. Ludzie byli dla nas wyjątkowo mili i otwarci, więc nikomu nie chcieliśmy zrobić przykrości. Choć każdy z nas tęsknił za Polską (przede wszystkim za zakazanym mięsem ze świni i trudną do zdobycia Polską wódka) na kilka godzin przed wyjazdem, naprawdę chcieliśmy wydłużyć pobyt, chociaż o jeden dzień. Wiedzieliśmy, że to, co zobaczyliśmy było tylko małym fragmentem tego, co oferowała nam Turcja (i Bliski Wschód). Szkoda, że nie udało nam się odwiedzić jeziora VAN, Mardin, czy też naszych Polskich znajomych z położonej nieopodal Adany. Żal Izmiru i położonego w północnym Iraku , Kurdyjskiego miasta Irbil. Z tego właśnie miasta, mieliśmy kilku znajomych, którzy wielokrotnie zapraszali nas w swoje strony (gdzie wbrew temu, co się mówi w mediach, jest bardzo bezpiecznie!). Może naszym następcą uda się zobaczyć więcej, choć z malutkim grantem od Politechniki, będzie ciężko!

O godzinie 7 nad ranem, na pokładzie samolotu , (tanich) Tuckich linii Pegasus wylecieliśmy w stronę Istambułu. Z słuchawkami na uszach, przy dźwiękach piosenki, która towarzyszy, każdej mojej lotniczej podróży, obserwowałem oddalające się Gaziantep. Po półtorej godziny lotu, po raz trzeci wylądowaliśmy w najpiękniejszym mieście Turcji. Nie musieliśmy długo czekać na lot do Wiednia. Podczas dwugodzinnego oczekiwania, zaopatrzyliśmy się  w sklepie bezcłowym (który wcale nie był tani!) w Raki i inne Tureckie przysmaki.

(1) Pożegnanie z cieśniną Bosforską

ciekawostka :  Istambuł posiada prawie 2 razy większą populacje niż cała Austria (~8,5 mln)

(2) Wiatraki we mgle , gdzieś nieopodal Wiednia

(3) Powtórzone

W Wiedniu mogliśmy porównać, jak bardzo różni się wschodnia Turcja, od jednego z najczyściejszych i najbardziej zadbanych miast w Europie. Sterylnie czyste Austriackie ulice, wszech-otaczający ład i porządek, od pierwszych chwil zmusiły nas do refleksji nad tym , co widzieliśmy przez ostatnie 120 dni. Najmilsze spostrzeżenie – kierowcy, którzy puszczają cię , w momencie jak dochodzisz do przejścia dla pieszych … Coś, co w Turcji jest praktycznie nie możliwe. (No chyba, że jesteś seksowną, długonogą blondynką). W stolicy Austrii spędziliśmy ponad 8 godzin. Do Krakowa mieliśmy się dostać autobusem. W zasadzie każdy z nas posiadał ogromny bagaż, który uniemożliwił nam  swobodną wycieczkę do centrum miasta. Dla zabicia czasu szwendaliśmy się w okolicach dworca. Budynek mieścił się w robotniczej dzielnicy Simmering. W poszukiwaniu czegoś do jedzenia, odwiedziliśmy gigantyczny kompleks zabytkowych gazowni, z końca XIX wieku, które zostały przerobione na centrum handlowe, apartamentowce  oraz domy studenckie. Budowle zrobiły na mnie naprawdę oszałamiające wrażenie. Jako ciekawostkę mogę dodać , że cylindryczne zbiorniki służące do przechowywania gazu , posłużyły, jako scenografie do filmu „The Living daylight”, czyli jednej z części sagi o przygodach Jamesa Bonda.

Spacerując po Wiedniu, zauważyliśmy ogromny szyld z napisem „Żywiec”, który bardzo nas ucieszył. Od razu weszliśmy do środka … I co się okazało ? Właścicielem był Turek, który sprzedawał produkty ze swojej ojczyzny oraz … Polskie piwo. Ponadto chwile później, wdaliśmy się w pogawędkę ze sprzedawcą kebaba. Mężczyzna był nieźle zdziwiony, kiedy usłyszał swój rodzimy język.

Do Polski dojechaliśmy gdzieś koło 4 nad ranem. Byliśmy zmęczeni, ale i zarazem szczęśliwi, że wreszcie jesteśmy w domu!

P.S.1. Dziękuje wszystkim za głosy w konkursie na Blog Roku. Dzięki wam, z liczbą głosów 194 (!), znalazłem się w rundzie III (finałowej). Było to dla mnie niezwykłe zaskoczenie, w momencie, kiedy zaczynałem pisać tego Bloga, nie spodziewałem się, że zajdę aż tak daleko… Jeżeli macie ochotę, możecie głosować dalej! Obowiązuje ten sam numer i zasady, co poprzednio ! czas trwania konkursu do 7 lutego 2011

P.S.2. Następny wpis, będzie podsumowaniem mojego pobytu na Erazmusie! Ale nie bójcie się , to nie koniec bloga. Na tej stronie będę opisywać , każdą moją kolejną podróż!

Reklamy

Istanbul 20-24 Październik 2010 // część 3

(ciąg dalszy posta: Istanbul 20-24 Październik 2010 // część 2

dzień 4 – sobota

Sobota była dniem, na  który wszyscy czekali. Nie będę owijał w bawełnę i przynudzał przydługimi wstępami, tylko od razu przejdę do sedna sprawy… Pierwszym  miejscem które zwiedziliśmy był pałac Topkapi. Jeden z ważniejszych zabytków w Istambule. Ten budynek służył Sułtanom przez blisko 1500 lat. Szczerze mówiąc,mimo swojej oszałamiającej historii nie zrobił on na mnie aż tak dużego wrażenia. W środku było tysiące turystów, żeby zobaczyć cokolwiek trzeba był stać w gigantycznych kolejkach. Pomieszczenia były dość ciasne a cały czas trzeba było być w ruchu, bo nowi zwiedzający chcieli wejść do środka… Poza tym najciekawszy element pałacu – Harem, był ekstra płatny. Za zwiedzenie tego przybytku (rozpusty) należało zapłacić 15 TL czyli około 30 zł , co jest dość sporym wydatkiem dla studenta. Wiec darowaliśmy sobie tą przyjemność. Swoją drogą muszę przyznać ze cwani są ci Turcy … bo taki Harem to dla takiego Europejczyka nie lada atrakcja. Nie chce mi się opisywać poszczególnych elementów pałacu , jeżeli kogoś interesuje historia zapraszam do odwiedzenia tej strony . Poniżej przedstawiam najciekawsze zdjęcia.

(1) Brama Imperialna

Oddziela pałac od miasta. Została zbudowana za panowania sułtana Mehmeda II Zdobywcy. Jest zwana również Bâb-ı Hümâyûn. Nad bramą znajduje się inskrypcja z 1478 roku. Po bokach bramy znajdują się pomieszczenia dla strażników.

(2) Bogato zdobione sklepienie jednego z pomieszczeń


(3) mozaika zdobiąca ścianę budynku

(kliknąć w zdjęcie aby powiększyć)


Po zwiedzaniu pałacu udaliśmy się na obiad. Spacerując uliczkami w kierunku restauracji, mijaliśmy dziesiątki straganów, na których można było kupić dosłownie wszystko. Od przewodników po Istambule w języku polskim , po podrobione koszulki Hard Rock Cafe, w przeliczeniu  za 30 zł od sztuki… a jak ktoś był  wytrwały w Targowaniu (TURCY TO LUBIĄ!) mógł zbić cenę nawet o połowę . Podobnie jak w pozostałych zakątkach Turcji , które dane mi było odwiedzić, w Istambule również jest wiele bezpańskich psów i kotów. Te które żyły na terenie pałacu miały dość dużo szczęścia, bo turyści dokarmiali je całymi stertami jedzenia. W porównaniu do zwierząt z Gaziantepu mógłbym powiedzieć,że niektóre ze zwierzaków były nawet „otyłe”

(4) mały kotek wypoczywający przed straganem z pamiątkami

(5) kotek na drzewie

Po obiedzie dane nam było zwiedzić chyba najważniejszy zabytek w całej Turcji . Mowa oczywiście o Hagia Sofii , lub jeżeli ktoś woli Turecki to Ayasofy. Ta monumentalna świątynia może mieć nawet 1700 lat . Zwiedzając budynek przez moją głowę przechodziła tylko jedna myśl … Gdy ten kościół był budowany, nasi przodkowie biegali po lasach z patykami i polowali na dziki czy też inne świnie. A ich szczytowym osiągnięciem w budownictwie była chatka z kupy. Hagia Sofia to oszałamiająca konstrukcja , chodź z perspektywy czasu chyba katedra w Mediolanie, bardziej mi się podobała. Ciekawe jest to, że w 1453 roku po zdobyciu Konstantynopola, przekształcono kościół Mądrości Bożej (poprzednia nazwa) na meczet. Zatynkowano wszelkie chrześcijańskie symbole i dobudowano minarety. Dopiero gdy Ataturk doszedł do władzy , przekształcił budowle w muzeum. Turcy raczej niezbyt dbają o zabytki , wiec przeszło 70 lat po tym wydarzeniu wewnątrz świątyni dalej prowadzone są prace remontowe. Bardzo ciekawy jest fakt, że wewnątrz świątyni nie ma schodów , żeby dostać się na wyższy poziom wychodzi się po pochyłej powierzchni. 

(6) Hagia Sofia od zewnątrz #1

(7) wnętrze Hagia Sofii


(8) Mozaika przedstawiająca świętą rodzinę

Powiem szczerze, mam już dość wysłuchiwania muzułmańskich modłów nadawanych przez megafon pięć razy dziennie. Dlatego gdy zobaczyłem ta mozaikę , naprawdę się ucieszyłem. W całej świątyni jest pełno symboli chrześcijańskich które mieszają się z arabskimi znakami.

(9) Krata nad wyjściem z Hagia Sofii

Kolejnym punktem wycieczki był Błękitny meczet lub czasem inaczej nazywany Meczetem Sułtana Ahmeda. Budynek usytuowany vis-a-vis w stosunku do Hagia Sofii.

(10) Błękitny meczet widziany z okna Hagia Sofii

I znowu nie za wiele jest tutaj do opowiadania,  myślę, że fotografie wystarczą aby opisać klimat tego miejsca.

(11)  Błękitny meczet i mauzoleum Sułtana Ahmeda

Dużo zdjęć z tej wycieczki zrobiłem , ale nie wszystkie mogą znaleźć się na blogu,  zaciekawionych tematem odsyłam do mojego konta na Picassie (link).

Co mogę powiedzieć na podsumowanie … Na pewno było warto i polecam odwiedzenie tego niezwykłego miejsca każdemu kto zawita do Turcji… bo jak ktoś powiedział , to wstyd być w Istambule i nie odwiedzić Hagia Sofii…  Z drugiej strony, to miejsce jest tak popularne wśród turystów, i tak  zatłoczone, że momentami odechciewało mi się zwiedzania. Mimo, że byliśmy po sezonie, kolejki po bilety i do wejść ciągnęły się po horyzont. W pewnym momencie nawet stwierdziłem , że wolałbym wsiąść aparat i połazić po wąskich uliczkach Istambułu , zamiast stać w tych durnych kolejkach… ale gdy udało nam się już wejść do środka Hagia Sofii, szybko zmieniłem zdanie…

Wieczorem czekała nas kolejna (niestety już ostatnia) niespodzianka. Organizatorzy zafundowali nam koncert muzyki klasycznej. Na początku byliśmy sceptycznie nastawieni do tego wydarzenia, ale podczas występu, szybko zmieniliśmy zdanie. Akustyka w teatrze była doskonała.  Tylko kilku Tureckich ignorantów smacznie spało podczas występu. Poniżej załączam plan koncertu. Aha, jedna dodatkowa atrakcja … koncert miał miejsce po Azjatyckiej stronie Istambułu, cała konferencja w części Europejskiej. Na druga stronę cieśniny dostaliśmy się naszym ukochanym mostem. Zobaczyć panoramę Istambułu z mostu bosforskiego to naprawdę bezcenne przeżycie!

(12) Sufit Teatru w którym odbywał się koncert

dzień 5 – niedziela

Niedziela była dniem wolnym. Więc zaraz po śniadaniu wybraliśmy się na spacer po mieście. Nareszcie nikt nas nie poganiał  i nikt nam nie mówił gdzie mamy iść. Spokojnie spacerowaliśmy sobie bo krętych , stromych uliczkach Istambułu. Odwiedziliśmy port ( Obserwowaliśmy meduzy pływające w klarownie czystej wodzie Bosforu) i kilka zakamarków, do których przeciętny Europejski turysta normalnie by się nie wybrał. Istambuł jest naprawdę przepięknym i niezwykle ciekawym miejscem. W tym momencie mogę śmiało powiedzieć, że to jedno z piękniejszych miast jakie widziałem w swoim 24-letnim życiu (no może poza Krakowem;p). Myślę, że stwierdzenie, że Istambuł jest  bardziej Europejskie niż sama Europa ma swój sens. Na zakończenie muszę dodać, że udało nam się zgubić wśród labiryntu uliczek. Ale dzięki temu dotarliśmy do naprawdę spektakularnych miejsc (wzgórze z którego było widać most oraz Hagia Sofie). Muszę dodać ,że  odwiedziliśmy Istambuł w naprawdę ciekawym momencie. Całe miasto było pełne flag z podobiznami Ataturka i innymi symbolami narodowymi. Nie wiem ile pieniędzy musiały wydać władze na to przedsięwzięcie ale na pewno dużo. Nie wiem dokładnie , ale wydaje mi się, że wszystkie te przygotowania były związane z Tureckim dniem niepodległości (29.10). Turcy są bardzo wierni swoim wartością, jeżeli ktokolwiek powiedział by coś złego na Ataturka myślę, że mogło by się to skończyć mordobiciem. Youtube był przez długi czas zbanowany ze względu na niezbyt przyjemne treści dotyczące wodza, które znajdowały się w filmikach.

Po południu złapaliśmy taksówkę , która odwiozła nas prosto na lotnisko. W samolocie tak jak poprzednio czekał na nas wyśmienity posiłek. W Gaziantep wylądowaliśmy po 20 i na tym zakończyła się nasza wielka przygoda z Istambułem.

(13) Ulice Istambułu

więcej zdjęć z 4 i 5 dnia konferencji poniżej :

ZDJĘCIĄ –>> kliknij<<–

(7) wnętrze Hagia Sofii

Istanbul 20-24 Październik 2010 // część 2

(ciąg dalszy posta: Istanbul 20-24 Październik 2010 // część 1)

dziś raczej będą słabe zdjęcia, więc jak ktoś zagląda na blog tylko ze względu na fotki, to raczej się rozczaruję

dzień 3 – piątek

Ciężki był piątkowy poranek, oj ciężki…  po przebudzeniu, cały czas przypominał mi się smak „przysmaków” które skonsumowałem poprzedniego wieczora. (Tych którzy nie wiedzą o co chodzi , odsyłam do poprzedniego wpisu!) Na śniadaniu raczej trudno było spotkać osobę która łapczywie nie pochłaniała by soku, czy też innego płynu. No ale co zrobić , w końcu jesteśmy na Erazmusie, takie poranki nie powinny nikogo dziwić. Po śniadaniu udaliśmy się do sali konferencyjnej, gdzie tym razem zamiast wykładów , organizatorzy zafundowali nam prace w grupach.  Raczej nic ciekawego.  Wnioski z rozmowy : Gaziantep dla Turcji jest tym czym Meksyk dla Stanów Zjednoczonych. Jakoś przeboleliśmy te kilka godzin.

Po obiedzie przyszedł czas na zwiedzanie. I tu czekało nas pierwsze zaskoczenie. Pamiętacie pana o nazwisku Gunther  Von Hagens?  Jeżeli nie , to podpowiem, że jest to twórca wystawy „Body Worlds”, czyli spreparowanych ludzkich zwłok, organów, itp. Kilka lat temu władze Polski nie zgodziły się na prezentowanie jego wystawy w Warszawie. Jeżeli dalej nie kojarzycie o czym mówię, to może TEN blog przybliży sprawę . Moje odczucia po obejrzeniu tego „czegoś” są mieszane, bo z jednej strony było to dość ciekawe doświadczenie, zobaczenie jak wygląda  nasze ciało od zewnątrz. Ale z drugiej strony ci ludzie kiedyś żyli… Jasne , przed wejściem na wystawę pisało „wszyscy, których ciała są eksponowane, dobrowolnie zgodzili się na spreparowanie ich zwłok” (czy coś w ten sens). No ale wystarczy wygooglować nazwisko autora, a od razu wyskakują artykuły z rozprawy dotyczącej wykupywania zwłok skazańców z chińskich więzień. Wystarczy poszperać trochę bardziej i bez trudu można się dowiedzieć, że pan Von Hagens urodził się w Wielkopolsce (wtedy okupowanej przez Niemców) a jego ojciec był kucharzem SS (to tak w ramach ciekawostki)… Jak oglądałem tą wystawę, to zdecydowanie czułem, że coś tam jest nie tak. I na pierwszy rzut oka wszystko było by okej, ale przy niektórych eksponatach chyba trochę fantazja poniosła autora. (jeździec na koniu, żyrafa, różne pokraczne dziwactwa które zrodziły się w głowie psychicznie chorego człowieka). Żeby było jasne, lubię wszelkiego rodzaju szaleństwo w sztuce, ale ta wystawa naprawdę mnie przeraziła. Mimo wszystko polecam obejrzeć, myślę, że będzie to ciekawe przeżycie  i powód do refleksji… Niestety na wystawię był całkowity zakaz robienia zdjęć i osobiście bałem się wyciągnąć aparat z torby, biorąc pod uwagę to co słyszałem o Tureckim prawie…

(1) przed wejściem na wystawę

linki do poczytania tu oraz tu

Kolejnym punktem programu było zwiedzanie muzeum sztuki nowoczesnej. Oczywiście przed wejściem do obiektu została ustawiona bramka z wykrywaczem metalu. Jak później dowiedziałem się od Turków, władze państwa obawiają się ataków ze strony Kurdyjskich ekstremistów. Z tego co mówili zrozumiałem, że Kurdowie lubią od czasu do czasu zrobić sobie „wybuchową imprezkę”. Ale wracając do tematu to wydaje mi się, że nie wszystko z tego muzeum zrozumiałem… ale chyba takie jest założenie sztuki nowoczesnej. Niektóre eksponaty bardzo mi się podobały. Wszystko to było, tak zakręcone, że trudno mi jest cokolwiek opisać. W pamięci utkwiła mi na przykład rzeźba z firanek przedstawiająca kłótnie rodziną. Albo wizualizacja na które pokazana była jakaś upiorna kamienica od frontu, wszystkie okna były pootwierane a wiatr unosił zasłony. To wszystko oprawione klimatycznymi efektami dźwiękowymi… naprawdę przyjemnie się to oglądało. Na wystawie było też kilka obrazów bardziej klasycznych oraz pokaz mody nowoczesnej, która wyglądała jak żywcem wyjęta ze Star Treka. Zresztą długo można było by opowiadać …  powiem tyle, w odniesieniu do „Body Worlds”  cała wystawa była pozytywnie zakręcona. Aha…oczywiście tak jak poprzednio, nie można było robić żadnych fotek, tym razem odważyłem się i pod spodem mała próbka…

(2) Istanbul modern


(3) Istanbul modernpodziemia

Wieczorem zabrano nas na kolacje do miejsca o dumnej nazwie Kiz Kulesi . Jest to zabytkowa wieża usytuowana na środku (… hmm, no może lekko z boku)  cieśniny bosforskiej. Do Kiz Kulesi można dostać się tylko promem, więc automatycznie przepłynęliśmy się statkiem po Bosforze. Jak się później dowiedzieliśmy prywatny inwestor, wykupił budowle i urządził w niej ekskluzywną restaurację. Wewnątrz, lokal wygląda jak nasz Krakowski Wierzynek,  ale w wersji de luxe. A jak dowiedziałem się ile kosztuje posiłek dla jednej osoby , to o mało nie spadłem z krzesła (miesięcznie wydaje tyle na życie w Gaziantepie). No ale podobnie jak reszta rzeczy na konferencji i ta kolacja również była za darmo.  Podczas jedzenia jeden z Turków zaskoczył mnie wiedza na temat Polskiej kinematografii. A mianowicie na temat Kieślowskiego… i nie żeby znał  tylko „Trzy kolory” i na tym koniec. Szczerze mówiąc to chyba widział więcej jego filmów niż ja. Bardzo cieszy mnie fakt, że ktokolwiek w tym kraju wie kto to był Krzysztof Kieślowski.  Później podyskutowaliśmy jeszcze troszkę o Polańskim oraz o Polskim kinie, ale raczej nie było o czym opowiadać … Wstyd mi się było chwalić bogatą gamą telenoweli i komedii romantycznych… Kolejną ciekawą rozmowa (jeszcze na promie) odbyliśmy z Holendrem, który również brał udział w konferencji.  Opowiedział nam o tym jak był na wolontariacie w Bombaju. Pracował tam jako nauczyciel w slumsach. Historie które nam opowiadał naprawdę były przerażające. Jeżeli Indie faktycznie wyglądają tak jak w jego opowieściach to  musi to być jedno z najgorszych miejsc na ziemi… bieda , głód , choroby… i brak jakiegokolwiek zainteresowania ze strony świata! Koszmar! Długo chodziliśmy  przywieszeni po tej rozmowie. Ostatnia z konwersacji o jakiej warto wspomnieć dotyczyły Tureckiej służby zdrowie, a mianowicie stomatologii. Jedna z Polek (pozdrowienia!) przyszła pani stomatolog, opowiadała nam jakie problemy mają Turcy z uzębieniem. W Polsce jak ktoś w naszym (moim) wieku przychodzi do dentysty , to ma 1,2 – 3 dziury, tutaj Turcy przychodzą bez  1 -3 zębów… wszyscy palą papierosy od młodego (mało się pije – dużo się pali ) rzadko myją zęby, a potem taka patologia wychodzi na krześle dentystycznym. Zabawne, bo na początku myślałem że Turcy odstawiają fuszerkę tylko z budownictwem, ale niestety jest tego więcej. Może kiedyś zrobie osobny wpis na ten temat …

Podczas kolacji mogliśmy również wyjść na taras widokowy, z którego było widać panoramę całego Istambułu.  Przepiękny widok… niestety zbyt długo nie dało się wytrzymać na wieży, ponieważ wiał bardzo ostry i zimny wiatr. Po kolacji, około 23 – 24 , wróciliśmy do hotelu , gdzie wieczór zakończył się obowiązkową imprezą w gronie erazmusów… standard!

(4)  Kız Kulesi (maiden’s tower) od frontu

I tak na zakończenie mała opowiastka (legenda) o Kiz Kulesi. Dawno, dawno temu pewien Sułtan na spotkaniu z wróżbitą dowiedział się, że jego ukochana córka zginie zatruta jadem węża.  Zrozpaczony sułtan postanowił uchronić córkę przed tym strasznym losem. (albo po prostu, jak każdy Turas chciał zniewolić kobietę i zamknął ją  w wieży żeby była niedostępna dla nikogo poza nim) Wybudował wieżę pośród wód Bosforu i zamknął w niej córkę. Raz na jakiś czas służba przywoziła łodzią  jedzenie dla kobiety (która na pewno udawała, że jej się tam bardzo podoba i to jest okej, że siedzi pod kluczem na środku morza). Niestety w jednym z koszy z jedzeniem (owocami) ukrył się wąż, który śmiertelnie ukąsił ukochaną córeczkę sułtana … Wniosek : Jak chcesz zamknąć babę , to lepiej w piwnicy niż na środku morza… bo i tak się stanie to co się ma stać , a koszty mniejsze.

I już naprawdę na sam koniec  króciutka ankieta , zapraszam do głosowania .


Zdjęcia z dnia 3  , nie było ich za dużo … ale przygotujcie się na spora dawkę fotek w następnym wpisie

-> Zdjęcia TUTAJ <-

Istanbul 20-24 Październik 2010 // część 1

Ahh (!) , ten Istambuł… w głowie mam tyle myśli, że nawet nie wiem od czego zacząć. Na konferencji działo się tak wiele  rzeczy, że postanowiłem podzielić moją relacje na dwie albo nawet trzy części. Dzisiejszy wpis będzie dotyczył pierwszych dwóch dni wyjazdu.

Wszystko zaczęło się w środę, 20 października. Za nim udało nam się złapać samolot do Istambułu, niestety musieliśmy iść na zajęcia, na które (mimo, że wydział mamy może z 200 m od akademika) oczywiście się spóźniliśmy. Po wyjątkowo długich, ale mimo wszystko ciekawych zajęciach z przedmiotu Geotechnical Exploration, biegiem wróciliśmy do pokojów, żeby dokończyć pakowanie i załatwić ostateczne sprawy przed wyjazdem. Nie potrzebny był nasz pośpiech ponieważ, po przyjeździe na lotnisko, okazało się, że samolot był spóźniony ponad 40 minut. Gdy w końcu udało nam się wejść na pokład (wszędzie bramki !) ,  Turkish Airlines rozpieściło nas zestawem obiadowym. Firma reklamuje się hasłem „best food in economy class” (czy jakoś tak) … i coś w tym naprawdę jest ! Podczas lotu, widoczność była naprawdę niezła, szkoda tylko, że przez upaćkane szyby (jak stół na TVN), zdjęcia wyszły dość słabo. Po około 80 minutach  ( trochę ponad 900 km) wylądowaliśmy na lotnisku Ataturka w Istambule. Lotnisko było o wiele większe od tego na którym byliśmy dokładnie miesiąc temu (Sabiha Gokcen). Samolot po wylądowaniu jechał chyba  z 10 minut do terminalu. Na pasach startowych stały dziesiątki samolotów z najróżniejszych krajów. Naprawdę był to niesamowity widok, który dodatkowo podkreśliły promienie zachodzącego słońca.

(1) Cieśnina Bosforska przez upaćkaną szybę

Po wyjściu z lotniska, złapaliśmy taksówkę. I tu niestety nie było niespodzianek. Jechaliśmy w 6 osób (z kierowcą) w 5 osobowej taksówce, oczywiście wszyscy bez pasów… pewne rzeczy w Turcji, nawet w Istambule, najbardziej Europejskim mieście pozostają bez zmian. Podróż do hotelu trwała dłużej niż przelot samolotem, mimo, że było już stosunkowo późno w mieście panował jeden wielki korek. Jak będzie nam się później dane dowiedzieć, Istambuł jest wiecznie zakorkowany, nawet w środku nocy. Ale trudno się dziwić… w zasadzie nikt nie potrafił powiedzieć ile osób mieszka w mieście. Jedni mówili że 12 milionów inni, że 20 … trudno jest powiedzieć, bo wiele osób które tu przyjeżdża, nigdzie się nie melduję. (biorąc pod uwagę to co do tej pory widziałem w Turcji, nie zdziwił bym się jakby obywatele nie mieli takiego obowiązku). Z taksówki obserwowaliśmy rozświetlone miasto. gdzieś tam na horyzoncie wyrastały drapacze chmur i minarety. Jednak to co najbardziej przykuło moją uwagę to most bosforski (o tej wspaniałej konstrukcji, potem). Jak się później okazało , nasz hotel leżał dosłownie w najbliższym sąsiedztwie mostu. Gdy wymęczeni, wysiedliśmy z samochodu spotkało nas pierwsze wielkie (niezwykle przyjemne!) zaskoczenie. Organizatorzy zafundowali nam pobyt w 5 gwiazdkowym hotelu. Powiem tyle : wielkie WOW !  Z mojego pokoju miałem widok na Meczet Ortaköy, przepiękny budynek, który zaraz za Hagia Sofią jest jedną z najważniejszych wizytówek miasta. Pierwsze co zrobiliśmy po rozpakowaniu bagaży to wycieczka pod meczet (oraz most) i sesja zdjęciowa:) Poniżej malutka próbka.

(2) Meczet Ortaköy oraz most Bosforski nocą

(3)  most Bosforski i fragment meczetu

(4) Sami wiecie kto


Po powrocie z wycieczki i kolacji w Burger Kingu (jak już wcześniej wspominałem , BK jest najpopularniejszym fast foodem w Turcji) spotkaliśmy pozostałych uczestników konferencji. Ku naszemu zdziwieniu okazało się że Polacy stanowią spora część grupy. I w zasadzie w tym momencie, cały wyjazd przerodził się w przygodę typu „Drink & Travel„. Po wyciecze do pobliskiej knajpy i kilku integracyjnych piwkach okazało się , że większość ludzi się zna przez kogoś albo w jakiś inny dziwny sposób (takie osoby jak Michał Trzcinka czy Barbara Sekulska nie były tu obce). Jak to zazwyczaj u studentów bywa, po chwili namysłu po piwie namysłu stwierdziliśmy że nie warto marnować pieniędzy na knajpę i trzeba się udać na konsumpcję do pokoju hotelowego… dalsza część historii jest już chyba jasna, dlatego w tym momencie przejdę do innego tematu 🙂

czwartek

Konferencja w której wzięliśmy udział, składała się z serii spotkań oraz zwiedzania Istambułu. W konferencji brali udział studenci z 18 Tureckich miast, którzy są, albo byli na Erasmusie (około 30 obcokrajowców i 40 Turków). Z każdego miasta po 4 studentów. Zajęcia zaczęły się w czwartek rano. Po ciężkiej pobudce udaliśmy się na dach hotelu, żeby zjeść  śniadanie. Zaraz koło restauracji znajdował się taras z basenem, z którego było widać most bosforski. Nie wiem co Politechnika zrobiła z moim mózgiem, ale tak naprawdę to właśnie ten most podobał mi się najbardziej z całego Istambułu. Jak by ktoś nie wiedział to ta wspaniała konstrukcja łączy Azję i Europę.  Jeżeli kogoś interesuję to można poczytać co nieco tutaj. Każdą wolną chwilę w przerwach między kolejnymi etapami konferencji spędzałem na oglądaniu mostu albo robieniu jego zdjęć. Niektórzy nawet śmiali się, że chyba mam z tym jakiś problem 🙂

(5) Most Bosforski, widok z tarasu hotelowego

Co mogę powiedzieć o samej konferencji. Dla kogoś kto studiuje stosunki międzynarodowe ( albo coś  w ten sens) , na pewno te spotkania mogły by być niezwykle interesujące. Dla mnie były po prostu okej… trochę nudne, ale momentami ciekawie się słuchało. Jeden z wykładów prowadził jakiś nawiedzony Brytyjski historyk, który zachowywał się trochę jak by był po amfetaminie. Generalnie to nie ma się co rozpisywać, jak ktoś czytał post z Eskisehir to wie o co chodzi, bo było dokładnie tak samo  …  Po obiedzie udaliśmy się na szybką przechadzkę po Istambule i tu dopiero odstawiliśmy niezłą Japonię. poniżej efekty.

(6) Wnętrze meczetu Ortaköy

Pierwszy raz w życiu byłem w środku meczetu. Było to niezwykle ciekawe przeżycie. Jak widać powyżej, w środku nie ma ołtarza, ani żadnych świętych obrazów … tylko tablice z imieniem Boga (?). Przed wejściem należy ściągnąć buty (obmyć się). O innych zwyczajach nie będę się rozpisywać bo nie chce popełnić żadnego fo pa , jak kogoś interesuje to można sobie wygooglować

(7) meczet oraz most za dnia

(8) „pamiątki” które można kupić przed meczetem

(po prawej stronie cyganka z Gaziantepu)

(9) Nasze Polskie post-komunistyczne „gównienko” w porównaniu z Mostem Bosforoskim

(10) spojrzenie na most z drugiej strony

(11) Panorama

kliknij w obrazek aby powiększyć

Wieczorem czekała nas kolejna niespodzianka, organizatorzy zabrali nas do klubu na specjalnie przygotowany dla nas koncert. Zespół nazywał się Dolapdere Big Gang i w głównej mierze grali zagraniczne covery na Turecką nutę. Wszyscy Turcy twierdzili, że kapela jest bardzo popularna wśród studentów. Wiec moje pierwsze skojarzenie było z Polskim Happysadem czy innym tego (niezbyt dobrego) typu zespołem. Ale muzyka tam nie była najważniejsza… mogliśmy wypić za darmo tyle alkoholu ile nam się podobało. Więc raczej nie muszę opisywać co się działo później (!).   Z anegdotek mogę przytoczyć rozmowę z Litwinką , która uświadomiła nam jakie jest zdanie jej rodaków o Polsce. A mianowicie, Litwa była pod zaborem Polskim, a pomniki Mickiewicza to sobie możemy najchętniej zabrać.  Po koncercie wróciliśmy do hotelu i jak ktoś chciał to mógł się wybrać na przekąskę. Niestety o tej porze Burger King był już zamknięty i jedynym lokalem w którym można było coś zjeść było „Sampiyon Kokorec”… czyli Turecki Fast Food z… wnętrznościami kozy. Było mi dane spróbować na przykład zupę z żołądka kozy (strasznie kwaśna, aż do tej pory czuję smak soku żołądkowego) albo kanapkę z flaczkami… wtedy wydawało mi się, że spróbowanie tych „przysmaków” było dobrym pomysłem…

(12) Dolapdere Big Gang


I tym wydarzeniem zakończył się mój drugi dzień pobytu w Istambule… a to dopiero początek wrażeń. Niedługo kolejny wpis, Zapraszam !

 

Tutaj można posłuchać wypocin kapelki o której wspominałem wcześniej (smoke on the water)

 

-> TUTAJ <- więcej zdjęć z pierwszych dwóch dni konferencji