Şanlıurfa 9 stycznia 2011

Powrót do Polski zbliżał się wielkimi krokami, jednak wszelkie przygotowania z tym związane, nie przeszkodziły nam w udaniu się na kolejną wycieczkę. Tym razem w lekko okrojonym, gronie (5 osób) wybraliśmy się do oddalonej o około 140 km od Gaziantepu, Urfy.

Ciekawostka na dobry początek : W Turcji, tablice rejestracyjne zaczynają się od numeru opisującego  kolejność prowincji w alfabecie. przykładowo 01 – Adana ; 02 -Adyaman ; … ;27- Gaziantep ;… ; 63 –Şanlıurfa ;…

Po niezbyt przyjemnych przygodach, związanych z organizacją autobusu, jakie miały miejsce 2 tygodnie wcześniej (patrz: wycieczka na Nemrut), zdecydowaliśmy się wybrać do Urfy na własną rękę . Początkowo mieliśmy w planach jechać w szóstkę (4 Polaków, Tajwanka, oraz Niemiec tureckiego pochodzenia), niestety nad ranem okazało się , że jeden z kolegów nie jest w stanie wstać o tak wczesnej porze, co zmusiło nas do zredukowania grupy o jeden. Po przyjeździe na dworzec autobusowy, bez zastanowienia wsiedliśmy w pierwszy mini-bus który jechał w stronę Şanlıurfy. Nie zdziwiło nas, że pozostali pasażerowie byli pochodzenia Kurdyjskiego, w końcu Urfa od zawsze zamieszkiwana była głownie przez tą mniejszość. Nie zaskoczyła nas również reakcja jednej z kobiet, na sytuacje, gdy koleżanka pocałowała kolegę w policzek. W końcu tylko małżonkowie mogą dopuszczać się tak lubieżnych czynów.

Przy dźwiękach dyskografii The Smiths, obserwowałem zmieniający się krajobraz południowo-wschodniej Turcji. Po kilkudziesięciu minutach jazdy zatrzymaliśmy się w Kurdyjskiej wiosce Birecik, usytuowanej nad brzegiem rzeki Eufrat. Od strony Gaziantepu, do miasta można się było dostać przez most, z którego było widać całą panoramę sennej mieściny, z zabytkowym Rzymskim zamkiem na pierwszym planie. Twierdza była przebudowywana wiele razy, a jaj początki datuje się na rok 30 P.N.E. W Bireciku musieliśmy się przesiąść na kolejny autobus, który miał nas zawieść bezpośrednio do Urfy. Jednak zanim ruszyliśmy w dalszą drogę, mieliśmy chwilę wolnego czasu.  Miasto zdominowane było przez jedno i dwukondygnacyjne,  niezadbane budynki, które wyglądały jakby zaraz miały się zawalić.  Co chwile do naszych nozdrzy dochodził przeraźliwy smród, wydobywający się z rynsztoku, co sprawiło, że jeszcze bardziej chcieliśmy już być w Şanlıurfie.  Po niecałej godzinie wreszcie ruszyliśmy w dalszą drogę. Zostawiając za swoimi plecami , wybudowane na wapiennych wzgórzach otaczających rzekę Eufrat ,Birecik, wyruszyliśmy w  głąb Kurdystanu…

(1) To nie nowe gwiazdy sceny Indie-Electronic , to Kurdyjscy sprzedawcy ryb, przy jednej z ulic Urfy

Kierowca autobusu wysadził nas blisko centrum miasta, w pobliżu bardzo czystego i zadbanego parku. Gdzieś nieopodal wznosił się nowiutki, nowoczesny drapacz chmur. Nie tak wyobrażałem sobie Urfę. Na pierwszy rzut oka, miasto wyglądało bardzo schludnie. Jednak zdawałem sobie sprawę , jak mylne mogą być moje osądy.  Z parku w którym się znajdowaliśmy, miał nas odebrać poznany na stronie couch surfing student, który zaoferował nam swoją pomoc w zwiedzaniu miasta. I tak też się stało.

Po szybkim śniadaniu, zaczęliśmy zwiedzanie. Na początek odwiedziliśmy liczące ponad 500 lat więzienie. Obiekt był ogrodzony drutem kolczastym, a władze miasta dopiero zaczynały prace renowacyjne. Dopiero za kilka lat więzienie miało zostać oddane dla zwiedzających. Nam jednak udało się dostać do środka, wchodząc przez wyważoną przez lokalnych wandali bramę. Więzienie było ogromne , większość cel znajdowała się pod ziemią. W ruinach spędziliśmy kilka minut po czym ruszyliśmy w dalszą drogę. Wąskimi, podobnymi do tych w Gaziantep uliczkami , przemieszczaliśmy się w głąb, tego pół milionowego miasta. Podczas spaceru odwiedziliśmy kilka historycznych meczetów i kościołów.  Podobno pod jednym z nich znajdowała się jaskinia ,w której żył biblijny Hiob. Widok ciekawy, ale na opisywanie  każdego z miejsc po kolei szkoda mi czasu…

(2) Kurdyjskie dzieci czyszczące buty

Anarchy in Turkey

Maszerując uliczkami Urfy, skierowaliśmy się w stronę zamku. Mijaliśmy wiele zabytkowych kurdyjskich domostw, liczne sklepy i bazary. W miarę oddalania się od nowoczesnej części, miasto stawało się coraz bardziej „dzikie” i  orientalne. Spotykaliśmy dziesiątki kurdyjskich dzieciaków, zarabiających na ulicy, sprzedając chusteczki higieniczne lub czyszcząc buty. Wielu napotkanych mieszkańców Urfy było dotkniętych kalectwem, co skłoniło nas do licznych refleksji. W powietrzu unosiła się wyraźnie wyczuwalna woń orientalnych przypraw oraz  tytoniu, która miejscami mieszała się ze  fetorem rynsztoku.  Momentami czułem się trochę jak Marlow z „Jądra ciemności”.

Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o miejsce, które w skrócie mógł bym opisać jako „dom gry”. Było to jedno z najstarszych miejsc tego typu, w tej części Turcji. Dookoła ogromnego placu, pełnego od stolików przy których gromadzili się mężczyźni, podwieszony był balkon, z którego mogłem podglądać graczy.  Nad dziedzińcem rozprzestrzeniały się tumany dymu tytoniowego z fajek wodnych i papierosów.  Jak już wcześniej pisałem , większość gorliwych muzułmanów nie pija alkoholu, za to prawie wszyscy są uzależnieni od papierosów i herbaty.  Jak w Gaziantep, można spotkać sklepy monopolowe, niemalże na każdym rogu, to w Urfie nie widziałem ani jednego punktu ,gdzie można by było kupić jakikolwiek napój wyskokowy.

(3) Szachy i herbata

(4)Mężczyźni ubrani w chusty, grający w karty

(5) Spotkanie przy papierosie i herbacie

(6) Widok z góry

Na pierwszym piętrze budynku znajdowały się pracownie krawieckie do których wchodziło się bezpośrednio z balkonu. Wszędzie porozstawiane były  maszyny do szycia i inne przyrządy krawieckie, które potęgowały niesamowity klimat miejsca.

(7) Utopia …

 

Bezpośrednio z „domu gier” czy jakkolwiek się to miejsce nazywało, wyszliśmy na gigantyczny bazar. Po wejściu na targowisko, nasunęło mi się pierwsze skojarzenie – Syria.  Dziesiątki straganów z chustami,  przyprawami, mięso wywieszone na wystawach i produkty dosłownie ze wszystkich działów. Nawet sprzedawcy wyglądali podobnie do tych z Aleppo, a o kobietach z zakrytymi twarzami i chustami na głowach już nie wspomnę. Pomiędzy straganami, spacerowali starsi mężczyźni ubrani w tradycyjne, szerokie spodnie (szarawary) i „arafatki” na głowach oraz  kurdyjscy młodzieńcy w  eleganckich butach, dresach i z żelem na włosach.

Ciekawostką może być sklep, w którym można było kupić każdy typ broni: od shotgunów po broń krótką. Jak się później dowiedziałem, w Turcji bardzo łatwo jest dostać pozwolenie na używanie pistoletu. Kolega nawet zaproponował mi, że jak chce to może poprosić sprzedawce żeby ściągnął mi jakąś groźnie wyglądającą strzelbę i zrobię sobie z nią sesję zdjęciową.

Po kilkudziesięciu minutach kluczenia po labiryncie straganów w końcu dotarliśmy do parku Gölbasi, w którym znajdował się staw ze słynnymi karpiami. Żeby zacząć opisywać miejsca które zobaczyliśmy, konieczne jest przybliżenie legendy o Abrahamie.

Król Nemrod (prawnuk Noego) był wielkim miłośnikiem pogańskich bóstw.  (…tak bardzo, że chciał się stać jednym z nich!) Jednak na swojej drodze spotkał proroka Abrahama, który wypowiedział mu prywatną wojnę. Król rozwścieczony postępowaniem Abrahama postanowił go ukarać i udowodnić wszystkim, że to on jest najpotężniejszy na całym świecie. Kazał wyciąć wszystkie drzewa w okolicy i usypać z nich wielki stos, na którym miał spłonąć Abraham. Na pobliskim zamku, wybudowano dwie kolumny z których Abraham miał zostać wystrzelony (jak z procy!) w ogień. Jednak Bóg Abrahama zlitował się nad nim i zamienił płomienie w wodę a rozpalone węgle w ryby. Przez co prorok bezpiecznie wylądował w stawie. Ryby które powstały z transformacji, to Karpie i do dziś są uważane jako święte. Jeżeli ktokolwiek odważy się zabić i zjeść rybę – oślepnie.

Rozgniewany na Nemroda, Bóg, pokarał go zsyłając muchę, która przez nozdrza dostała się do jego mózgu. Władca nie był w stanie wytrzymać brzęczenia i co chwilę uderzał głową w ścianę, co z czasem doprowadziło do jego śmierci.

Kurdowie opowiadali jeszcze coś o wybrance Abrahama i kilka innych szczegółów ale nie było to jakoś wyjątkowo fascynujące. Jak kogoś interesuje to odsyłam do internetu.

(8) Święte karpie

Miejsce jest niezwykle ważne dla muzułmanów, którzy uważają Abrahama za swojego proroka. Z tego powodu, Urfa jest częstym miejscem pielgrzymek wiernych z całego świata Arabskiego.  Park w którym mieszczą się główne zabytki, jest wyjątkowo malowniczy i mimo, że nie ma za wiele wspólnego z naszą religią na pewno warto go odwiedzić. Według wiary katolickiej (Biblii) Abraham pochodził z miasta Ur (na mapie o wiele niżej, wgłąb Mezopotamii, gdzieś na terytorium dzisiejszego Iraku).  Podobnie sytuacja przedstawia się z Hiobem, jednak to nie przeszkadza muzułmanom wierzyć, że to właśnie Urfa  jest miastem Proroków. Ponadto z miejscem związanych jest jeszcze kilka innych opowieści,  ściślej powiązanych z Chrześcijaństwem. Ale tak samo jak w poprzednich przypadkach, ich wiarygodność jest raczej znikoma. Mówi się, że Abgar V, władca Edessy (starożytna nazwa Şanlıurfy) prowadził korespondencje listowną z Jezusem. Gdy król zachorował na trąd, Chrystus wysłał mu swoją podobiznę ,odciśniętą na chuście (Mandylion). Mężczyzna został cudownie uzdrowiony, jednak wiele lat później, po jego naturalnej śmierci, relikwia zaginęła, a mieszkańcy Edessy ponownie zaczęli wierzyć w pogańskie bóstwa.

(9) Meczet Halilur Rahman Camii

Żadne zdjęcia nie są w stanie pokazać jak wiele ryb znajduję się w stawie.  Z tego co usłyszałem, władze miasta w żaden sposób nie kontrolują rozrodu zwierząt. Za 50 kuruszów (przez nas potocznie nazywane „kurwisze”) czyli około 1zł można kupić karmę. Gdy chodź jedno ziarenko wpadnie do wody, setki ryb przypływa po więcej.

Nad stawem znajdował się zabytkowy, przepiękny meczet Halilur Rahman , pochodzący z XIII wieku. Pogoda tamtego dnia, wyjątkowo nam się udała, przez co spacerowanie po parku było czystą przyjemnością. Podobno w lecie w Urfie temperatura sięga 50 stopni Celsiusza, co wyjątkowo utrudnia zwiedzanie. Mówi się, że Şanlıurfa jest jednym z najgorętszych miejsc w całej Turcji

(10) dziewczynka karmiąca święte karpie

(11) Mężczyzna dokonujący ablucji, przed modlitwą w meczecie


Wspinaczka na górę zamkową zajęła nam dłuższą chwilę (pokonaliśmy dokładnie 169 schodów). Sam zamek prezentował  się dość mizernie, może z tego powodu, że na tym terenie prowadzone było wiele wojen, a Edessa (Şanlıurfa) przechodziła z rąk do rąk. Władali ją między innymi Rzymianie, Persowie, Grecy, Arabowie, Krzyżacy a nawet Mongołowie. Najciekawszym punktem zamku, są dwie ogromne korynckie kolumny, które górują nad Urfą i  stały się jej swoistą  wizytówką. Z góry zamkowe rozciągał się przepiękny widok na okolicę, którym rozkoszowaliśmy się przez dłuższą chwilę

(12) Kolumny na wzgórzu Damlacık, na drugim planie panorama Urfy

Ciekawostka  : Miejscowa legenda głosi, że Urfa była pierwszym miastem wzniesionym po opadnięciu wód Potopu.

(13) powtórzone

Słońce chyliło się ku zachodowi a my mieliśmy jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia , więc szybki krokiem zeszliśmy z góry zamkowej.  Nasz Kurdyjski przewodnik, zaprowadził nas na teren wykopalisk archeologicznych. Odwiedziliśmy ruiny starożytnej łaźni parowej, sprzed kilku tysięcy lat. Podłoga w budynku była pokryta przepięknymi mozaikami przedstawiającymi między innymi Greckich Bogów.  Cały budynek był doszczętnie zniszczony i tylko mozaiki przetrwały próbę czasu. Nad terenem wykopalisk rozwieszony był ogromny namiot który chronił znalezisko przed deszczem i innymi niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi.  Była niedziela, wiec nikogo poza nami nie było w ruinach łaźni. Ale gdzieniegdzie można było zobaczyć miski z wodą , służące do oczyszczania mozaiek i inne przyrządy niezbędne do renowacji obiektu.

(14) Mozaika

Po zachodzie słońca wybraliśmy się na  Turecką kawę do tradycyjnego, Kurdyjskiego domu. Zaczęły się rozmowy na  wszelkie tematy, od historii Urfy, po model muzułmański rodziny.  W szczególności, we wschodniej części Turcji,  wielopokoleniowe, wielodzietne rodziny, żyją we wspólnych domach. Ośmioro czy dziesięcioro dzieci, to norma dla typowych kurdyjskich rodziców. Czasami rodziny są tak liczne , że mogą zamieszkiwać całe wioski. Taki przypadek ma miejsce nieopodal Urfy.  Każdy jest spokrewniony z każdym, a wiec bardzo łatwo o kazirodztwo. Z tego względu tak wiele upośledzonych ludzi można spotkać na ulicach miasta. Ponadto najsilniejsze rodziny tworzą coś w rodzaju mafii, rywalizują między sobą , tworzą się sojusze itp.

Na zakończenie dnia jeszcze raz wybraliśmy się nad staw z karpiami, żeby zrobić kilka nocnych fotek. Potem już tylko czekała nas 3 godzinna droga powrotna do Gaziantep.

(15) Halilur Rahman Camii nocą

sprostowanie:

Nazwa turecka Urfa została zmieniona w 1984 przez turecki parlament, przez dodanie do niej członu Şanlı oznaczającego wielki, zwycięski (uczyniono tak, aby upamiętnić opór miasta, w tureckiej wojnie niepodległościowej z lat 1919-1923). W rozmowie z Turkami równie często słyszy się Urfa jak i Şanlıurfa, więc w moim tekście stosowałem te nazwy wymiennie !

->więcej zdjęć TUTAJ<-

Reklamy

…life goes on in Gaziantep

Gaziantep w doborowym towarzystwie

(Czyli wizyta Gabrysi , jako pretekst do opowiedzenia historii Zeugmy)

5-8 grudzień 2010

Moim pierwszym (i zapewne ostatnim) gościem z Polski była Gabrysia German. Gabrysia spędziła w Gaziantep zaledwie 4 dni, ale jej wizyta była niezwykle miłą odmianą od Tureckiej codzienności. Wieczory w akademiku upływały pod znakiem tradycyjnego studenckiego picia piwska oraz palenia Nargile. Muszę dodać , że Gabi przywiozła nam wiele prezentów z Polski, w postaci jedzenia i naszego rodzimego alkoholu (Żubrówka – mniam!). Przez co uśmiech na naszych twarzach nie zniknął do momentu wykończenia zapasów. Podczas pobytu, pokazaliśmy jej stałe punkty programu, czyli zamek, stary bazar, labirynt uliczek w centrum miasta, Sanko Park – czyli naszą największa galerię handlową oraz Muzeum „Zeugma”. To ciekawe, ale do tej pory, nie miałem okazji odwiedzenia tego, jednego z najważniejszych muzeów w tej części Turcji. Korzystając z okazji poniżej  przybliżę jakże fascynująca (dla mnie) historię miejsca:

(1) Mozaika przedstawiająca Cygankę (?)

(Muzeum) Zeugma (Ζεύγμα)

Zeugma została założona w 300 roku p.n.e, przez jednego z Greckich generałów, podwładnego Aleksandra Wielkiego.  Nazwa miejscowości oznacza po Grecku: „przeprawa, most pontonowy”. W internecie znalazłem taki oto opis, który uzmysłowił mi potęgę i rangę  miejsca:

„(…) Tu, w drodze do Mezopotamii, przekraczały Eufrat armie i karawany kupieckie. Tędy wiódł słynny jedwabny szlak. W czasach rzymskich była Zeugma miastem granicznym i siedzibą legionu. Liczyła wówczas ok. 70 tys. mieszkańcow, ponad trzy razy więcej niż Pompeje. (…)”

Kompleks wykopalisk mieści się  około 40 km na wschód od Gaziantepu, w okolicach wsi Nizip (dokładnie Birecik). Zegume odkryto trochę ponad 30 lat temu, ale prace odkrywkowe, na dobre ruszyły dopiero około roku 87′ , zaraz po rozpoczęciu robót budowlanych nad tamą na rzece Eufrat (odsyłam do tego wpisu). Rozpoczął się dramatyczny wyścig z czasem, ponieważ Zeugma w większości leżała na terenach przeznaczonych na zatopienie. Z tego co wyczytałem w internecie, to archeologowie mieli zaledwie nie całe 2 tygodnie na ratowanie zabytków. Wedy to prace  związane z napełnianiem zbiornika zostały wstrzymane na 10 dni, (co kosztowało rząd Turcji około 10 mln$). Konstrukcja tamy została ukończona, a poziom wody systematycznie się podnosił, zalewając kolejne partie antycznego miasta. Dopiero w roku 2000  woda osiągnęła swój ostateczny poziom. Początkowo powierzchnia Zegumy wynosiła 2000 ha, po całkowitym napełnieniu zbiornika obszar zmniejszył się  do 600 ha. Budowa tamy była gigantyczną inwestycją energetyczną, która dodatkowo miała nawodnić pustynne tereny południowej Turcji. Z tego względu to co miało zostać zalane, schodziło na drugi plan… Zresztą jak pisałem wcześniej, Turcy nie za bardzo przejmują się zabytkami, nawet tej rangi co Zeugma. Na szczęście udało się uratować dużą część zbiorów. Oczywiście przez ostatnie stulecia spora część została ograbiona przez hieny cmentarne i wszelkiego rodzaju rabusiów, ale to też jakoś specjalnie mnie nie dziwi. W tym momencie w Gaziantep kończone są prace nad największym na świecie muzeum mozaiki, w którym przechowywane będą zbiory z całego obszaru Zeugmy. Podczas prac archeologicznych odnaleziono tysiące  mozaiek, rzeźby z brązu, w całości zachowane budynki, monety i wiele  innych bezcennych eksponatów sprzed setek lat. Do najważniejszych zabytków znalezionych w antycznym mieście, bez wątpienia należy fragment mozaiki przedstawiający cygańską dziewczynę w chuście. Niektórzy twierdzą, że mozaika może przedstawiać młodziutkiego Aleksandra Wielkiego. Ten spór chyba nigdy nie zostanie rozwiązany, ale w tym momencie, nie jest to jakoś szczególnie ważne. Sama tajemnicza dziewczyna, której głowa odziana jest w chustę, stała się najważniejszym symbolem Gaziantep!

(2) Jedna z setek mozaiek w muzeum Zeugma

praca niewolnika przez jeden dzień była warta tyle co 4 bochenki chleba albo 375 g oliwy

Gaziantep Üniversitesi – czyli, o studiach, słów kilka

Nie samymi wycieczkami człowiek żyje,  w ramach odsapnięcia od antycznych miast, podróży w dzikie zakątki Turcji  i innych przygód,  druga część wpisu poświęcona będzie bardziej przyziemnym sprawom , a mianowicie Uniwersytetowi. Nauki mamy dość sporo, ale spokojnie można to pogodzić z innymi Erasmusowymi przyjemnościami. W Gaziantepie nie ma wydziału Inżynierii Środowiska, ale na budownictwie jest dość sporo przedmiotów, które pokrywają się z naszym tokiem studiów. Poniżej przedstawiam listę kursów na które uczęszczamy, wraz z króciutkim opisem:

1. Geotechnical Exploration (Najciekawszy przedmiot, uczymy się o badaniach geotechnicznych, przygotowujemy raporty… nawet już jeden egzamin był (76%)… a gdybyśmy zostali na drugi semestr, to może udało by się wyjechać do Dubaju na wycieczkę fakultatywną! szkoda, że Politechnika tak nie rozpieszcza swoich studentów)

2. Natural Hazards (Na zaliczenie mamy głownie prezentacje, do tego kilka dużych prac domowych o wulkanach, trzęsieniach ziemi , powodziach i innych tego typu sprawach. Bez wątpienia najłatwiejszy przedmiot)

3. Pipe And open Chanel Hydraulics (projekt z sieci wodociągowej w EpaNecie (CROSS) i sieci kanalizacyjnej.  Jak dotąd, najprzyjemniej mi się pracowało nad tym tematem, ale szkoda, że sami musieliśmy się nauczyć EpaNeta bo nauczyciel nie miał o nim zielonego pojęcia)

4. Costal Pollution (coś jak OCHRONA WÓD! – zainteresowani wiedza o co chodzi… Tysiące wzorów z których nic nie rozumiemy a musimy udawać, że wszystko jest dla nas logiczne. Do tego zadania domowe, na ten sam temat- męczarnia ! )

5. Experimental Methods in Civil Eng. Hydrology (na początku były jakieś różniczki, ale później zaczęliśmy się uczyć o bardziej przyziemnych sprawach jak na przykład przepływomierze. Przyjemy przedmiot, ale dużo pracy trzeba włożyć w prezentacje , bo z zajęć na zajęcia sami opracowujemy kolejne zagadnienia)

6. Costal Hydraulics (kolejny przedmiot z którego mało co rozumiemy. W zasadzie od 3 miesięcy wałkujemy temat Turbulencji, we wszystkich możliwych postaciach. Temat nie należy do najłatwiejszych, a podręcznik jest napisany takim językiem, że nawet jak by był po polsku, to mało co bym z niego rozumiał, no ale trzeba walczyć! w końcu w Polsce nie takie przeszkody się pokonywało)

I to by było na tyle gadania o studiach (oczywiście w tym wpisie)… w kolejnym poście , postaram się  pokrótce opisać  kampus, na którym żyjemy… A teraz przejdźmy do przyjemniejszych tematów:

Kilka historii z Gaziantepu

na rozgrzewkę, dwa zdjęcia z tureckiej jezdni…

(3) UWAGA! Turcy na drodze

To , bynajmniej nie jest korek … a samochody wcale nie stoją w miejscu…

(4) Bezpieczeństwo, przede wszystkim …

Gdy widzę takie sytuacje (a uwierzcie mi! , w Turcji jest tego pełno),  próbuje się postawić w sytuacji rodziców tego dziecka. ja rozumiem, że można ufać ludziom, ale gdyby, kierowca auta w którym jechaliśmy, nie wyhamował i uderzył w poprzedni samochód. Ta dziewczynka zamieniła by się w krwawą plamę, na przedniej szybie.

Podczas ubiegłych tygodni spędzonych w Gaziantep, mogliśmy zobaczyć między innymi ogród botaniczny oraz Ormiański kościół przerobiony na meczet.

Kościół Najświętszej Marii Panny

(5) chłopiec spoglądający na żyrandol w meczecie kościele

Kościół powstał w roku 1892, jego pierwotna nazwa brzmiała Kościół Najświętrzej Marii Panny.  Budowla została wzniesiona przez miejscowych Ormian w miejscu gdzie znajdowały się jaskinie, w których odprawiane były nabożeństwa. Podczas pierwszej wojny światowej świątynia została odebrana ludności Ormiańskiej, a budynek został przekształcony na więzienie. Wewnątrz skonstruowano drewniane podesty, tworzące kondygnacje, na których znajdowały się cele. W środku budynku mogło być nawet przetrzymywanych do 1000 więźniów, biorąc pod uwagę powierzchnie konstrukcji, jest to niewyobrażalnie duża liczba! Podczas I wojny światowej na terenie Turcji doszło do masowych mordów Ormian. Nie oszczędzono nawet kobiet i dzieci, wielu wypędzono na  pustynie Syryjską, gdzie bez wody i ochrony przed słońcem ginęli w męczarniach.  Szacuje się, że podczas tej  przerażającej czystki etnicznej (do której, swoją drogą Turcja nie chce się przyznać) zginęło nawet 2 mln Ormian.  Po wojnie  świątynia została przekształcona w meczet. Dobudowano dwa minarety, zdjęto wszystkie krzyże oraz chrześcijańskie symbole . W miejscu w którym kiedyś stał ołtarz , dziś wisi ogromna Turecka flaga (patrz zdjęcie powyżej) . W niektórych miejscach dalej widnieją ślady po krzyżach, których nie udało się usunąć. Kościół jest największym znanym Ormiański Kościół na Bliskim Wschodzie

Gaziantep! şampiyon!

12 grudzień 2010

Kolejnym ciekawym wydarzeniem w jakim mieliśmy okazje uczestniczyć, był mecz ligi Tureckiej: Gaziantep kontra Kayseri. Mecz zakończył się wynikiem 2:0 dla naszego Antepu. Obeszło się bez jakichś większych chuligańskich wybryków, no może poza kilkoma ogniskami na siedzeniach… Ale podejrzewam, że lokalnym po prostu było zimno. (Tego dnia prawie cały czas padało, a temperatura spadła do około 10 stopni). Za dwa tygodnie nasza drużyna zmierzy się z Galatasaray Istanbul, będzie się trzeba solidnie uzbroić i wybrać na to spotkanie !

(6) Gaziantep! şampiyon!


Wycieczka nad Rzeke Eufrat oraz inne poboczne wydarzenia


Po zakupie biletu na samolot (ponad 100 Euro) oraz wpłaceniu pieniędzy za akademik (4 miesiące – 400 Euro) zdaliśmy sobie sprawę, że jednak nie mamy, aż tylu funduszy, żeby sobie swobodnie podróżować  (a tym bardziej imprezować : cena piwa w sklepie  – ok 5 zł , wódka około 50 zł za 0,7 l ). Więc ostatnimi czasy decydowaliśmy się raczej na skromniejsze wycieczki. (plany dalej mamy dość poważne – Kapadocja, Syria, Liban).  Chyba najważniejszym wypadem ostatnich dwóch tygodni była wycieczka nad rzekę Eufrat (7.11.2010) … Tak, tak to właśnie ta rzeka o której uczyliśmy się w szkole na historii przy Mezopotamii i pierwszych cywilizacjach. Autobusem dojechaliśmy do niewielkiego miasta Nizip.  I naprawdę, Gaziantep w porównaniu do tego liczącego niecałe 100tyś mieszkańców miasteczka jest wspaniałą, cywilizowaną metropolią… Takiego hardkoru to dawno nie widziałem. Jak dowiedziałem się później jeżeli chcę zobaczyć ulice spływające krwią podczas święta Bajram (święto poświecenia, wypadające gdzieś w połowie listopada) to właśnie tutaj. W Gaziantep podobno zabijanie owiec  na ulicy jest zabronione. Dla tych którzy nie wiedzą co to za święto, pokrótce wyjaśnię. Każda muzułmańska rodzina zabija owce w rytualny sposób, przez poderznięcie jej gardła, w kierunku Mekki. Przed rytuałem należy obmyć się 5 razy. Mogłem coś przekręcić ale generalnie o to w tym wszystkim chodzi. 1/3 mięsa zostaje przekazana biednym ludziom. Idea jest szlachetna, ale wykonanie może, nie jednego przyprawić o dreszcze. W cywilizowanych miastach są specjalne pomieszczenia do ubijania biednych owieczek , ale na wsiach czy mniejszych miastach, ludzie „poświęcają” owce, przed wejściem do swoich domów. Podobno niekiedy całe ulice spływają krwią zarzniętych owieczek… To tak w ramach spoilera, zapewne za trochę ponad tydzień, na blogu pojawi się obszerniejsza relacja z tego muzułmańskiego święta. Ale wróćmy do tematu. Autobusem dojechaliśmy w okolicę zapory, tam przesiedliśmy się na statek który zabrał nas w rejs po Eufracie.  Zapora jest dość nowa, jej budowa została rozpoczęta w 1985 roku. Aż 9 miejscowości musiało zostać zalanych gdy konstrukcja została ukończona. I tak jak widać na zdjęciach poniżej, z wody wystają minarety i zalane domy. W niektórych z nich nawet mieszkają ludzie. I to była chyba najciekawsza część wycieczki. Naprawdę spodziewałem się dużo , dużo więcej po tej legendarnej rzece… I osobiście odradzam tą wycieczkę. Jedyne z czego byłem w pełni zadowolony to pogoda. Czyste niebo, temperatura ponad 25 stopni, coś pięknego… Koledzy z akademika nawet zdecydowali się na kąpiel.

Przez ostatnie dni po mojej głowie chodzi jedno bardzo istotne pytanie , jaka właściwie jest tutaj pora roku? Kaloryfery w akademiku grzeją 24 godziny na dobę. W nocy musimy otwierać okna na oścież bo ciężko jest wytrzymać . Oczywiście , zdażają się chłodniejsze dni (i wbrew pozorom zimne noce) ale z tymi kaloryferami to lekka przesada. Ja osobiście chodzę po uniwersytecie w krótkich spodenkach, czasem Turcy krzywo się na mnie patrzą , ale nie będę się katował jak na polu są tak wysokie temperatury.

(1) płot odgradzający przystań od zapory (oraz obowiązkowe śmieci)


(2) Klarownie czysta woda rzeki Eufrat (o dziwo)

(3) zalana miejscowość

(4) Minaret

Ostatnimi czasy zajęcia na uczelni zaczęły nabierać rumieńców. Mamy coraz więcej zadań  domowych, projektów, prezentacji oraz pojawiły się pierwsze kolokwia. Tak więc nie było za wiele czasu na zwiedzanie. Poniżej załączam niewielką porcję  tego co udało mi się zaobserwować podczas spacerów po Gaziantep.

(5) Paradise” – jeden ze sklepów niedaleko centrum miasta

„Inaczej niż w raju”- widzieliście ten film ?

(6) Nie, to nie slumsy, to jedna z uliczek w centrum miasta

(zdjęcie zrobione przy zachodzącym słońcu, dlatego takie ciemne – uprzedzam pytania)

(7) kolejna wycieczka na bazar, jak widać , nie tylko Tureckie rękodzieło można tam kupić

(8) jak wyżej

(9) jedna z ciasnych, krętych uliczek Gaziantepu, nocą

(10) Jeden z wielu ulicznych straganów


ZOO (31.10.2010)

W ramach poznawania Gaziantepu, jednego dnia wybraliśmy się do tutejszego ZOO. Szczerze mówiąc, bez fajerwerków. Była żyrafa, były niedźwiedzie i inne małpy też były. Ogólnie rzecz biorąc, nic ciekawego i nadzwyczajnego. Jako ciekawostkę mogę dodać  że Lew po Turecku to Aslan. Dla tych bardziej oczytanych, może to nasuwać skojarzenia z „Opowieścami z Narnii”. Poniżej tylko jedno foto… …I na koniec zdjęcie panoramy pustyni, zrobionej na obrzeżach Gaziantep.

(12) Panorama

po więcej fotek odsyłam na mojego Facebooka.

Do usłyszenia !