The long way home 18 stycznia 2011

„Wszystko co ma swój początek, musi mieć też koniec”. Ta ponadczasowa maksyma (albo, jak kto woli , hasło reklamowe ostatniej części Matrixa), sprawdziła się też tym razem. Po 4 miesiącach spędzonych w Turcji ,przyszedł czas spakować bagaże i wracać do domu. Zapraszam do przeczytania krótkiego wpisu o powrocie do Ojczyzny!

Ostatnie dni przed wyjazdem, były naprawdę wariackie. Pakowanie, kupowanie prezentów, ważenie bagaży (jak się później okazało – zepsutą wagą), no i najważniejsze: pożegnania. Nie wiem czy w którymś z innych krajów, Erazmusi mieli takie pożegnanie jak my. Po tak długim czasie spędzonym w Gaziantep, otaczało nas naprawdę wielu znajomych. Większość z nich (jak to u Turków bywa) bardzo obrażalskich, więc z każdym, należało pożegnać się osobiście i poświęcić mu chociaż chwilę czasu. Ludzie byli dla nas wyjątkowo mili i otwarci, więc nikomu nie chcieliśmy zrobić przykrości. Choć każdy z nas tęsknił za Polską (przede wszystkim za zakazanym mięsem ze świni i trudną do zdobycia Polską wódka) na kilka godzin przed wyjazdem, naprawdę chcieliśmy wydłużyć pobyt, chociaż o jeden dzień. Wiedzieliśmy, że to, co zobaczyliśmy było tylko małym fragmentem tego, co oferowała nam Turcja (i Bliski Wschód). Szkoda, że nie udało nam się odwiedzić jeziora VAN, Mardin, czy też naszych Polskich znajomych z położonej nieopodal Adany. Żal Izmiru i położonego w północnym Iraku , Kurdyjskiego miasta Irbil. Z tego właśnie miasta, mieliśmy kilku znajomych, którzy wielokrotnie zapraszali nas w swoje strony (gdzie wbrew temu, co się mówi w mediach, jest bardzo bezpiecznie!). Może naszym następcą uda się zobaczyć więcej, choć z malutkim grantem od Politechniki, będzie ciężko!

O godzinie 7 nad ranem, na pokładzie samolotu , (tanich) Tuckich linii Pegasus wylecieliśmy w stronę Istambułu. Z słuchawkami na uszach, przy dźwiękach piosenki, która towarzyszy, każdej mojej lotniczej podróży, obserwowałem oddalające się Gaziantep. Po półtorej godziny lotu, po raz trzeci wylądowaliśmy w najpiękniejszym mieście Turcji. Nie musieliśmy długo czekać na lot do Wiednia. Podczas dwugodzinnego oczekiwania, zaopatrzyliśmy się  w sklepie bezcłowym (który wcale nie był tani!) w Raki i inne Tureckie przysmaki.

(1) Pożegnanie z cieśniną Bosforską

ciekawostka :  Istambuł posiada prawie 2 razy większą populacje niż cała Austria (~8,5 mln)

(2) Wiatraki we mgle , gdzieś nieopodal Wiednia

(3) Powtórzone

W Wiedniu mogliśmy porównać, jak bardzo różni się wschodnia Turcja, od jednego z najczyściejszych i najbardziej zadbanych miast w Europie. Sterylnie czyste Austriackie ulice, wszech-otaczający ład i porządek, od pierwszych chwil zmusiły nas do refleksji nad tym , co widzieliśmy przez ostatnie 120 dni. Najmilsze spostrzeżenie – kierowcy, którzy puszczają cię , w momencie jak dochodzisz do przejścia dla pieszych … Coś, co w Turcji jest praktycznie nie możliwe. (No chyba, że jesteś seksowną, długonogą blondynką). W stolicy Austrii spędziliśmy ponad 8 godzin. Do Krakowa mieliśmy się dostać autobusem. W zasadzie każdy z nas posiadał ogromny bagaż, który uniemożliwił nam  swobodną wycieczkę do centrum miasta. Dla zabicia czasu szwendaliśmy się w okolicach dworca. Budynek mieścił się w robotniczej dzielnicy Simmering. W poszukiwaniu czegoś do jedzenia, odwiedziliśmy gigantyczny kompleks zabytkowych gazowni, z końca XIX wieku, które zostały przerobione na centrum handlowe, apartamentowce  oraz domy studenckie. Budowle zrobiły na mnie naprawdę oszałamiające wrażenie. Jako ciekawostkę mogę dodać , że cylindryczne zbiorniki służące do przechowywania gazu , posłużyły, jako scenografie do filmu „The Living daylight”, czyli jednej z części sagi o przygodach Jamesa Bonda.

Spacerując po Wiedniu, zauważyliśmy ogromny szyld z napisem „Żywiec”, który bardzo nas ucieszył. Od razu weszliśmy do środka … I co się okazało ? Właścicielem był Turek, który sprzedawał produkty ze swojej ojczyzny oraz … Polskie piwo. Ponadto chwile później, wdaliśmy się w pogawędkę ze sprzedawcą kebaba. Mężczyzna był nieźle zdziwiony, kiedy usłyszał swój rodzimy język.

Do Polski dojechaliśmy gdzieś koło 4 nad ranem. Byliśmy zmęczeni, ale i zarazem szczęśliwi, że wreszcie jesteśmy w domu!

P.S.1. Dziękuje wszystkim za głosy w konkursie na Blog Roku. Dzięki wam, z liczbą głosów 194 (!), znalazłem się w rundzie III (finałowej). Było to dla mnie niezwykłe zaskoczenie, w momencie, kiedy zaczynałem pisać tego Bloga, nie spodziewałem się, że zajdę aż tak daleko… Jeżeli macie ochotę, możecie głosować dalej! Obowiązuje ten sam numer i zasady, co poprzednio ! czas trwania konkursu do 7 lutego 2011

P.S.2. Następny wpis, będzie podsumowaniem mojego pobytu na Erazmusie! Ale nie bójcie się , to nie koniec bloga. Na tej stronie będę opisywać , każdą moją kolejną podróż!

Reklamy

Góra Nemrut (Nemrut Dağı) 26 grudnia 2010

Święta Bożego Narodzenia chcieliśmy spędzić w trochę inny sposób, niż siedzenie w akademiku i zdecydowanie nam się to udało. Przez długi czas planowaliśmy wycieczkę na wschód Turcji. Jednak nasze wielkie plany zostały pokrzyżowane przez liczne niesprzyjające okoliczności losu, o których za chwilę co-nieco napisze. Śmiało mogę powiedzieć, że to co przeżyliśmy tamtego dnia, było o wiele bardziej hardkorowe niż wszystko inne, co nas do tej pory spotkało, podczas pobytu w Turcji.  Zapraszam do czytania i komentowania.

O pomoc w organizacji wycieczki, poprosiliśmy naszego  erazmusowego koordynatora. Mężczyzna obiecał nam, że załatwi autobus, ale żeby nie płacić za dużo, musieliśmy uzbierać 20 osób – co udało nam się bez większych problemów. W dniu wycieczki mieliśmy międzynarodową ekipę i wszystko wydawało się iść w dobrym kierunku.  Jednak na kłopoty nie trzeba było długo czekać … Tak jak się wcześniej umawialiśmy, autobus przyjechał w sobotni wieczór, punktualnie o 24:00.   Wtedy to właśnie,  rozpaczała się spirala nieszczęść której konsekwencje jeszcze długo będziemy odczuwać.

Autobus okazał się pojazdem przeznaczonym do przewożenia dzieci, w którym było niesamowicie mało miejsca- a mieliśmy do pokonania około 600 km. Co więcej nasz koordynator zabrał ze sobą 2 kolegów, o których  nie wspomniał  nic wcześniej. Skutkiem tego, dwóch znajomych z akademika musiało zrezygnować z wycieczki. Notabene to właśnie oni, mieli bardzo duży udział w planowaniu i organizowaniu podróży. Po kilkudziesięciu minutowej kłótni w końcu odjechaliśmy w stronę góry Nemrut- naszego pierwszego celu (i jak się później okazało, zarazem i ostatniego).  Poza stałą ekipą Erazmusów , w wyciecze uczestniczyło też 4 Irakijskich Kurdów, 5 Turków oraz Sibel – nauczycielka chińskiego, pochodząca z Tajwanu, która aktualnie mieszka z nami w akademiku.

Po 5 godzinach podróży , na kilkanaście minut przed wschodem słońca dojechaliśmy do celu  – masywu górskiego Taurus. Oczywiście w akademiku nie mieliśmy żadnego zimowego ubrania wiec, żeby ochronić się przed zimnem ubraliśmy się na „cebulkę”. I tak na nogach miałem spodnie na to założone dresy, na nogach buty (zimowe) oraz dwie pary skarpetek. Od pasa w górę mój strój był o wiele bardziej skomplikowany : podkoszulek, koszula z długim rękawem, sweter, bluza z kapturem, polar, kurtka przeciwdeszczowa. Do tego ciepłe rękawiczki i czapkę.

Kierowca autobusu oczywiście zabłądził. Zatrzymaliśmy się gdzieś po środku  polnej drogi. Wszyscy byli bardzo podnieceni obejrzeniem „tych” słynnych 8 metrowych posagów na szczycie góry, oświetlonych przez promienie wschodzącego słońca.

Bez większego zastanowienia pobiegliśmy przed siebie w poszukiwaniu ścieżki na szczyt. W końcu odnaleźliśmy jaką odśnieżona drogę. Robiło się coraz jaśniej, więc jak najszybciej poruszaliśmy się przed siebie. Po 20 – 30 minuta (oczywiście już po wschodzie) dotarliśmy na szczyt, naszym oczom ukazała się ogromna stacja metrologiczna. Ze środka wyszedł zaspany mężczyzna który nie za bardzo wiedział co się dzieje. Któryś z Turków zapytał go , gdzie możemy znaleźć posągi. Na twarzy mężczyzny pojawił się delikatny uśmiech, po czym powiedział, że to nie ta góra. Palcem wskazał na szczyt, oddalony o mniej więcej 5-6 km od punktu, w którym się wtedy znajdowaliśmy, oznajmiając że to właśnie tam powinniśmy się udać. Po chwili rozmowy dowiedzieliśmy się, że warunki na „prawdziwym” Nemrucie są bardzo ciężkie i od długiego czasu szczyt jest zamknięty dla turystów…

Zasmuceni zeszliśmy do autobusu. Na miejscu spotkała nas kolejna niemiła niespodzianka . Kierowca autobus jakimś cudem urwał zderzak przy zawracaniu. Nasz ukochany koordynator powiedział nam, że uprzednio zebrane pieniądze za wejście na Nemrut będziemy musieli przeznaczyć na naprawę pojazdu. Wydało nam się to niedorzeczne i bezczelne , ale jeszcze nie zaczynaliśmy awantury, bo bezpiecznie chcieliśmy dokończyć wycieczkę. Co więcej, zderzak po kilku minutach  został przykręcony na miejsce, a to raczej nie nasza wina, że mężczyzna był fatalnym kierowcą. Podirytowani wsiedliśmy do środka i po chwili odjechaliśmy.

Bus zatrzymał się przy skrzyżowaniu z drogą prowadzoną na „prawdziwy” Nemrut.  Jezdnia była całkowicie zasypana śniegiem. Do szczytu, od miejsca w którym wtedy się znajdowaliśmy było ponad 5 km (tabliczka powyżej). Rozegrała się burzliwa dyskusja, czy wchodzimy na piechotę, czy zawracamy z pustymi rękoma.  Szybko i w zasadzie jednogłośnie podjęliśmy decyzje – idziemy na piechotę!

(1) Droga na Nemrut

Początkowo szło nam się bardzo dobrze, droga nie była zbyt stroma, a śnieg nie zapadał się pod stopami.  Pod grubą warstwa białego puchu kryła się jezdnia, z której nie raz zbaczaliśmy dla skrócenia trasy. Po kilkudziesięciu minutach marszu, ścieżka zaczęła zakręcać i stromo piąć się pod górę. Z każdą minutą słońce świeciło coraz mocniej, a śnieg stawał się coraz miększy i miększy. Gdzieniegdzie spod białej skorupy, wystawały przysypane znaki drogowe. Nie wiedzieliśmy ile jeszcze drogi zostało przed nami, ale wytrwale brnęliśmy do przodu. Co jakiś czas na śniegu spotykaliśmy ślady łap. Jak się później dowiedzieliśmy po okolicy grasowały watahy, wygłodniałych wilków i hien. Na szczęście po drodze przyłączyły się do nas trzy psy, które towarzyszyły nam całą  drogę na szczyt góry. Z każdą minutą widok na okolice stawał się coraz lepszy. Naszym oczom ukazywały się kolejne ośnieżone szczyty gór Taurus. Poniżej , gdzieś w oddali , mieniły się wody rzeki Eufrat. Niedaleko od Nemrutu znajdowała się Zapora Ataturka, 5 co do wysokości tama na świecie.

Po godzinie marszu , naszym oczom ukazał się kamienisty kurhan usypany na wierzchołku góry. Ucieszyliśmy się, bo dopiero w tym momencie, byliśmy wstanie określić, jak daleko od celu naszej podróży jesteśmy. Znowu, przez chwilę poczułem się jak bohater książek Lovecrafta.  Tym razem zamieniliśmy pustynie (Palmyre) na Góry (szaleństwa). Gdy udało nam się dostać do schroniska u podnóża wierzchołka, zdaliśmy sobie sprawę, że od bardzo dawna nikogo tam nie było. Budynki były w zasadzie całkowicie zasypane śniegiem. Dalej droga stawała się o wiele bardziej niebezpieczna, więc tylko sześcioro z nas zdecydowało się na dokończenie wspinaczki. Byłem niewyobrażalnie zmęczony, moje buty całkowicie przemokły. A podróż utrudniał topniejący śnieg, który, co każdy następny krok, zmuszał mnie do ogromnego wysiłku. Powoli i ostrożnie przemieszczaliśmy się wzdłuż, stromego ośnieżonego zbocza.  Zdawałem sobie sprawę , że jeżeli któreś z nas poślizgnęłoby się i spadło w dół, nie prędko otrzymalibyśmy jakąkolwiek pomoc. Co chwile przez moją głowę przechodziły myśli, żeby się poddać i zawrócić, ale coś wewnątrz mówiło mi , że za wszelką cenę muszę zobaczyć ten gigantyczny grobowiec, przez wielu określany jako 8 cud świata.

(2) Odpoczynek u podnóża szczytu

(3) Zasypane przyczepy Żandarmerii

(4)Powtórzone

W końcu naszym oczom ukazały się pierwsze pozbawione głów, kamienne figury usytuowane u podnóża, 50 metrowego kurhanu, usypanego ludzkimi rękoma. Najwyższy punkt  znajdował się na wysokości 2134 metrów nad poziomem morza. Poczułem się jak odkrywca tego miejsca. Nienaruszony ludzkimi stopami, mieniący się w ostrym słońcu śnieg, pokrywał cały teren oraz ogromne kamienne głowy. Gdzieś tam, wiele metrów pod nami, znajdował się nietknięty ludzką ręką grobowiec króla Antiocha, władcy Kommageny , do którego prowadziły nieodkryte, tajemnicze tunele.   Antioch , po swojej śmierci, chciał stworzyć kult własnej osoby. Obłąkany władca wierzył, że w jego żyłach płynie krew starożytnych Bogów. Na szczycie góry, niedostępnej dla zwykłych śmiertelników, blisko niebios, wybudował ogromne sanktuarium, które strzegły posągi Greckich i Perskich Bóstw oraz jego samego pomiędzy nimi.

Bezskutecznie, przez wiele lat naukowcy starali się dostać wgłąb góry i odnaleźć pogrzebany sarkofag władcy. Do  tego celu użyto nawet dynamitu, przez co kurhan w obecnej chwili jest o 5 metrów niższy. Wszystkie głowy są oddzielone od gigantycznych, siedzących na tronach postaci. Podejrzewa się, że było to skutkiem gigantycznego trzęsienia ziemi.  Druga wersja mówi, że głowy mogły zostać usunięte przez zwolenników ikonoklazmu, na co może wskazywać fakt, że statuy bogów nie posiadają nosów. Gdzieś pomiędzy posągami znajdowała się kamienna tablica przedstawiająca wzajemne położenie gwiazd i planet, które po rozszyfrowaniu przez astronomów wskazuje datę 7 lipca 62 r. p.n.e. Bardzo możliwe , że właśnie wtedy wykonano całą konstrukcję. Muszę nadmienić, że tylko 9 historycznych miejsc w Turcji zostało wpisane na listę UNESCO, to właśnie Nemrut jest jednym z nich! Nazwa góry pochodzi od legendarnego mitycznego władcy Nemroda , tego samego którego wzniósł biblijną wierze Babel…

(5) Pozbawiona nosa, głowa jednego z bóstw.

(6) Jak wyżej

Król kazał nazywać siebie Antioch I Theos Dikajos Epifanes Filoromajos Filhellen co mniej więcej oznacza Antioch Bóg Sprawiedliwy i Objawiony, Przyjaciel Rzymian i Greków

(7) Sanktuarium strzegły posągi Lwa oraz Orła

(8) kamienne głowy z profilu

(9) Nemrut Dagi w całej okazałości

(10) Fragment podestu (ołtarza)  na szczycie góry

(11) Statua Lwa, na drugim planie masyw górski

(12) Zdobywcy góry Nemrut

Widok ze szczytu był naprawdę niesamowity, po kilkunastu minutach, postanowiliśmy wracać do naszych towarzyszy czekających przy schronisku.

(13) Niebezpieczna droga w dół

Gdzieś tam w oddali spostrzegliśmy zarys sylwetki, jak się później dowiedzieliśmy był to myśliwy polujący na dzikie zwierzęta

(14) Zasypane znaki drogowe

Wydawało nam się, że droga w dół będzie o wiele łatwiejsza niż wspinaczka na szczyt. Myliliśmy się! Ostre słońce, topiło śnieg, przez co każdy kolejny krok , powodował zapadanie się w lodowaty, biały puch. Po kilkudziesięciu minutach mieliśmy mokre nogawki spodni, a w butach wodę. Po mniej więcej godzinie marszu, dostaliśmy się do autobusu. Przemoczeni , wyziębieni , zmęczeni … ale i zarazem dumni z siebie i zadowoleni. Nie przygotowani na taką wycieczkę , bez odpowiedniego sprzętu wspięliśmy się na ponad 2 tys. metrową górę . Nikt o zdrowych zmysłach nie odważył by się na taką wycieczkę, przez co  ja osobiście, byłem z siebie jeszcze bardziej zadowolony.

Na Nemrut przeznaczyliśmy o wiele więcej czasu, niż na początku planowaliśmy… w końcu przemaszerowaliśmy ponad 12 km w dość ciężkich warunkach. Dlatego nasz plan musiał ulec diametralnej zmianie. Zamiast do Adyaman postanowiliśmy pojechać prosto do Urfy. Promem musieliśmy przedostać się na drugą stronę rzeki Eufrat.  Droga do przystani wiodła poprzez liczne Kurdyjskie wioski, w których czas zatrzymał się chyba ze 100 lat temu. Ludzie mieszkali w okropnych warunkach , niektóre domy wyglądały jak zrobione z gliny i słomy. Przez chwile poczułem się jak w zupełnie innym świecie. Najbardziej szokujący był dla mnie Kurdyjski chłopiec , który patroszył rybę nad brzegiem Eufratu. Wszystko było by okej, gdyby nie fakt, ze podczas obcinania płetw i ogona stworzenie jeszcze żyło.

Po drugiej stronie rzeki, czekała nas podróż poprzez pustkowia pokryte setkami głazów wulkanicznego pochodzenia. Gdzieś tam na horyzoncie widniały pokryte śniegiem szczyty, po których kilka godzin wcześniej maszerowaliśmy. Co jakiś czas mijaliśmy stada owiec pasących się gdzieś przy jezdni. Ten obszar Turcji diametralnie różnił się od wszystkiego tego co zobaczyłem wcześniej, nawet Gaziantep przy tamtych wioskach to „małe piwo”.

Mniej więcej 90 km od Urfy, kierowca busa zjechał na pobocze i oznajmił, że złapaliśmy gumę. Zatrzymaliśmy się dosłownie po środku niczego, dookoła nie było nic poza rozciągającą się po horyzont równiną. Po chwili okazało się ,że w autobusie nie ma, koniecznego do wymiany koła klucza. Ale to nie koniec problemów, podnośnik niezbędny do naprawy również był uszkodzony. Mężczyźni zaczęli zatrzymywać kolejne samochody i prosić o narzędzia, w końcu gdy trafili na właściwy sprzęt, okazało się, że jedna ze śrub na których była przykręcona felga była „przekręcona” i bez pomocy mechanika nic z tym „fantem” nie da się zrobić. Podczas gdy „fachowcy” starali się podnieść auto, musieliśmy wyjść z pojazdu i czekać przy poboczu. Słonce powoli chowało się za horyzont, a temperatura gwałtownie spadała. W przemoczonych butach, sterczeliśmy opatuleni w koce, czekając na możliwość ruszenia w dalszą drogę. Jeden z Turków rozpalił ognisko w przydrożnym rowie. W końcu udało się uruchomić samochód. W pobliskim mieście, zawitaliśmy do wulkanizatora, który wymienił uszkodzona oponę.

Ruszyliśmy w dalsza drogę do Urfy. Jednak nasza radość nie trwałą długo. Dosłownie kilka minut po odjeździe od mechanika , sytuacja powtórzyła się ponownie.  Tym razem było całkowicie ciemno. Wszyscy byli ekstremalnie zmarznięci i poddenerwowani. Ludziom zaczęły puszczać nerwy. Kierowca ponownie zadzwonił do mechanika. Mężczyzna przyjechał po kilkunastu minutach, jednak zapomniał wsiąść ze sobą narzędzi (!) W tamtym momencie byłem świadki jednej z bardziej kuriozalnych scen w moim życiu. Mechanik podniósł ogromny kamień i za jego pomocą starał się odkręcić koło. Pozostawię to bez komentarza! Podczas naprawy autobusu kierowcy nawet nie włączyli ogrzewania w pojeździe. Gdy udało się uruchomić autobus, w zasadzie jednogłośnie zadecydowaliśmy, że chcemy wracać prosto do Gaziantep.  Na miejsce dotarliśmy grubo po północy… Po powrocie ani nasz „kochany” koordynator , ani kierowca, ani jego dwaj kumple, z którymi nie zamieniliśmy ani jednego zdania, nie powiedzieli słowa przepraszam, a o  zwrocie pieniędzy nawet nie będę wspominać. Jednogłośnie postanowiliśmy, że udamy się z tą sprawą do dziekana… zobaczymy co z tego wszystkiego wyjdzie !

Więcej zdjęć TUTAJ

Gaziantep z trochę innej strony

No i stało się… Po 3 miesiącach pobytu w Turcji, wreszcie doczekaliśmy się tego, czego chyba, każdy z Europejskich studentów w Gaziantep, obawiał się najbardziej – ZIMY !  Trudno nazwać pogodę, jaką w tych dniach mieliśmy, „typowo” zimową , bo daleko jej do tego co działo się  w tym czasie w Polsce, ale spadek temperatury i opady dały, nam się we znaki. Jeżeli mam być obiektywny, to przyrównał bym ją raczej do zwykłej „mokrej” polskiej jesieni. Choć przez ostatnie kilkanaście dni temperatura spadła poniżej 10 stopni (oczywiście 10, powyżej zera) i w zasadzie non stop padał deszcz, to do minus 20 w Polsce, tej „pustynnej zimie” jeszcze daleko.  Ku naszemu zdziwieniu, mimo że dużymi krokami zbliżał się styczeń, pewnej nocy, nad Gaziantepem rozpętała się burza z piorunami!

W tutejszych gazetach i internecie dużo się pisało o fatalnej sytuacji pogodowej w Europie. Turcy byli zaskoczeni ilością zgonów w Polsce. Nie byli w stanie zrozumieć jak ludzie mogą ginąć z zimna. Niektórzy nawet składali kondolencje.

Ziąb i dość  spora ilość nauki przytrzymała nas (chwilowo) w akademiku, jednak podczas ostatnich dwóch tygodni, mieliśmy okazję uczestniczyć w dwóch bardzo ciekawych wycieczkach i kilku innych mniejszych wydarzeniach.

(1) Stacja uzdatniania wody (9 grudzień 2010)

Niestety o tym, że jedziemy na tą wycieczkę dowiedzieliśmy się w zasadzie w momencie w którym wsiedliśmy do autobusu. Nie zjedliśmy nawet śniadania (ulubionej bułeczki z serkiem i pomidorkiem za 1 lira, z uczelnianego bufetu). O aparacie fotograficznym czy kartce papieru, do sporządzenia notatek nawet  nie będę wspominać. Jednak dzięki uprzejmości kolegów z Iraku dostałem kartę pamięci ze zdjęciami. Ku naszemu zdziwieniu, tak duże miasto jak Gaziantep, ma tylko jedną stację uzdatniania wody. Według nieoficjalnych szacunków, w Gaziantepie może żyć nawet 1,5 mln mieszkańców, a w aglomeracji ponad 2 mln. Na pewno, wpływ na to, ma spory odsetek ludności Kurdyjskiej, nielegalnych imigrantów i ludzi nie zarejestrowanych w żadnym urzędzie. Z tego co mi się obiło o uszy, Turkom jest na rękę , nie rejestrować mieszkańców pochodzenia Kurdyjskiego,  bo  to „ładnie” wygląda w papierach, że w mieście żyje  więcej Turków… ale raczej nie będę rozwijać tego tematu. Wiem, że dla wielu rodowitych Turków, temat tej mniejszości jest nadzwyczaj drażliwy a jak zaczyna się rozmowę o Kurdystanie, to można odczuć wzrost agresji w tonie ich głosu. Ale wróćmy do tematu…  Dzienna wydajność stacji wynosi 360000 – 384000 [m3/d], jednak w dniu w którym odwiedziliśmy obiekt , oscylowała w  okolicy 252000 [m3/d].  Nie jest to jakaś oszałamiająco duża ilość, biorąc pod uwagę rozmiar Gaziantepu (2 razy więksy od Krakowa!) i prognozowane dzienne zużycie na mieszkańca, które wynosi 225 [l/d]. Dla porównania w Polsce zużycie to 120 [l/d].  Dla lepszego zrozumienia tematu mały cytat ze strony MPWiK

ZUW „Raba I” i „Raba II” (Dobczyce) są w stanie dostarczyć 196,0 tys. m3 wody na dobę. Są one głównym źródłem zaopatrzenia w wodę Krakowa oraz kilku innych miejscowości. Ich łączny udział w ogólnej dostawie wody wynosi około 55% dobowego zapotrzebowania na wodę. (100% – 356364 [m3/d])

Należy tutaj dodać, że Kraków poza wyżej wymienionymi Dobczycami ma trzy inne stacje u.w.

Woda do Gaziantepu tłoczona jest z oddalonej o 67 km zapory rurami o średnicy 1600 [mm].  Dookoła miasta zlokalizowana jest kilka zbiorników usytuowanych na wzgórzach, służących to podnoszenia ciśnienia w sieci. Zakład jest dość stary , bo został wybudowany w 1987 roku i raczej po tym co zobaczyliśmy nie były w nim prowadzone żadne większe prace remontowe. Z ciekawostek: Większość urządzeń w ZUW znajdowała się na świeżym powietrzu, ale w żaden sposób nie wpływało to na proces, bo temperatura w Gaziantepie i tak nigdy nie spada poniżej 0 stopni. Ponadto zabrano nas do chlorowni i mimo, że  na drzwiach do pomieszczenia pisało, że  nie wolno wchodzić bez maski gazowej , mogliśmy sobie swobodnie porobić zdjęcia i w zasadzie chodzić gdzie nam się żywnie podobało. Nie będę opisywać poszczególnych urządzeń, bo a) nie chce przynudzać b) a nuż przeczyta to jakiś profesor, ja strzelę gafę a później będzie mi wstyd. Pod tekstem załaczam link do zdjęć na picassie, gdzie znajdują się drobne opisy

Przerwa (Intermmision)

w ramach przerwy mała anegdotka dotycząca kina ! Jeżeli ktokolwiek oglądał stare filmy, jak „Przeminęło z wiatrem” czy „Ben Hur” musi pamiętać przerwę w połowie filmu. Pojawiała się klatka z napisem „intermmision”, ilustrowana jakimś podkładem dźwiękowym, aby widzowie mieli chwilę na odpoczynek. W Turcji w kinach jest podobnie… w połowie każdego filmu jest 15 minutowa przerwa na dwie ulubione rzeczy Turków, czyli Herbatę i Papierosy…

(2) Oczyszczalnia ścieków (23 grudzień 2010)

Po 2 tygodniach fatalnej pogodny , nagle nadeszła „wiosna”, temperatura diametralnie się podniosła i znowu można było chodzić w krótkim rękawku. Na kilka dni przed świętami wybraliśmy się na zorganizowaną przez uczelnie wycieczkę na oczyszczalnie ścieków. Oczyszczalnia która odwiedziliśmy została wykonana w 1999 roku przez francuską firmę. Wydajność obiektu wynosi 200 000 [m3/d] . Podobno w mieście znajdują się jeszcze dwa obiekty tego typu, ale ten który przyjemność mieliśmy odwiedzić był największy. Ciekawostką jest to , że w Gaziantepie, w żaden sposób nie oczyszcza się ścieków deszczowych. Co więcej, miasto nie robi zupełnie nic z  wodą z opadów … Z tego co zrozumiałem z rozmowy, to filozofia władz jest taka : jak się zdarzy że popada – to  i tak gdzieś wsiąknie. W ciągu roku występuję tylko kilkanaście dni deszczowych, więc nikt się jakoś tym bardzo nie przejmuje. A projektowanie sieci i oczyszczalni na taką ewentualność diametralnie zwiększyło by koszty inwestycji.

Oczyszczone ścieki , trafiają do kanału, który płynie po rolniczych terenach, przez ponad 60 km ,w kierunku rzeki Eufrat , Wodna ta może być za darmo wykorzystywana przez farmerów do irygacji pól.

(1) Zgarniacz, na drugiem planie obrzeża Gaziantep

->więcej zdjęć<-

Na zakończenie króciutka relacja z drugiego meczu na którym byliśmy w Turcji (nie ma koncertów, to trzeba się na sport przerzucić!)

Mecz GaziantepSpor kontra Galatasaray Istanbul (22 grudnia 2010)

Znowu udało nam się dostać darmowe wejściówki na mecz. Tym razem stanęliśmy po przeciwnej stronie barykady i usiedliśmy wraz z kibicami Galtasaray. Stadion był wypełniony po brzegi.  Fani drużyny z Istambułu, o wile głośniej i bardziej żywiołowo dopingowali swoją drużynę… więc i my musieliśmy na poczekaniu nauczyć się kilku tureckich piosenek . Z ciekawostek: na stadion za darmo mogą wchodzić dzieci do 10 roku życia. Przed wejściem zaczepiła nas grupka Kurdyjskich chłopców, w wieku 5-7 lat. Nasi Tureccy koledzy, którzy zaprosili nas na mecz, wprowadzili dzieciaki na stadion.  Kolejna ciekawostka to , że na mecz nie wolno wnosić żadnych monet w portfelu...zdarzały się przypadki , że znienawidzona drużyna została obrzucona drobniakami.

Mecz zakończył się wynikiem 1:1

WSZYSTKIM ŻYCZĘ WESOŁYCH ŚWIAT... wigilię spędzimy przy piekniej pogodzie i temperaturze , trochę poniżej 20 stopni ! A teraz kończę, trzeba lepić uszka, ubierać choinkę … no i najważniejsze: ogolić się

…life goes on in Gaziantep

Gaziantep w doborowym towarzystwie

(Czyli wizyta Gabrysi , jako pretekst do opowiedzenia historii Zeugmy)

5-8 grudzień 2010

Moim pierwszym (i zapewne ostatnim) gościem z Polski była Gabrysia German. Gabrysia spędziła w Gaziantep zaledwie 4 dni, ale jej wizyta była niezwykle miłą odmianą od Tureckiej codzienności. Wieczory w akademiku upływały pod znakiem tradycyjnego studenckiego picia piwska oraz palenia Nargile. Muszę dodać , że Gabi przywiozła nam wiele prezentów z Polski, w postaci jedzenia i naszego rodzimego alkoholu (Żubrówka – mniam!). Przez co uśmiech na naszych twarzach nie zniknął do momentu wykończenia zapasów. Podczas pobytu, pokazaliśmy jej stałe punkty programu, czyli zamek, stary bazar, labirynt uliczek w centrum miasta, Sanko Park – czyli naszą największa galerię handlową oraz Muzeum „Zeugma”. To ciekawe, ale do tej pory, nie miałem okazji odwiedzenia tego, jednego z najważniejszych muzeów w tej części Turcji. Korzystając z okazji poniżej  przybliżę jakże fascynująca (dla mnie) historię miejsca:

(1) Mozaika przedstawiająca Cygankę (?)

(Muzeum) Zeugma (Ζεύγμα)

Zeugma została założona w 300 roku p.n.e, przez jednego z Greckich generałów, podwładnego Aleksandra Wielkiego.  Nazwa miejscowości oznacza po Grecku: „przeprawa, most pontonowy”. W internecie znalazłem taki oto opis, który uzmysłowił mi potęgę i rangę  miejsca:

„(…) Tu, w drodze do Mezopotamii, przekraczały Eufrat armie i karawany kupieckie. Tędy wiódł słynny jedwabny szlak. W czasach rzymskich była Zeugma miastem granicznym i siedzibą legionu. Liczyła wówczas ok. 70 tys. mieszkańcow, ponad trzy razy więcej niż Pompeje. (…)”

Kompleks wykopalisk mieści się  około 40 km na wschód od Gaziantepu, w okolicach wsi Nizip (dokładnie Birecik). Zegume odkryto trochę ponad 30 lat temu, ale prace odkrywkowe, na dobre ruszyły dopiero około roku 87′ , zaraz po rozpoczęciu robót budowlanych nad tamą na rzece Eufrat (odsyłam do tego wpisu). Rozpoczął się dramatyczny wyścig z czasem, ponieważ Zeugma w większości leżała na terenach przeznaczonych na zatopienie. Z tego co wyczytałem w internecie, to archeologowie mieli zaledwie nie całe 2 tygodnie na ratowanie zabytków. Wedy to prace  związane z napełnianiem zbiornika zostały wstrzymane na 10 dni, (co kosztowało rząd Turcji około 10 mln$). Konstrukcja tamy została ukończona, a poziom wody systematycznie się podnosił, zalewając kolejne partie antycznego miasta. Dopiero w roku 2000  woda osiągnęła swój ostateczny poziom. Początkowo powierzchnia Zegumy wynosiła 2000 ha, po całkowitym napełnieniu zbiornika obszar zmniejszył się  do 600 ha. Budowa tamy była gigantyczną inwestycją energetyczną, która dodatkowo miała nawodnić pustynne tereny południowej Turcji. Z tego względu to co miało zostać zalane, schodziło na drugi plan… Zresztą jak pisałem wcześniej, Turcy nie za bardzo przejmują się zabytkami, nawet tej rangi co Zeugma. Na szczęście udało się uratować dużą część zbiorów. Oczywiście przez ostatnie stulecia spora część została ograbiona przez hieny cmentarne i wszelkiego rodzaju rabusiów, ale to też jakoś specjalnie mnie nie dziwi. W tym momencie w Gaziantep kończone są prace nad największym na świecie muzeum mozaiki, w którym przechowywane będą zbiory z całego obszaru Zeugmy. Podczas prac archeologicznych odnaleziono tysiące  mozaiek, rzeźby z brązu, w całości zachowane budynki, monety i wiele  innych bezcennych eksponatów sprzed setek lat. Do najważniejszych zabytków znalezionych w antycznym mieście, bez wątpienia należy fragment mozaiki przedstawiający cygańską dziewczynę w chuście. Niektórzy twierdzą, że mozaika może przedstawiać młodziutkiego Aleksandra Wielkiego. Ten spór chyba nigdy nie zostanie rozwiązany, ale w tym momencie, nie jest to jakoś szczególnie ważne. Sama tajemnicza dziewczyna, której głowa odziana jest w chustę, stała się najważniejszym symbolem Gaziantep!

(2) Jedna z setek mozaiek w muzeum Zeugma

praca niewolnika przez jeden dzień była warta tyle co 4 bochenki chleba albo 375 g oliwy

Gaziantep Üniversitesi – czyli, o studiach, słów kilka

Nie samymi wycieczkami człowiek żyje,  w ramach odsapnięcia od antycznych miast, podróży w dzikie zakątki Turcji  i innych przygód,  druga część wpisu poświęcona będzie bardziej przyziemnym sprawom , a mianowicie Uniwersytetowi. Nauki mamy dość sporo, ale spokojnie można to pogodzić z innymi Erasmusowymi przyjemnościami. W Gaziantepie nie ma wydziału Inżynierii Środowiska, ale na budownictwie jest dość sporo przedmiotów, które pokrywają się z naszym tokiem studiów. Poniżej przedstawiam listę kursów na które uczęszczamy, wraz z króciutkim opisem:

1. Geotechnical Exploration (Najciekawszy przedmiot, uczymy się o badaniach geotechnicznych, przygotowujemy raporty… nawet już jeden egzamin był (76%)… a gdybyśmy zostali na drugi semestr, to może udało by się wyjechać do Dubaju na wycieczkę fakultatywną! szkoda, że Politechnika tak nie rozpieszcza swoich studentów)

2. Natural Hazards (Na zaliczenie mamy głownie prezentacje, do tego kilka dużych prac domowych o wulkanach, trzęsieniach ziemi , powodziach i innych tego typu sprawach. Bez wątpienia najłatwiejszy przedmiot)

3. Pipe And open Chanel Hydraulics (projekt z sieci wodociągowej w EpaNecie (CROSS) i sieci kanalizacyjnej.  Jak dotąd, najprzyjemniej mi się pracowało nad tym tematem, ale szkoda, że sami musieliśmy się nauczyć EpaNeta bo nauczyciel nie miał o nim zielonego pojęcia)

4. Costal Pollution (coś jak OCHRONA WÓD! – zainteresowani wiedza o co chodzi… Tysiące wzorów z których nic nie rozumiemy a musimy udawać, że wszystko jest dla nas logiczne. Do tego zadania domowe, na ten sam temat- męczarnia ! )

5. Experimental Methods in Civil Eng. Hydrology (na początku były jakieś różniczki, ale później zaczęliśmy się uczyć o bardziej przyziemnych sprawach jak na przykład przepływomierze. Przyjemy przedmiot, ale dużo pracy trzeba włożyć w prezentacje , bo z zajęć na zajęcia sami opracowujemy kolejne zagadnienia)

6. Costal Hydraulics (kolejny przedmiot z którego mało co rozumiemy. W zasadzie od 3 miesięcy wałkujemy temat Turbulencji, we wszystkich możliwych postaciach. Temat nie należy do najłatwiejszych, a podręcznik jest napisany takim językiem, że nawet jak by był po polsku, to mało co bym z niego rozumiał, no ale trzeba walczyć! w końcu w Polsce nie takie przeszkody się pokonywało)

I to by było na tyle gadania o studiach (oczywiście w tym wpisie)… w kolejnym poście , postaram się  pokrótce opisać  kampus, na którym żyjemy… A teraz przejdźmy do przyjemniejszych tematów:

Kilka historii z Gaziantepu

na rozgrzewkę, dwa zdjęcia z tureckiej jezdni…

(3) UWAGA! Turcy na drodze

To , bynajmniej nie jest korek … a samochody wcale nie stoją w miejscu…

(4) Bezpieczeństwo, przede wszystkim …

Gdy widzę takie sytuacje (a uwierzcie mi! , w Turcji jest tego pełno),  próbuje się postawić w sytuacji rodziców tego dziecka. ja rozumiem, że można ufać ludziom, ale gdyby, kierowca auta w którym jechaliśmy, nie wyhamował i uderzył w poprzedni samochód. Ta dziewczynka zamieniła by się w krwawą plamę, na przedniej szybie.

Podczas ubiegłych tygodni spędzonych w Gaziantep, mogliśmy zobaczyć między innymi ogród botaniczny oraz Ormiański kościół przerobiony na meczet.

Kościół Najświętszej Marii Panny

(5) chłopiec spoglądający na żyrandol w meczecie kościele

Kościół powstał w roku 1892, jego pierwotna nazwa brzmiała Kościół Najświętrzej Marii Panny.  Budowla została wzniesiona przez miejscowych Ormian w miejscu gdzie znajdowały się jaskinie, w których odprawiane były nabożeństwa. Podczas pierwszej wojny światowej świątynia została odebrana ludności Ormiańskiej, a budynek został przekształcony na więzienie. Wewnątrz skonstruowano drewniane podesty, tworzące kondygnacje, na których znajdowały się cele. W środku budynku mogło być nawet przetrzymywanych do 1000 więźniów, biorąc pod uwagę powierzchnie konstrukcji, jest to niewyobrażalnie duża liczba! Podczas I wojny światowej na terenie Turcji doszło do masowych mordów Ormian. Nie oszczędzono nawet kobiet i dzieci, wielu wypędzono na  pustynie Syryjską, gdzie bez wody i ochrony przed słońcem ginęli w męczarniach.  Szacuje się, że podczas tej  przerażającej czystki etnicznej (do której, swoją drogą Turcja nie chce się przyznać) zginęło nawet 2 mln Ormian.  Po wojnie  świątynia została przekształcona w meczet. Dobudowano dwa minarety, zdjęto wszystkie krzyże oraz chrześcijańskie symbole . W miejscu w którym kiedyś stał ołtarz , dziś wisi ogromna Turecka flaga (patrz zdjęcie powyżej) . W niektórych miejscach dalej widnieją ślady po krzyżach, których nie udało się usunąć. Kościół jest największym znanym Ormiański Kościół na Bliskim Wschodzie

Gaziantep! şampiyon!

12 grudzień 2010

Kolejnym ciekawym wydarzeniem w jakim mieliśmy okazje uczestniczyć, był mecz ligi Tureckiej: Gaziantep kontra Kayseri. Mecz zakończył się wynikiem 2:0 dla naszego Antepu. Obeszło się bez jakichś większych chuligańskich wybryków, no może poza kilkoma ogniskami na siedzeniach… Ale podejrzewam, że lokalnym po prostu było zimno. (Tego dnia prawie cały czas padało, a temperatura spadła do około 10 stopni). Za dwa tygodnie nasza drużyna zmierzy się z Galatasaray Istanbul, będzie się trzeba solidnie uzbroić i wybrać na to spotkanie !

(6) Gaziantep! şampiyon!


Syria 22 – 29 Listopada 2010 // część 5 (Aleppo)

Ciąg dalszy wpisu Syria 22 – 29 Listopada 2010 // część 4

9. Aleppo (po raz drugi)

… Podróż pociągiem trwała około 5 godzin , więc mieliśmy dużo czasu na rozmowy i inne głupoty. Przez większość drogi, analizowaliśmy różnice pomiędzy alfabetem arabskim i  łacińskim. Przykładowo w tamtejszym alfabecie, w ogóle nie występuję litera „p”. Ale to nie przeszkadza w tłumaczeniu większości nazw zagranicznych produktów, dostępnych na rynku, na język arabski. I tak przykładowo, na Bliskim Wschodzie nie zjemy „Pringelsów” tylko „Brindżliz” zamiast „Pepsi” jest „Bibsi” a lokalne zarobasy nie jeżdżą „Porshe” tylko „Burszhu”.  Mieliśmy naprawdę mnóstwo zabawy, analizując te wszystkie różnice, a potem pisząc nasze imiona i nazwiska po Arabsku. Nie chce się tutaj, wymądrzać na temat języka, którego nie znam, ale z tego co się dowiedziałem, to w Arabskim występuje kilka form liter, w zależności od usytuowania w wyrazie. Więc dana litera może wyglądać inaczej na początku wyrazu , a inaczej na końcu czy środku. To, że zdania czyta się od prawej do lewej , chyba nikomu nie muszę tłumaczyć…

Abstrahując od faktu, że jechaliśmy w wagonie  który wyglądał , jakby w swojej historii miał spotkanie z bandą partyzantów, uzbrojonych w karabiny maszynowe, podczas drogi mieliśmy jeszcze jedną niepokojącą przygodę. (to chyba najwłaściwsze słowo) . Co jakiś czas, środkiem pociągu przechodził pomywacz i przecierał podłogę. Chłopak chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, że jedzie z nami człowiek, który rozumie Arabski. Gdy za którymś z kolei razem, mijał nasze fotele, powiedział pod nosem, coś   niestosownego w stosunku do dziewczyn. Nasz Syryjski kolega usłyszał to, od razu poszedł do menadżera pociągu. Akurat wtedy siedziałem w wagonie restauracyjnym, gdzie rozegrała się cała sytuacja. Menadżer złapał chłopaka, zaczął go bić po twarzy z otwartej ręki, kopać i urządził mu straszną aferę, na końcu której zagroził wylaniem z pracy. Pomywacz przeraził się i zaczął całować naszego kolegę w policzek na przeproszenie.  Siedziałem na tamtym fotelu ze szklanką herbaty w ręku i daje słowo, że nie wiedziałem co powiedzieć. Po całym zdarzeniu, próbowałem wyobrazić sobie taką sytuację w Europie.

Z cyklu ciekawostek konstrukcyjnych mogę dodać, że pociąg zamiast normalnej toalety, wyposażony był w tradycyjną Arabską dziurę w podłodze. Co dla większości z nas było przeszkodą nie do pokonania. Ale może nie będę rozwijać tego tematu…

Do Aleppo dojechaliśmy planowo. Na szczęście z dworca do hotelu nie było jakoś strasznie daleko, więc urządziliśmy sobie spacer. Droga prowadziła przez dobrze rozwiniętą dzielnicę, pełną nowoczesnych budynków, które mieszały się z zabytkowymi kamienicami. Niektóre z nich przypominały francuskie budownictwo, rodem z centrum Paryża, inne surowe art deco, niczym z Nowego Yorku lat 30. Wszystko , ładnie się ze sobą komponowało i pozostawiało dobre wrażenia estetyczne.

Późnym wieczorem wybraliśmy się na kolejną imprezę z Arabskim karaoke i potańcówką … męczarnia !  ale na szczęście wszystko było za darmo .

(1) Ulica w centrum Aleppo

dzień 7

Ostatni dzień w Aleppo w zasadzie w całości spędziliśmy na zakupach. Ale zanim zaczęliśmy wydawać pieniądze, odwiedziliśmy cytadele, która podczas poprzedniej wizyty w mieście była zamknięta. Twierdza jest jedną z największych i najstarszych budowli tego typu na świecie.  Pierwsze wzmianki o cytadeli pochodzą z III wieku p.n.e. Z góry zamkowej rozprzestrzeniał się wspaniały widok. Panorama miasta aż zapierała dech w piersiach. Większość budynków wykonana była z jasnego kamienia, który do granic możliwości podkreślał pustynną atmosferę miasta. Płaskie dachy budynków pokryte były dziesiątkami, pordzewiałych anten satelitarnych.  Gdzieś tam w oddali wyrastały drapacze chmur oraz wszechobecne minarety. W momencie gdy stałem na jednym z punktów widokowych i obserwowałem miasto, zdałem sobie sprawę, jak wielkie jest Aleppo. Wiedziałem, że jest to druga co do wielkości aglomeracja w Syrii (zaraz po Damaszku) ale czegoś takiego się nie spodziewałem. Rozejrzałem się w każdym kierunku i zdałem sobie sprawę , że nie jestem w stanie zauważyć końca zabudowań…

(2) Panorama Aleppo z góry zamkowej

(3) dzieci grające w piłkę w fosie

(4) Palmy pod cytadelą


Na zamku spędziliśmy trochę ponad godzinę, odwiedziliśmy niemalże wszystkie interesujące punkty twierdzy, po czym skierowaliśmy się w stronę bazaru. Jak już wcześniej wspominałem, Souk w większości usytuowany był pod ziemią. Wędrując labiryntem wąskich, długich uliczek mijaliśmy kolejne „działy”. Na tym wielkim bazarze, wszystkie  stragany pogrupowane były według pewnego klucza. Tekstylia osobno, obuwie osobno, mydła i kosmetyki osobno i tak dalej i tak dalej. Wewnątrz Souku panował niewyobrażalny ścisk. Tysiące osób starało się przeciskać, nie raz klaustrofobicznie ciasnymi tunelami, co po pewnym czasie zaczęło się stawać uciążliwe. Zdarzały się momenty, że Arabowie poruszali się po Souku na grzbietach osiołków. Przez kilka godzin kluczyliśmy po uliczkach w poszukiwaniu interesujących nas produktów. Większość z nas kupiła tradycyjne , mydło wykonywane z naturalnych składników oraz kaszmirowe szale i arafatki. Podczas tego niezwykle długiego spaceru. mogłem zaobserwować wiele interesujących rzeczy, tak odległych od tego co możemy spotkać w Europie. Najbardziej interesującym dla mnie fragmentem bazaru (oczywiście pod względem badania różnic kulturowych!) były punkty gdzie sprzedawano mięso. Czasami przed sklepami, powystawiane były stoły na których sprzedawcy eksponowali swoje produkty. Nieraz całe głowy owiec leżały, poukładane na blatach w rządku. Na hakach z mięsem wisiało wszystko, od genitaliów po płuca i serca. Ten widok na długo zostanie w mojej pamięci.

(5) haki z mięsem

„You’ve Seen the Butcher”

Anegdotka 2

W ramach przerwy, mała anegdotka na temat sprzedawców mięsa, usłyszana w Gaziantepie. Pewien Syryjski sprzedawca  (pałający rządzą zysku), sprzedawał mięso świni, wmawiając klientom, że kupują od niego owce. Cała sprawa wyszła na jaw, mężczyznę złapano i za karę obcięto mu dłonie … To  się nazywa dopiero  „pokładanie komuś świni”

(jak nie wiecie, ale interesuje was , gdzie jest pierwsza anegdotka, zapraszam do Wpisu 1 )

(6) Krótka lekcja anatomii na jednej z uliczek w Aleppo

(7) jak wyżej.

Niektóre części Souku były wyjątkowo obskurne. Rynsztokiem płynęły wszelkie nieczystości z całego targu. Reszki mięsa, warzyw, które wymieszane z wodą wydzielały trudny do wytrzymania fetor.

(8) Przyprawy

Wieczorem, w ramach kontrastu do tego co zobaczyliśmy za dnia na bazarze, wybraliśmy się do bardziej rozwiniętej części ormiańskiej. Mieliśmy okazję zobaczyć wiele interesujących kościołów oraz nowoczesnych budynków. Ulice które zobaczyliśmy, były schludne i czyste. Nawet ludzie wyglądali jakoś tak inaczej od tych, których mieliśmy okazję obserwować na co dzień w Turcji. Ta wieczorna przechadzka uświadomiła mi, że Syria tak naprawdę jest krajem dopiero rozwijającym się , pełnym kontrastów ale też posiadającym wiele perspektyw na przyszłość. We wszystkim tym, co się słyszy w mediach, czy opowieściach o tym kraju , oczywiście jest pewno małe ziarenko prawdy,  ale generalnie, wszystkie te opinie są grubo przesadzone.

(9) cała grupa z Yellowmanem , mężczyzną który w swojej garderobie ma tylko żółte rzeczy, dzięki temu stał się atrakcją Aleppo

Po tygodniu podróżowania i tych wszystkich przygód, ostatniego dnia nie mieliśmy nawet siły na imprezę. Zaraz po kolacji wszyscy położyliśmy się do łóżek i momentalnie zasnęliśmy …

10. Epilog (Aleppo – Killis – Gaziantep)

dzień 8

W poniedziałkowy poranek nie zostało nam wiele rzeczy do załatwienia. Niektórzy z naszej grupy wybrali się na ostateczne zakupy, inni na pocztę.  Mimo, że cała wycieczka była niesamowita, po takich ośmiu, niezwykle intensywnych dniach ,cieszyłem się, że wracam do Gaziantepu. Tym razem, nie kombinowaliśmy ze środkiem transportu. Wzięliśmy taksówkę, za którą w przeliczeniu i tak zapłaciliśmy nie wielkie pieniądze. Przejście przez granice odbyło się bez większych problemów. Prawdę mówiąc moglibyśmy przewieść  dosłownie wszystko, bo nikt nas nie kontrolował. Po uiszczeniu obowiązkowej opłaty wyjazdowej (500syp) mogliśmy opuścić terytorium Syrii. Nie będę owijać w bawełnę bo to naprawdę nie ma sensu, powiem tylko tyle, że ten wyjazd był jedną z większych przygód jaką przeżyłem w swoim 24 letnim życiu. I jeżeli ktokolwiek z was, będzie miał okazje odwiedzić Bliski Wschód (nie koniecznie na zorganizowanej wycieczce) to zróbcie to bez wahania !

KONIEC

(…części 5 i ostatniej, w kolejnym wpisie wracamy ponownie na terytorium Turcji)

***WIĘCEJ ZDJĘĆ Z SYRII TUTAJ***

(10) jeszcze jedno zdjęcie twierdzy w Aleppo na „pożegnanie

Syria 22 – 29 Listopada 2010 // część 4 (Damaszek)

Ciąg dalszy wpisu Syria 22 – 29 Listopada 2010 // część 3

8. Damaszek    ( دِمَشق‎  )

Do Damaszku dojechaliśmy późnym wieczorem. Jak już wcześniej wspominałem, sposób jazdy po syryjskich ulicach woła o pomstę do nieba. Niestety, miałem tą nieprzyjemność siedzieć na przednim siedzeniu i widzieć wszystkie manewry jakie wykonywał kierowca.  Połowę (dość długiej) drogi przez centrum miasta, spędziłem z zapartymi nogami o deskę rozdzielczą, modląc się o bezpieczny koniec podróży. Przykładowo na 4 pasmowej drodze, kierowca skręcał w lewo z najbardziej skrajnego, prawego pasa. Takich przypadków było mnóstwo. Wyprzedzanie na przejściu dla pieszych, jest tutaj tak powszechne, jak picie wódki w Polsce.  Gdybym chciał opisać wszystkie ekstremalnie niebezpiecznie sytuacje jakich byłem świadkiem,  podczas tego wyjazdu ,  niewyrobił bym się przed końcem Erazmusa. Jeżeli komuś się wydaje, że Turcy są niebezpiecznymi kierowcami, to zapraszam do Syrii.

W związku z tym, że pieniądze zaczęły nam się kończyć, a Damaszek jest miastem o wiele droższym od Aleppo, zdecydowaliśmy się urozmaicić swoją podróż i spać na dachu jednego z hoteli, w centrum miasta. Zanim położyliśmy się do „łóżek” (tak naprawdę były to materace) wybraliśmy się na obowiązkowe nocne zwiedzanie miasta. Damaszek aż kipiał nocnym życiem. W centrum miasta było pełno pubów i kafejek. Spacerując uliczkami w zasadzie co chwile słyszeliśmy „Hello , Welcome , Where are You from? ” a gdy sprzedawcy/zwykli przechodnie dowiadywali się, że z Polski , starali się do nas mówić w naszym języku. Oczywiście z różnym skutkiem, ale czegoś takiego w Turcji nie uświadczyłem. W zasadzie podczas 8 dniowego pobytu w Syrii tylko raz usłyszeliśmy coś co mogło by uchodzić za niegrzeczne. Pewien mężczyzna zapytał się nas „Stupid people! what are You doing in my stupid country ?”. Z ciekawych sytuacji mogę też przytoczyć, spotkanie Mateusza, ze studentami z Libanu, którzy myśleli że Polska leży w Ameryce… bez komentarza

Podczas tamtego czwartkowego wieczoru zwiedziliśmy wielki Souk  i poszwendaliśmy się bez celu po uliczkach metropolii. Byliśmy bardzo zmęczeni pobudką o 4 nad ranem (w Palmyrze), ale osobiście zdawałem sobie sprawę, że bez odrobinki whiskey nie zasnę pod gołym niebem, choć bym nie wiem jak bardzo był zmęczony. Tym razem dla odmiany kupiliśmy odrobinę droższą (250 syp), ale również bardzo dobrą whiskey z Libanu.  Podczas nocnych rozmów dyskutowaliśmy o stosunkach Syria-Liban i Syria-Turcja. W oczach Raniego Bejrut, był miastem niezwykle drogim i  odrobinę niebezpiecznym. W jego mniemaniu, po uznaniu niepodległości Libanu przez Syrię (wycofaniu wojsk) kraj stał się łatwym celem ataków ze strony Izraela.  I wiele stracił po odseparowaniu się od Syrii…Polecam postudiować współczesną historię tego kraju.

Cytat obecnego prezydenta Syrii, Baszara al-Assada pochodzący z rozmowy z byłym premierem Libanu:

„Lahoud jest mój (…) jeżeli wy i Chirac będziecie chcieli usunąć mnie z Libanu, wtedy zgniotę Liban.”

W nocy nie było jakoś szczególnie zimno (może ze względu na stężenie whiskey w krwiobiegu). Przykryliśmy się grubą warstwą koców, która dobrze izolowała. Leżąc na dachu, tego 5 piętrowego budynku , wpatrywałem się w bezchmurne niebo. Zasnąłem szybciej niż się na początku spodziewałem…

(1) Flagi Syrii oraz Hezbollahu przy jednym ze sklepów w centrum Damaszku

Hezbollah jest uważany przez niektóre państwa za organizację terrorystyczną, przede wszystkim przez Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię, Izrael i Kanadę

(Dzień 5)

„The roof, the roof, the roof is on fire
We don’t need no water, let the motherfucker burn”

Obudziło nas rażące słońce, które nagrzało opatulające nas koce. Nad naszymi głowami stało dwóch syryjskich chłopców, w wieku około 7 – 8 lat . Obaj mieli plastikowe pistolety i udawali, że do nas strzelają. Po kilku minutach przyszła ich matka(?) i kazała im odejść. Ku mojemu zdziwieniu, kobieta nie nosiła chusty, a jej twarz pokrywały tatuaże. Byłem zaspany ale w momencie kiedy to pisze, tydzień po tym wydarzeniu dalej nie wiem czy ta sytuacja mnie śmieszy czy przeraża.

Przetarłem oczy, wyjrzałem przez balustradę i po raz pierwszy, ujrzałem panoramę miasta w całej okazałości (za dnia). Dachy budynków pokrywały pordzewiałe anteny satelitarne. Gdzieś tam na horyzoncie było widać piaszczyste szczyty otaczające pierścieniem Damaszek. Na ulicy panował spory ruch. Większą cześć pojazdów stanowiły żółte taksówki. Chwile poobserwowałem codzienne uliczne życie a potem zabrałem się za przygotowania do kolejnej wyprawy. Piątek dla muzułmanów jest dniem wolnym przeznaczonym dla modlitwę (coś takiego jak katolicka niedziela) więc wiele miejsc w Damaszku było pozamykanych. Z tego względu postanowiliśmy odwiedzić oddaloną o około 60 km od centrum miasta wioskę o nazwie Malula.

9. Ma’loula (Arabski:  معلولا‎,  Aramejski:ܡܥܠܐ )

Malula jest niewielką, licząca 2 tyś osób wioską z której 80% stanowią katolicy. I nie było by w tym nic dziwnego , gdyby nie fakt,  że większość z mieszkańców potrafi rozmawiać w języku Aramejskim. Język ten od dawien dawna uważany jest za wymarły i jest to dokładnie ten sam język którym posługiwał się Jezus. Sama wioska położona jest na stromym zboczu. Niektóre z budynków zostały wykute lub dobudowane do skał, co może nasuwać pewne (słuszne) skojarzenia z Kapadocją. Malula nie oszałamia pod względem wizualnym, co prawda w wiosce znajdują się dwa (lub więcej) zabytkowych kościołów, ale nie zrobiły one na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Powiem więcej , jeden z nich był nawet lekko kiczowaty. Ale to nie jest ważne, sam fakt przebywania w miejscu w którym ludzie posługują się dawno wymarłym językiem był fascynujący. Co więcej usłyszeliśmy „Ojcze Nasz” po Aramejsku, co uwierzcie mi , po 2 miesiącach przebywania w muzułmańskim kraju, gdzie  5 razy dziennie nawołują na modlitwę z megafonów,  też jest nie lada przeżyciem ! Aha, na koniec jeden Polski akcent. w Kościele znajdują się dwie ikony podarowane przez generała Andersa, który przed wyruszeniem na szlak bojowy spędził w Maluli dwa miesiące.

(2) „Restourant”

(3) Staruszek z osiołkiem

10. Damaszek po raz drugi

Do stolicy Syrii dotarliśmy późnym popołudniem, i zaraz po przyjeździe wybraliśmy się na nocne zwiedzanie . Ponownie przespacerowaliśmy się gigantycznym Soukiem. W Damaszku bazar to długa ulica, zadaszona sklepieniem w kształcie przeciętej na pół rury, przy montowanej do dachów kamienic.  Minęliśmy najsłynniejszą w Syrii lodziarnie, gdzie w drodze powrotnej kupiliśmy wyrabiane z koziego mleka przysmaki. Widzieliśmy też koncert muzyki Syryjskiej z cyklu „music on the road”, zaaranżowanej w naprawdę fajny sposób, ze skrzypeczkami i innymi ciekawymi ludowymi instrumentami. Kilka godzin szwendaliśmy się po tym, liczącym przeszło 4tys lat mieście. Obserwowaliśmy budynki z różnych okresów i epok. Chyba największym odkryciem  jakiego dokonaliśmy tego wieczora, była blaszana tablica z flagą Izraela, przymocowana do bruku jednej z ulic w centrum miasta. Biorąc pod uwagę , że muzułmanie przed wejściem do domu ściągają buty, a nie zrobienie tego jest naprawdę wielką obraza, można sobie tylko wyobrazić jakie uczucia żywią do Izraela. Dla nas to był naprawdę dość duży szok…

(4) drugi wielki szok kulturowy – grupa Syryjczyków depcząca flagę Izraela


Przed snem oczywiście obowiązkowa Whiskey (na lepszy sen oczywiście), gra w karty (zgadnijcie w jaką grę? – pytanie kierowane do kolegów z ms agh)  i rozmowy na wszelkie tematy…

Dzień 6

Ostatni dzień pobytu w Damaszku, w całości poświęciliśmy na zwiedzanie. Zobaczyliśmy obowiązkowe punkty programu : Meczet Umajjadów w Damaszku, w którym przechowywane są relikwia świętego Jana Chrzciciela, fortyfikacje miasta, oraz wiele innych miejsc , których nazw niestety nie pamiętam. Co zauważyłem…w centrum było  bardzo dużo zabytkowych samochodów sprzed kilku dekad.

(5) Meczet Umajjadów ( جامع بني أمية الكبير )

Wielki Meczet Umajjadów z 705 r. – najstarsza budowla w mieście, najważniejsza świątynia w Syrii i czwarta co do ważności w świecie muzułmańskim; została przebudowana z bazyliki Św. Jana Chrzciciela. Do tej pory przechowywane są tam relikwie św. Jana Chrzciciela (czczonego przez muzułmanów jako jednego z proroków). Wyróżnia się trzynawowym korpusem głównym, na którym zachowały się resztki mozaiki z VIII w. Posiada rozległy dziedziniec otoczony arkadami i trzy minarety. Meczet, do którego wszedł Jan Paweł II, pierwszy papież, który odwiedził sanktuarium muzułmańskie.

(6) Auta w Damaszku #1

(7) Auta w Damaszku #2

Zaraz przed zachodem słońca, udaliśmy się na dworzec kolejowy w Damaszku. Cena biletu była śmiesznie mała – 160 Syp (~10zł) za 300 km. Pociąg był już podstawiony. Oczywiście musieliśmy przejść obowiązkową kontrolę z wykrywaczem metalu i mogliśmy jechać. Ku naszemu zdziwieniu, cały wagon był w dziwnych otworach, które do złudzenia przypominały dziury po kulach. Oczywiście po wejściu do pociągu padło pytanie, co się właściwie stało, ale żadnej konkretnej odpowiedzi nie uzyskaliśmy.  Usiedliśmy w wygodnych fotelach i pojechaliśmy w stronę zachodzącego słońca

… ostatni wpis o Aleppo, niedługo

Syria 22 – 29 Listopada 2010 // część 2

Ciąg dalszy wpisu Syria 22 – 29 Listopada 2010 // część 1

4. Bazylika świętego Szymona słupnika قلعة سمعان

Do oddalonych o około 60 km od Aleppo ruin bazyliki św. Szymona, dojechaliśmy wynajętym busikiem. Początkowo, powolnym tempem, poruszaliśmy się  zatłoczonymi ulicami tego 2 milionowego miasta. Mimo, że jezdnia miejscami miała nawet po 6 pasów ruchu, wcale jakoś bardzo nie przyśpieszało to podróży. Po kilkudziesięciu minutach, w końcu udało nam się wydostać z tej ogromnej metropolii. Na tablicy pożegnalnej oczywiście widniała podobizna tutejszego prezydenta. Podobnie jak w Turcji, Syryjczycy otaczają swojego wodza jakimś przedziwnym kultem jednostki, niezrozumiałym dla normalnego Europejczyka. Podobizny Baszara al-Asada widniały praktycznie w każdym punkcie miasta, od bilbordów po naklejki na (przednich i tylnych) szybach prywatnych samochodów. Jak się później dowiedzieliśmy prezydent z wykształcenia był lekarzem (okulistą) i 10 lat temu objął władze po swoim ojcu- uprzednim dyktatorze. Opinie o prezydencie wśród Syryjczyków były bardzo pochlebne i trudno się im dziwić, bo kraj naprawdę prężnie się rozwija. W internecie można znaleźć pewne informację, że Baszar sympatyzował z Husajnem, (może dlatego Syria nie zawszę cieszy się dobrą opinią w mediach), ale nie będę wnikać w historię polityki bliskiego wschodu,  jeżeli kogoś interesują te sprawy odsyłam do Googli.

Do bazyliki dotarliśmy na godzinę przed zachodem słońca. Ale zanim zacznę opisywać co tam zobaczyliśmy, mała przestroga dla  kolejnych studentów którzy zamierzają odwiedzić Syrię. Tylko karty  ISIC są respektowane, jeżeli chodzi o zniżki. Posiadacze Euro 26 albo innych legitymacji studenckich, muszą płacić 10 albo 15 raza więcej ! Przykładowo normalny bilet wejścia do bazyliki kosztował 150 syp, z kartą Isic 10 syp (około 60 gr). Zwiedzanie Syrii z wyżej wymienioną kartą to czysta przyjemność, można zobaczyć wszystko co się chce za naprawdę śmieszne pieniądze.

Ale wracając do tematu. Szymon (Słupnik) urodził się w IV wieku n.e. Nie za bardzo podobało mu się, życie normalnego pastucha (albo bardziej prawdopodobnie, był po prostu masochista i szaleńcem). Porzucił normalne życie, zaczął obwiązywać się rzemieniami i zamieszkał na platformie usytuowanej na kilkumetrowym słupie. Lokalna ludność przynosiła mu jedzenie , a on wygłaszał płomienne kazania.  Co by o nim nie powiedzieć , bazylika którą wybudowano w miejscu w którym stał pal, na którym mieszkał , robiła naprawdę piorunujące wrażenie. W szczególności, że mieliśmy możliwość oglądania jej w promieniach zachodzącego słońca. Ale koniec gadania , zdjęcia powinny oddać klimat tego niezwykłego miejsca.

(1) Bazylika Świętego Szymona Słupnika

(po środku resztki pala na którym mieściła się platforma Świętego)

(2) ruiny od środka

(3) pozostałości po bazylice

5. powrót do Aleppo i pierwszy wielki szok kulturowy

Wracając w kierunku Aleppo kierowca autobusu zaprosił nas na poczęstunek, do domu swojej siostry. Muszę przyznać , że właśnie to wydarzenie, było największym szokiem kulturowym jakiego doznałem w Syrii. Wszyscy zostaliśmy zaproszeni do dużego pustego pokoju, w którym nie było nic poza łóżkiem i tabliczką z wyznaniem wiary do Allaha. Cała grupa usiadła na podłodze (dywanie) w kole. Gospodyni przyniosła ogromną tacę pełną domowych wypieków i słodyczy.  Po domu biegała dwójka dzieciaków. Po chwili rozmowy dowiedzieliśmy się, że ich matką jest 15 letnia dziewczynka. W Syrii nie ma problemu, żeby nastolatki a nawet dzieci , rodziły dzieci. Rani opowiada nam o swoim znajomym który ma dwie żony i 20 potomstwa. Co więcej bardzo by chciał mieć więcej kobiet, ale w  Koranie jest zapisane, że jeżeli chcesz mieć 4 żony, każda z nich musi żyć w dostatku. Mężczyzny nie było stać na takie przyjemności jak 2 dodatkowe partnerki… Dla niektórych wielodzietność to sposób na zarobek. Bo duże potomstwo to duże wpływy (pieniężne) na starość. Rozmowa ciągneła się dalej. Dyskutowaliśmy z Ranim ,o życiu w małych wioskach i na obrzeżach kraju. W Kurdyjskich, ortodoksyjnych społecznościach bardzo często ludzie dopuszczają się kazirodztwa, żeby utrzymać czystość krwi. Z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że po ulicach chodziło wiele upośledzonych osób z widocznymi schodzeniami i przeróżnymi chrobami. Gdy słuchałem tych opowieści, byłem naprawdę przerażonym w jaki sposób wygląda życie w tych małych Syryjskich miasteczka… Jest to naprawdę wstrząsające przeżycie jak się zobaczy i poczuje klimat tych miejsc, tak odległych od Europejskich standardów!

Po kilkudziesięciu minutach, podziękowaliśmy za posiłek i ruszyliśmy w dalszą drogę. Po przyjeździe do Aleppo, wszyscy zaczeliśmy mieć straszne problemy z żołądkiem. Okazało się, że domowe wypieki na Syryjskiej wsi, nie zawsze robione są ze świeżej wody i czystych składników. Jedyny sposób na wyleczenie tych dolegliwości to odkażenie żołądka , oczywiście przy pomocy Syryjskiej whiskey. Tamtego dnia również udaliśmy się na imprezę do przyjaciela Raniego. Po drodze do jego hotelu, mijaliśmy kilka kościołów.  Podczas wieczornej rozmowy, dowiedzieliśmy się, że za równo w Aleppo jak i Damaszku, mieszka wielu Katolików, Żydów, Ormian i wiele innych grup etnicznych. W przeciwieństwie do Gaziantepu czy innych miast w Turcji, które odwiedziłem (z wyjątkiem Stambułu),  naprawdę widać tą różnorodność!   Samo Aleppo dzieli się na kilka części, stare miasto ,w którym naprawdę panuje hardkor ,ogólny syf (kiła i mogiła) oraz przeraźliwy smród.  Oraz kilka nowoczesnych, bardzo rozwiniętych dzielnic. Podobno w Aleppo jest nawet gejowska dzielnica , jedna z większych w tej części świata.

Imprezy nie będę opisywać bo nie ma to większego sensu i od razu przejdę do dnia następnego.

6. Serjilla ( سيرجيلة‎) oraz droga przez zachodnią Syrię (dzień 3)

Środowy poranek był wyjątkowo ciężki dla większości z nas, a czekała nas naprawdę długa podróż. Na przeraźliwym kacu trzeba było wstać, spakować się i wynieść z hotelu. Wszystkie większe plecaki zamontowaliśmy na dachu busika. Kierowca grubymi pasami przymocował je  do stelaża (zdjęcie obok). Zdezelowany pojazd kojarzył mi się trochę klimatem z latami siedemdziesiątymi.  na suficie zamontowane były światełka w wielu kolorach, które nadawały wnętrzu naprawdę dziwaczny klimat. Sam samochód musiał mieć niesamowita historię. wiele części pochodziła z zupełnie innych modeli (w większości azjatyckich!) Wszystko przeraźliwie skrzypiało a momentami pojazd wydawał dźwięki, jak by miał się zaraz rozsypać. Ale uwierzcie mi, nie zamienił bym go na żaden inny środek transportu. Naszym pierwszym przystankiem w drodze do krzyżackiego zamku Krak Des Chevaliers  było „martwe miasto” Serijlla oddalone o około 80 km od Aleppo. Około roku 500 n.e.  zostało wybudowane przez chrześcijańską ludność, która głownie zajmowała się uprawą oliwek oraz winogron. 200 lat później region został podbity przez Arabów, a miasto wymarło. Uwierzcie mi , miałem tak przeraźliwego kaca , że odgłos migawki przy robieniu zdjęć sprawiał mi ból, wiec fajerwerków na zdjęciach nie będzie ..

(4) Jedna z willi w martwym mieście

Nie wiele czasu spędziliśmy w martwym mieście, musieliśmy się śpieszyć, żeby przed zachodem słońca dostać się pod granicę z Libanem. Tam właśnie znajdował się kolejny punkt naszej podróży, czyli krzyżacki zamek. Przejazd przez dziesiątki niewielkich Syryjskich wiosek był dla mnie widokiem za równo ciekawym jak i szokującym. Mijaliśmy tereny militarne ogrodzone wysokimi płotami i drutem kolczastym,  gigantyczne fabryki które co jakiś czas wyrastały w centrach zapyziałych wiosek. Teren powoli zmieniał się z pustynnych płaszczyzn w wysokie góry.

(5) Poganiacz kóz

(8) przydrożne zabudowania

(9) przydomowa obora

7. Krak des Chevaliers (قلعة الحصن‎) i góry Dżabal an-Nusajrijja

Trasa do zamku wiodła przez masyw gór Dżabal an-Nusjrijja.  Droga wiła się jak szalona, od lewej do prawej, z góry do dołu, nasz rozklekotany busik czasami miewał problemy, o czym przekonywał nas, wydając ze swojego wnętrza przeróżne odgłosy.  Momentami, gdzieś tam w oddali widać było lazur morza śródziemnego i terytorium Libanu.  Niektórzy źle znosili jazdę, ale na szczęście, po kilku godzinach w końcu dotarliśmy do podnóża góry zamkowej. Ogromna gotycka budowla górowała nad ospałą wioską. Zamek został wybudowany przez Arabów około roku 1030.  70 lat później krzyżowcy podczas I krucjaty odbili twierdzę. Następnie warownia przechodziła z rąk do rąk, aż do roku 1291, wtedy to krzyżowcy opuścili Bliski Wschód, porzucając za sobą Krak des Chevaliers. Od tego czasu do roku 1934 był zamieszkiwany przez miejscową ludność. Dopiero w latach 30 Francuzi zajęli się renowacją tego jednego z najważniejszych zamków krzyżackich świata

(10) Krak des Chevalier w całej okazałości

(11) Wnętrze gotyckiej twierdzy

Na zamku w zasadzie spędziliśmy czas do zmroku. Na kolacje, w ramach oszczędności, zjedliśmy falafela w bułce, czyli najpopularniejszą arabską wegetariańską potrawę. Po chwili odpoczynku, trzeba się było spakować i wyruszyć w dalszą drogę. Tym razem celem naszej podróży była środkowa część Syrii, a mianowicie legendarna, biblijna Plamyra. Tym razem usiadłem z kierowcą, na przednim siedzeniu . Po kilku godzinach dojechaliśmy do pustyni. Słabe światło księżyca, delikatnie oświetlało teren. Co jakiś czas przez drogę przebiegały szczury i inne trudne do zidentyfikowania pustynne zwierzęta. Przez bardzo długi czas jechaliśmy prostymi odcinkami bez żadnych zakrętów czy wzniesień. W końcu po kilku godzinach jazdy pojawiła się cytadela górująca nad setkami kolumn Palmiry…

 

Wa najwyższych punktach, momentami, gdzieś tam w oddali widać było lazur morza śródziemnego.