The long way home 18 stycznia 2011

„Wszystko co ma swój początek, musi mieć też koniec”. Ta ponadczasowa maksyma (albo, jak kto woli , hasło reklamowe ostatniej części Matrixa), sprawdziła się też tym razem. Po 4 miesiącach spędzonych w Turcji ,przyszedł czas spakować bagaże i wracać do domu. Zapraszam do przeczytania krótkiego wpisu o powrocie do Ojczyzny!

Ostatnie dni przed wyjazdem, były naprawdę wariackie. Pakowanie, kupowanie prezentów, ważenie bagaży (jak się później okazało – zepsutą wagą), no i najważniejsze: pożegnania. Nie wiem czy w którymś z innych krajów, Erazmusi mieli takie pożegnanie jak my. Po tak długim czasie spędzonym w Gaziantep, otaczało nas naprawdę wielu znajomych. Większość z nich (jak to u Turków bywa) bardzo obrażalskich, więc z każdym, należało pożegnać się osobiście i poświęcić mu chociaż chwilę czasu. Ludzie byli dla nas wyjątkowo mili i otwarci, więc nikomu nie chcieliśmy zrobić przykrości. Choć każdy z nas tęsknił za Polską (przede wszystkim za zakazanym mięsem ze świni i trudną do zdobycia Polską wódka) na kilka godzin przed wyjazdem, naprawdę chcieliśmy wydłużyć pobyt, chociaż o jeden dzień. Wiedzieliśmy, że to, co zobaczyliśmy było tylko małym fragmentem tego, co oferowała nam Turcja (i Bliski Wschód). Szkoda, że nie udało nam się odwiedzić jeziora VAN, Mardin, czy też naszych Polskich znajomych z położonej nieopodal Adany. Żal Izmiru i położonego w północnym Iraku , Kurdyjskiego miasta Irbil. Z tego właśnie miasta, mieliśmy kilku znajomych, którzy wielokrotnie zapraszali nas w swoje strony (gdzie wbrew temu, co się mówi w mediach, jest bardzo bezpiecznie!). Może naszym następcą uda się zobaczyć więcej, choć z malutkim grantem od Politechniki, będzie ciężko!

O godzinie 7 nad ranem, na pokładzie samolotu , (tanich) Tuckich linii Pegasus wylecieliśmy w stronę Istambułu. Z słuchawkami na uszach, przy dźwiękach piosenki, która towarzyszy, każdej mojej lotniczej podróży, obserwowałem oddalające się Gaziantep. Po półtorej godziny lotu, po raz trzeci wylądowaliśmy w najpiękniejszym mieście Turcji. Nie musieliśmy długo czekać na lot do Wiednia. Podczas dwugodzinnego oczekiwania, zaopatrzyliśmy się  w sklepie bezcłowym (który wcale nie był tani!) w Raki i inne Tureckie przysmaki.

(1) Pożegnanie z cieśniną Bosforską

ciekawostka :  Istambuł posiada prawie 2 razy większą populacje niż cała Austria (~8,5 mln)

(2) Wiatraki we mgle , gdzieś nieopodal Wiednia

(3) Powtórzone

W Wiedniu mogliśmy porównać, jak bardzo różni się wschodnia Turcja, od jednego z najczyściejszych i najbardziej zadbanych miast w Europie. Sterylnie czyste Austriackie ulice, wszech-otaczający ład i porządek, od pierwszych chwil zmusiły nas do refleksji nad tym , co widzieliśmy przez ostatnie 120 dni. Najmilsze spostrzeżenie – kierowcy, którzy puszczają cię , w momencie jak dochodzisz do przejścia dla pieszych … Coś, co w Turcji jest praktycznie nie możliwe. (No chyba, że jesteś seksowną, długonogą blondynką). W stolicy Austrii spędziliśmy ponad 8 godzin. Do Krakowa mieliśmy się dostać autobusem. W zasadzie każdy z nas posiadał ogromny bagaż, który uniemożliwił nam  swobodną wycieczkę do centrum miasta. Dla zabicia czasu szwendaliśmy się w okolicach dworca. Budynek mieścił się w robotniczej dzielnicy Simmering. W poszukiwaniu czegoś do jedzenia, odwiedziliśmy gigantyczny kompleks zabytkowych gazowni, z końca XIX wieku, które zostały przerobione na centrum handlowe, apartamentowce  oraz domy studenckie. Budowle zrobiły na mnie naprawdę oszałamiające wrażenie. Jako ciekawostkę mogę dodać , że cylindryczne zbiorniki służące do przechowywania gazu , posłużyły, jako scenografie do filmu „The Living daylight”, czyli jednej z części sagi o przygodach Jamesa Bonda.

Spacerując po Wiedniu, zauważyliśmy ogromny szyld z napisem „Żywiec”, który bardzo nas ucieszył. Od razu weszliśmy do środka … I co się okazało ? Właścicielem był Turek, który sprzedawał produkty ze swojej ojczyzny oraz … Polskie piwo. Ponadto chwile później, wdaliśmy się w pogawędkę ze sprzedawcą kebaba. Mężczyzna był nieźle zdziwiony, kiedy usłyszał swój rodzimy język.

Do Polski dojechaliśmy gdzieś koło 4 nad ranem. Byliśmy zmęczeni, ale i zarazem szczęśliwi, że wreszcie jesteśmy w domu!

P.S.1. Dziękuje wszystkim za głosy w konkursie na Blog Roku. Dzięki wam, z liczbą głosów 194 (!), znalazłem się w rundzie III (finałowej). Było to dla mnie niezwykłe zaskoczenie, w momencie, kiedy zaczynałem pisać tego Bloga, nie spodziewałem się, że zajdę aż tak daleko… Jeżeli macie ochotę, możecie głosować dalej! Obowiązuje ten sam numer i zasady, co poprzednio ! czas trwania konkursu do 7 lutego 2011

P.S.2. Następny wpis, będzie podsumowaniem mojego pobytu na Erazmusie! Ale nie bójcie się , to nie koniec bloga. Na tej stronie będę opisywać , każdą moją kolejną podróż!

Reklamy

Şanlıurfa 9 stycznia 2011

Powrót do Polski zbliżał się wielkimi krokami, jednak wszelkie przygotowania z tym związane, nie przeszkodziły nam w udaniu się na kolejną wycieczkę. Tym razem w lekko okrojonym, gronie (5 osób) wybraliśmy się do oddalonej o około 140 km od Gaziantepu, Urfy.

Ciekawostka na dobry początek : W Turcji, tablice rejestracyjne zaczynają się od numeru opisującego  kolejność prowincji w alfabecie. przykładowo 01 – Adana ; 02 -Adyaman ; … ;27- Gaziantep ;… ; 63 –Şanlıurfa ;…

Po niezbyt przyjemnych przygodach, związanych z organizacją autobusu, jakie miały miejsce 2 tygodnie wcześniej (patrz: wycieczka na Nemrut), zdecydowaliśmy się wybrać do Urfy na własną rękę . Początkowo mieliśmy w planach jechać w szóstkę (4 Polaków, Tajwanka, oraz Niemiec tureckiego pochodzenia), niestety nad ranem okazało się , że jeden z kolegów nie jest w stanie wstać o tak wczesnej porze, co zmusiło nas do zredukowania grupy o jeden. Po przyjeździe na dworzec autobusowy, bez zastanowienia wsiedliśmy w pierwszy mini-bus który jechał w stronę Şanlıurfy. Nie zdziwiło nas, że pozostali pasażerowie byli pochodzenia Kurdyjskiego, w końcu Urfa od zawsze zamieszkiwana była głownie przez tą mniejszość. Nie zaskoczyła nas również reakcja jednej z kobiet, na sytuacje, gdy koleżanka pocałowała kolegę w policzek. W końcu tylko małżonkowie mogą dopuszczać się tak lubieżnych czynów.

Przy dźwiękach dyskografii The Smiths, obserwowałem zmieniający się krajobraz południowo-wschodniej Turcji. Po kilkudziesięciu minutach jazdy zatrzymaliśmy się w Kurdyjskiej wiosce Birecik, usytuowanej nad brzegiem rzeki Eufrat. Od strony Gaziantepu, do miasta można się było dostać przez most, z którego było widać całą panoramę sennej mieściny, z zabytkowym Rzymskim zamkiem na pierwszym planie. Twierdza była przebudowywana wiele razy, a jaj początki datuje się na rok 30 P.N.E. W Bireciku musieliśmy się przesiąść na kolejny autobus, który miał nas zawieść bezpośrednio do Urfy. Jednak zanim ruszyliśmy w dalszą drogę, mieliśmy chwilę wolnego czasu.  Miasto zdominowane było przez jedno i dwukondygnacyjne,  niezadbane budynki, które wyglądały jakby zaraz miały się zawalić.  Co chwile do naszych nozdrzy dochodził przeraźliwy smród, wydobywający się z rynsztoku, co sprawiło, że jeszcze bardziej chcieliśmy już być w Şanlıurfie.  Po niecałej godzinie wreszcie ruszyliśmy w dalszą drogę. Zostawiając za swoimi plecami , wybudowane na wapiennych wzgórzach otaczających rzekę Eufrat ,Birecik, wyruszyliśmy w  głąb Kurdystanu…

(1) To nie nowe gwiazdy sceny Indie-Electronic , to Kurdyjscy sprzedawcy ryb, przy jednej z ulic Urfy

Kierowca autobusu wysadził nas blisko centrum miasta, w pobliżu bardzo czystego i zadbanego parku. Gdzieś nieopodal wznosił się nowiutki, nowoczesny drapacz chmur. Nie tak wyobrażałem sobie Urfę. Na pierwszy rzut oka, miasto wyglądało bardzo schludnie. Jednak zdawałem sobie sprawę , jak mylne mogą być moje osądy.  Z parku w którym się znajdowaliśmy, miał nas odebrać poznany na stronie couch surfing student, który zaoferował nam swoją pomoc w zwiedzaniu miasta. I tak też się stało.

Po szybkim śniadaniu, zaczęliśmy zwiedzanie. Na początek odwiedziliśmy liczące ponad 500 lat więzienie. Obiekt był ogrodzony drutem kolczastym, a władze miasta dopiero zaczynały prace renowacyjne. Dopiero za kilka lat więzienie miało zostać oddane dla zwiedzających. Nam jednak udało się dostać do środka, wchodząc przez wyważoną przez lokalnych wandali bramę. Więzienie było ogromne , większość cel znajdowała się pod ziemią. W ruinach spędziliśmy kilka minut po czym ruszyliśmy w dalszą drogę. Wąskimi, podobnymi do tych w Gaziantep uliczkami , przemieszczaliśmy się w głąb, tego pół milionowego miasta. Podczas spaceru odwiedziliśmy kilka historycznych meczetów i kościołów.  Podobno pod jednym z nich znajdowała się jaskinia ,w której żył biblijny Hiob. Widok ciekawy, ale na opisywanie  każdego z miejsc po kolei szkoda mi czasu…

(2) Kurdyjskie dzieci czyszczące buty

Anarchy in Turkey

Maszerując uliczkami Urfy, skierowaliśmy się w stronę zamku. Mijaliśmy wiele zabytkowych kurdyjskich domostw, liczne sklepy i bazary. W miarę oddalania się od nowoczesnej części, miasto stawało się coraz bardziej „dzikie” i  orientalne. Spotykaliśmy dziesiątki kurdyjskich dzieciaków, zarabiających na ulicy, sprzedając chusteczki higieniczne lub czyszcząc buty. Wielu napotkanych mieszkańców Urfy było dotkniętych kalectwem, co skłoniło nas do licznych refleksji. W powietrzu unosiła się wyraźnie wyczuwalna woń orientalnych przypraw oraz  tytoniu, która miejscami mieszała się ze  fetorem rynsztoku.  Momentami czułem się trochę jak Marlow z „Jądra ciemności”.

Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o miejsce, które w skrócie mógł bym opisać jako „dom gry”. Było to jedno z najstarszych miejsc tego typu, w tej części Turcji. Dookoła ogromnego placu, pełnego od stolików przy których gromadzili się mężczyźni, podwieszony był balkon, z którego mogłem podglądać graczy.  Nad dziedzińcem rozprzestrzeniały się tumany dymu tytoniowego z fajek wodnych i papierosów.  Jak już wcześniej pisałem , większość gorliwych muzułmanów nie pija alkoholu, za to prawie wszyscy są uzależnieni od papierosów i herbaty.  Jak w Gaziantep, można spotkać sklepy monopolowe, niemalże na każdym rogu, to w Urfie nie widziałem ani jednego punktu ,gdzie można by było kupić jakikolwiek napój wyskokowy.

(3) Szachy i herbata

(4)Mężczyźni ubrani w chusty, grający w karty

(5) Spotkanie przy papierosie i herbacie

(6) Widok z góry

Na pierwszym piętrze budynku znajdowały się pracownie krawieckie do których wchodziło się bezpośrednio z balkonu. Wszędzie porozstawiane były  maszyny do szycia i inne przyrządy krawieckie, które potęgowały niesamowity klimat miejsca.

(7) Utopia …

 

Bezpośrednio z „domu gier” czy jakkolwiek się to miejsce nazywało, wyszliśmy na gigantyczny bazar. Po wejściu na targowisko, nasunęło mi się pierwsze skojarzenie – Syria.  Dziesiątki straganów z chustami,  przyprawami, mięso wywieszone na wystawach i produkty dosłownie ze wszystkich działów. Nawet sprzedawcy wyglądali podobnie do tych z Aleppo, a o kobietach z zakrytymi twarzami i chustami na głowach już nie wspomnę. Pomiędzy straganami, spacerowali starsi mężczyźni ubrani w tradycyjne, szerokie spodnie (szarawary) i „arafatki” na głowach oraz  kurdyjscy młodzieńcy w  eleganckich butach, dresach i z żelem na włosach.

Ciekawostką może być sklep, w którym można było kupić każdy typ broni: od shotgunów po broń krótką. Jak się później dowiedziałem, w Turcji bardzo łatwo jest dostać pozwolenie na używanie pistoletu. Kolega nawet zaproponował mi, że jak chce to może poprosić sprzedawce żeby ściągnął mi jakąś groźnie wyglądającą strzelbę i zrobię sobie z nią sesję zdjęciową.

Po kilkudziesięciu minutach kluczenia po labiryncie straganów w końcu dotarliśmy do parku Gölbasi, w którym znajdował się staw ze słynnymi karpiami. Żeby zacząć opisywać miejsca które zobaczyliśmy, konieczne jest przybliżenie legendy o Abrahamie.

Król Nemrod (prawnuk Noego) był wielkim miłośnikiem pogańskich bóstw.  (…tak bardzo, że chciał się stać jednym z nich!) Jednak na swojej drodze spotkał proroka Abrahama, który wypowiedział mu prywatną wojnę. Król rozwścieczony postępowaniem Abrahama postanowił go ukarać i udowodnić wszystkim, że to on jest najpotężniejszy na całym świecie. Kazał wyciąć wszystkie drzewa w okolicy i usypać z nich wielki stos, na którym miał spłonąć Abraham. Na pobliskim zamku, wybudowano dwie kolumny z których Abraham miał zostać wystrzelony (jak z procy!) w ogień. Jednak Bóg Abrahama zlitował się nad nim i zamienił płomienie w wodę a rozpalone węgle w ryby. Przez co prorok bezpiecznie wylądował w stawie. Ryby które powstały z transformacji, to Karpie i do dziś są uważane jako święte. Jeżeli ktokolwiek odważy się zabić i zjeść rybę – oślepnie.

Rozgniewany na Nemroda, Bóg, pokarał go zsyłając muchę, która przez nozdrza dostała się do jego mózgu. Władca nie był w stanie wytrzymać brzęczenia i co chwilę uderzał głową w ścianę, co z czasem doprowadziło do jego śmierci.

Kurdowie opowiadali jeszcze coś o wybrance Abrahama i kilka innych szczegółów ale nie było to jakoś wyjątkowo fascynujące. Jak kogoś interesuje to odsyłam do internetu.

(8) Święte karpie

Miejsce jest niezwykle ważne dla muzułmanów, którzy uważają Abrahama za swojego proroka. Z tego powodu, Urfa jest częstym miejscem pielgrzymek wiernych z całego świata Arabskiego.  Park w którym mieszczą się główne zabytki, jest wyjątkowo malowniczy i mimo, że nie ma za wiele wspólnego z naszą religią na pewno warto go odwiedzić. Według wiary katolickiej (Biblii) Abraham pochodził z miasta Ur (na mapie o wiele niżej, wgłąb Mezopotamii, gdzieś na terytorium dzisiejszego Iraku).  Podobnie sytuacja przedstawia się z Hiobem, jednak to nie przeszkadza muzułmanom wierzyć, że to właśnie Urfa  jest miastem Proroków. Ponadto z miejscem związanych jest jeszcze kilka innych opowieści,  ściślej powiązanych z Chrześcijaństwem. Ale tak samo jak w poprzednich przypadkach, ich wiarygodność jest raczej znikoma. Mówi się, że Abgar V, władca Edessy (starożytna nazwa Şanlıurfy) prowadził korespondencje listowną z Jezusem. Gdy król zachorował na trąd, Chrystus wysłał mu swoją podobiznę ,odciśniętą na chuście (Mandylion). Mężczyzna został cudownie uzdrowiony, jednak wiele lat później, po jego naturalnej śmierci, relikwia zaginęła, a mieszkańcy Edessy ponownie zaczęli wierzyć w pogańskie bóstwa.

(9) Meczet Halilur Rahman Camii

Żadne zdjęcia nie są w stanie pokazać jak wiele ryb znajduję się w stawie.  Z tego co usłyszałem, władze miasta w żaden sposób nie kontrolują rozrodu zwierząt. Za 50 kuruszów (przez nas potocznie nazywane „kurwisze”) czyli około 1zł można kupić karmę. Gdy chodź jedno ziarenko wpadnie do wody, setki ryb przypływa po więcej.

Nad stawem znajdował się zabytkowy, przepiękny meczet Halilur Rahman , pochodzący z XIII wieku. Pogoda tamtego dnia, wyjątkowo nam się udała, przez co spacerowanie po parku było czystą przyjemnością. Podobno w lecie w Urfie temperatura sięga 50 stopni Celsiusza, co wyjątkowo utrudnia zwiedzanie. Mówi się, że Şanlıurfa jest jednym z najgorętszych miejsc w całej Turcji

(10) dziewczynka karmiąca święte karpie

(11) Mężczyzna dokonujący ablucji, przed modlitwą w meczecie


Wspinaczka na górę zamkową zajęła nam dłuższą chwilę (pokonaliśmy dokładnie 169 schodów). Sam zamek prezentował  się dość mizernie, może z tego powodu, że na tym terenie prowadzone było wiele wojen, a Edessa (Şanlıurfa) przechodziła z rąk do rąk. Władali ją między innymi Rzymianie, Persowie, Grecy, Arabowie, Krzyżacy a nawet Mongołowie. Najciekawszym punktem zamku, są dwie ogromne korynckie kolumny, które górują nad Urfą i  stały się jej swoistą  wizytówką. Z góry zamkowe rozciągał się przepiękny widok na okolicę, którym rozkoszowaliśmy się przez dłuższą chwilę

(12) Kolumny na wzgórzu Damlacık, na drugim planie panorama Urfy

Ciekawostka  : Miejscowa legenda głosi, że Urfa była pierwszym miastem wzniesionym po opadnięciu wód Potopu.

(13) powtórzone

Słońce chyliło się ku zachodowi a my mieliśmy jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia , więc szybki krokiem zeszliśmy z góry zamkowej.  Nasz Kurdyjski przewodnik, zaprowadził nas na teren wykopalisk archeologicznych. Odwiedziliśmy ruiny starożytnej łaźni parowej, sprzed kilku tysięcy lat. Podłoga w budynku była pokryta przepięknymi mozaikami przedstawiającymi między innymi Greckich Bogów.  Cały budynek był doszczętnie zniszczony i tylko mozaiki przetrwały próbę czasu. Nad terenem wykopalisk rozwieszony był ogromny namiot który chronił znalezisko przed deszczem i innymi niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi.  Była niedziela, wiec nikogo poza nami nie było w ruinach łaźni. Ale gdzieniegdzie można było zobaczyć miski z wodą , służące do oczyszczania mozaiek i inne przyrządy niezbędne do renowacji obiektu.

(14) Mozaika

Po zachodzie słońca wybraliśmy się na  Turecką kawę do tradycyjnego, Kurdyjskiego domu. Zaczęły się rozmowy na  wszelkie tematy, od historii Urfy, po model muzułmański rodziny.  W szczególności, we wschodniej części Turcji,  wielopokoleniowe, wielodzietne rodziny, żyją we wspólnych domach. Ośmioro czy dziesięcioro dzieci, to norma dla typowych kurdyjskich rodziców. Czasami rodziny są tak liczne , że mogą zamieszkiwać całe wioski. Taki przypadek ma miejsce nieopodal Urfy.  Każdy jest spokrewniony z każdym, a wiec bardzo łatwo o kazirodztwo. Z tego względu tak wiele upośledzonych ludzi można spotkać na ulicach miasta. Ponadto najsilniejsze rodziny tworzą coś w rodzaju mafii, rywalizują między sobą , tworzą się sojusze itp.

Na zakończenie dnia jeszcze raz wybraliśmy się nad staw z karpiami, żeby zrobić kilka nocnych fotek. Potem już tylko czekała nas 3 godzinna droga powrotna do Gaziantep.

(15) Halilur Rahman Camii nocą

sprostowanie:

Nazwa turecka Urfa została zmieniona w 1984 przez turecki parlament, przez dodanie do niej członu Şanlı oznaczającego wielki, zwycięski (uczyniono tak, aby upamiętnić opór miasta, w tureckiej wojnie niepodległościowej z lat 1919-1923). W rozmowie z Turkami równie często słyszy się Urfa jak i Şanlıurfa, więc w moim tekście stosowałem te nazwy wymiennie !

->więcej zdjęć TUTAJ<-

Antakya (Hatay) 2 styczeń 2011

Ciekawostka na dobry początek: Pamiętacie „Indiane Jonesa i Ostatnią Krucjatę„? Według scenariusza, to właśnie w prowincji Hatay (dokładnie miasto İskenderun dawniej nazywane Aleksandretta) zaczynała się trasa, prowadząca do kanionu gdzie ukryty był Święty Grall…

Na wycieczkę zostaliśmy zaproszeni przez kolegę z wydziału, który pracuję w organizacji religijnej, organizującej tego typu imprezy. Największy plus wyjazdu, który ucieszyłby każdego prawdziwego Polaczka (w tym mnie!) , jest  fakt, że dosłownie wszystko mieliśmy za darmo.

Około godziny 5:30 rano, zaraz po pierwszych porannych modłach, wyjechaliśmy z Gaziantepu, kierując się w stronę prowincji Hatay. Naszym pierwszym przystankiem okazała się mała wioska leżąca gdzieś nieopodal Antakyi. Zaproszono nas, na coś w rodzaju Tureckiego kazania, na którym pewien mężczyzna opowiadał o represjach ze strony armii w stosunku do Muzułmanów, jakie miały miejsce na przeciągu ostatnich 40 lat. Z tego co się później dowiedziałem (choć mogło by się wydawać inaczej) gorliwi wyznawczy Allaha, wcale nie mają tak łatwo w Turcji. Według założenia Atatürka kraj ma pozostać Laicki, i za każdym razem jak jakaś grupa religijna chciał by dojść do władzy , armia ma prawo dokonać zamachu stanu (stało się to już  cztery razy!). Dla zainteresowanych tematem odsyłam do artykułu .Po spotkaniu, zabrano nas na cmentarz, gdzie leżał ojciec mężczyzn, który umarł w imię swoich przekonań religijnych, i który pośmiertnie, stał się kimś w rodzaju lokalnego guru.

Kolejny punkt programu to zwiedzanie Antakyi (lub jak ktoś woli Antiochii Syryjskiej) , stolicy prowincji Hatay. Miasto ma bogatą historię, której początki sięgają roku 300 p.n.e. Współcześnie prowincja zamieszkiwana jest przez wiele grup etnicznych, co wyraźnie można odczuć na ulicach.

(1) meczet Habibi Neccar Camii

Na początek odwiedziliśmy meczet Habibi Neccar Camii. Długo zajęło  mi rozszyfrowanie historii tego miejsca, bo w zasadzie nigdzie w internecie nie można znaleźć dokładnych informacji (w jakimkolwiek ludzkim języku – czytaj Angielski lub Polski), a szkoda, bo jest to miejsce niezwykle ciekawe.  Poniżej, to co udało mi się wygrzebać… Nazwa świątyni pochodzi od Habib-i Neccar’a, pierwszego wyznawcy słów głoszonych przez uczniów Chrystusa. Apostołowie Jan i Paweł na polecenie Jezusa przybyli do Antiochii by głosić słowo Boże. Na miejscu spotykają niechęć społeczeństwa i tylko jeden stolarz (Neccar) staje po ich stronie. Później Jezus wysyła jeszcze Barnabę, ale mimo wszelkich starań, władze miasta wtrącają całą trojkę do więzienia.  Dalej jest fragment, którego za bardzo nie rozumiem , ale (chyba) apostołom udaje się jakoś wydostać (zbiec) a Neccar zostaje zesłany na  tortury (za swoją wiarę) , a następnie na szczycie góry poddany dekapitacji, a jego ciało zostaje strącone w przepaść.

Pierwotnie świątynia była kościołem zbudowanym przez krzyżowców, a potem została zamieniona  na meczet przez Mameluków. Obecnie szczątki męczennika znajdują się gdzieś w grobowcu poniżej  meczetu.

(2) Ablucja (obmycie)

(3) Modlitwa

Jeszcze przed obiadem , mieliśmy okazje z bliska przyjrzeć się muzułmańskim modlitwą i całemu rytuałowi który temu towarzyszy.

(4) Mężczyzna modlący się w samotności, przed wejściem do meczetu

(5) Mułzumanin czytający Koran nad grobem męczennika

Następnie udaliśmy się do kościoła (jaskini) świętego Piotra, wykutego w zboczu góry Staurin.  Według Biblii to właśnie w tej jaskini apostoł Piotr, wygłaszał pierwsze kazania. Można sądzić , że świątynia jest jednym z najstarszych kościołów chrześcijańskich na świecie. Zabytkowa kamienna fasada, została dobudowana do groty, przez krzyżowców podczas pierwszej krucjaty. Wnętrze jest niezwykle skromne ale i zarazem surowe, na podłodze i ścianach gdzieniegdzie widnieją pozostałości po mozaikach.  Ponadto wewnątrz znajduję się kamienny tron, ołtarz i figura świętego.

(6) Fasada kościoła Świętego Piotra, wybudowana przez krzyżowców około roku 1100 n.e.

W drodze powrotnej do Gaziantepu odwiedziliśmy jeszcze kilka meczetów, ale z mojego punktu widzenia nie było to nic godnego uwagi. W Akademiku byliśmy po 20:00

Ciekawostka na zakończenie : do roku 1938 Hatay należał do Francuskiego protektoratu Syrii, następnie do roku 1939  cieszył się niepodległością (Republika Hatayu), później z własnej inicjatywy został włączony do Turcji, której częścią jest do dzisiaj. Syria nigdy nie pogodziła się z utratą Hatayu. Niektóre mapy syryjskie do dziś ukazują Antakyę jako część Syrii. Fakt ten stał się zarzewiem ciągnących do dziś konfliktów między Turcją i Syrią. Chcąc zmusić Turcję do zwrotu okręgu władze Syrii udzielały cichego poparcia terrorystom kurdyjskim

Więcej zdjęć TUTAJ

(7) Ołtarz                                                                                             (8) Panorama Antakyi

Góra Nemrut (Nemrut Dağı) 26 grudnia 2010

Święta Bożego Narodzenia chcieliśmy spędzić w trochę inny sposób, niż siedzenie w akademiku i zdecydowanie nam się to udało. Przez długi czas planowaliśmy wycieczkę na wschód Turcji. Jednak nasze wielkie plany zostały pokrzyżowane przez liczne niesprzyjające okoliczności losu, o których za chwilę co-nieco napisze. Śmiało mogę powiedzieć, że to co przeżyliśmy tamtego dnia, było o wiele bardziej hardkorowe niż wszystko inne, co nas do tej pory spotkało, podczas pobytu w Turcji.  Zapraszam do czytania i komentowania.

O pomoc w organizacji wycieczki, poprosiliśmy naszego  erazmusowego koordynatora. Mężczyzna obiecał nam, że załatwi autobus, ale żeby nie płacić za dużo, musieliśmy uzbierać 20 osób – co udało nam się bez większych problemów. W dniu wycieczki mieliśmy międzynarodową ekipę i wszystko wydawało się iść w dobrym kierunku.  Jednak na kłopoty nie trzeba było długo czekać … Tak jak się wcześniej umawialiśmy, autobus przyjechał w sobotni wieczór, punktualnie o 24:00.   Wtedy to właśnie,  rozpaczała się spirala nieszczęść której konsekwencje jeszcze długo będziemy odczuwać.

Autobus okazał się pojazdem przeznaczonym do przewożenia dzieci, w którym było niesamowicie mało miejsca- a mieliśmy do pokonania około 600 km. Co więcej nasz koordynator zabrał ze sobą 2 kolegów, o których  nie wspomniał  nic wcześniej. Skutkiem tego, dwóch znajomych z akademika musiało zrezygnować z wycieczki. Notabene to właśnie oni, mieli bardzo duży udział w planowaniu i organizowaniu podróży. Po kilkudziesięciu minutowej kłótni w końcu odjechaliśmy w stronę góry Nemrut- naszego pierwszego celu (i jak się później okazało, zarazem i ostatniego).  Poza stałą ekipą Erazmusów , w wyciecze uczestniczyło też 4 Irakijskich Kurdów, 5 Turków oraz Sibel – nauczycielka chińskiego, pochodząca z Tajwanu, która aktualnie mieszka z nami w akademiku.

Po 5 godzinach podróży , na kilkanaście minut przed wschodem słońca dojechaliśmy do celu  – masywu górskiego Taurus. Oczywiście w akademiku nie mieliśmy żadnego zimowego ubrania wiec, żeby ochronić się przed zimnem ubraliśmy się na „cebulkę”. I tak na nogach miałem spodnie na to założone dresy, na nogach buty (zimowe) oraz dwie pary skarpetek. Od pasa w górę mój strój był o wiele bardziej skomplikowany : podkoszulek, koszula z długim rękawem, sweter, bluza z kapturem, polar, kurtka przeciwdeszczowa. Do tego ciepłe rękawiczki i czapkę.

Kierowca autobusu oczywiście zabłądził. Zatrzymaliśmy się gdzieś po środku  polnej drogi. Wszyscy byli bardzo podnieceni obejrzeniem „tych” słynnych 8 metrowych posagów na szczycie góry, oświetlonych przez promienie wschodzącego słońca.

Bez większego zastanowienia pobiegliśmy przed siebie w poszukiwaniu ścieżki na szczyt. W końcu odnaleźliśmy jaką odśnieżona drogę. Robiło się coraz jaśniej, więc jak najszybciej poruszaliśmy się przed siebie. Po 20 – 30 minuta (oczywiście już po wschodzie) dotarliśmy na szczyt, naszym oczom ukazała się ogromna stacja metrologiczna. Ze środka wyszedł zaspany mężczyzna który nie za bardzo wiedział co się dzieje. Któryś z Turków zapytał go , gdzie możemy znaleźć posągi. Na twarzy mężczyzny pojawił się delikatny uśmiech, po czym powiedział, że to nie ta góra. Palcem wskazał na szczyt, oddalony o mniej więcej 5-6 km od punktu, w którym się wtedy znajdowaliśmy, oznajmiając że to właśnie tam powinniśmy się udać. Po chwili rozmowy dowiedzieliśmy się, że warunki na „prawdziwym” Nemrucie są bardzo ciężkie i od długiego czasu szczyt jest zamknięty dla turystów…

Zasmuceni zeszliśmy do autobusu. Na miejscu spotkała nas kolejna niemiła niespodzianka . Kierowca autobus jakimś cudem urwał zderzak przy zawracaniu. Nasz ukochany koordynator powiedział nam, że uprzednio zebrane pieniądze za wejście na Nemrut będziemy musieli przeznaczyć na naprawę pojazdu. Wydało nam się to niedorzeczne i bezczelne , ale jeszcze nie zaczynaliśmy awantury, bo bezpiecznie chcieliśmy dokończyć wycieczkę. Co więcej, zderzak po kilku minutach  został przykręcony na miejsce, a to raczej nie nasza wina, że mężczyzna był fatalnym kierowcą. Podirytowani wsiedliśmy do środka i po chwili odjechaliśmy.

Bus zatrzymał się przy skrzyżowaniu z drogą prowadzoną na „prawdziwy” Nemrut.  Jezdnia była całkowicie zasypana śniegiem. Do szczytu, od miejsca w którym wtedy się znajdowaliśmy było ponad 5 km (tabliczka powyżej). Rozegrała się burzliwa dyskusja, czy wchodzimy na piechotę, czy zawracamy z pustymi rękoma.  Szybko i w zasadzie jednogłośnie podjęliśmy decyzje – idziemy na piechotę!

(1) Droga na Nemrut

Początkowo szło nam się bardzo dobrze, droga nie była zbyt stroma, a śnieg nie zapadał się pod stopami.  Pod grubą warstwa białego puchu kryła się jezdnia, z której nie raz zbaczaliśmy dla skrócenia trasy. Po kilkudziesięciu minutach marszu, ścieżka zaczęła zakręcać i stromo piąć się pod górę. Z każdą minutą słońce świeciło coraz mocniej, a śnieg stawał się coraz miększy i miększy. Gdzieniegdzie spod białej skorupy, wystawały przysypane znaki drogowe. Nie wiedzieliśmy ile jeszcze drogi zostało przed nami, ale wytrwale brnęliśmy do przodu. Co jakiś czas na śniegu spotykaliśmy ślady łap. Jak się później dowiedzieliśmy po okolicy grasowały watahy, wygłodniałych wilków i hien. Na szczęście po drodze przyłączyły się do nas trzy psy, które towarzyszyły nam całą  drogę na szczyt góry. Z każdą minutą widok na okolice stawał się coraz lepszy. Naszym oczom ukazywały się kolejne ośnieżone szczyty gór Taurus. Poniżej , gdzieś w oddali , mieniły się wody rzeki Eufrat. Niedaleko od Nemrutu znajdowała się Zapora Ataturka, 5 co do wysokości tama na świecie.

Po godzinie marszu , naszym oczom ukazał się kamienisty kurhan usypany na wierzchołku góry. Ucieszyliśmy się, bo dopiero w tym momencie, byliśmy wstanie określić, jak daleko od celu naszej podróży jesteśmy. Znowu, przez chwilę poczułem się jak bohater książek Lovecrafta.  Tym razem zamieniliśmy pustynie (Palmyre) na Góry (szaleństwa). Gdy udało nam się dostać do schroniska u podnóża wierzchołka, zdaliśmy sobie sprawę, że od bardzo dawna nikogo tam nie było. Budynki były w zasadzie całkowicie zasypane śniegiem. Dalej droga stawała się o wiele bardziej niebezpieczna, więc tylko sześcioro z nas zdecydowało się na dokończenie wspinaczki. Byłem niewyobrażalnie zmęczony, moje buty całkowicie przemokły. A podróż utrudniał topniejący śnieg, który, co każdy następny krok, zmuszał mnie do ogromnego wysiłku. Powoli i ostrożnie przemieszczaliśmy się wzdłuż, stromego ośnieżonego zbocza.  Zdawałem sobie sprawę , że jeżeli któreś z nas poślizgnęłoby się i spadło w dół, nie prędko otrzymalibyśmy jakąkolwiek pomoc. Co chwile przez moją głowę przechodziły myśli, żeby się poddać i zawrócić, ale coś wewnątrz mówiło mi , że za wszelką cenę muszę zobaczyć ten gigantyczny grobowiec, przez wielu określany jako 8 cud świata.

(2) Odpoczynek u podnóża szczytu

(3) Zasypane przyczepy Żandarmerii

(4)Powtórzone

W końcu naszym oczom ukazały się pierwsze pozbawione głów, kamienne figury usytuowane u podnóża, 50 metrowego kurhanu, usypanego ludzkimi rękoma. Najwyższy punkt  znajdował się na wysokości 2134 metrów nad poziomem morza. Poczułem się jak odkrywca tego miejsca. Nienaruszony ludzkimi stopami, mieniący się w ostrym słońcu śnieg, pokrywał cały teren oraz ogromne kamienne głowy. Gdzieś tam, wiele metrów pod nami, znajdował się nietknięty ludzką ręką grobowiec króla Antiocha, władcy Kommageny , do którego prowadziły nieodkryte, tajemnicze tunele.   Antioch , po swojej śmierci, chciał stworzyć kult własnej osoby. Obłąkany władca wierzył, że w jego żyłach płynie krew starożytnych Bogów. Na szczycie góry, niedostępnej dla zwykłych śmiertelników, blisko niebios, wybudował ogromne sanktuarium, które strzegły posągi Greckich i Perskich Bóstw oraz jego samego pomiędzy nimi.

Bezskutecznie, przez wiele lat naukowcy starali się dostać wgłąb góry i odnaleźć pogrzebany sarkofag władcy. Do  tego celu użyto nawet dynamitu, przez co kurhan w obecnej chwili jest o 5 metrów niższy. Wszystkie głowy są oddzielone od gigantycznych, siedzących na tronach postaci. Podejrzewa się, że było to skutkiem gigantycznego trzęsienia ziemi.  Druga wersja mówi, że głowy mogły zostać usunięte przez zwolenników ikonoklazmu, na co może wskazywać fakt, że statuy bogów nie posiadają nosów. Gdzieś pomiędzy posągami znajdowała się kamienna tablica przedstawiająca wzajemne położenie gwiazd i planet, które po rozszyfrowaniu przez astronomów wskazuje datę 7 lipca 62 r. p.n.e. Bardzo możliwe , że właśnie wtedy wykonano całą konstrukcję. Muszę nadmienić, że tylko 9 historycznych miejsc w Turcji zostało wpisane na listę UNESCO, to właśnie Nemrut jest jednym z nich! Nazwa góry pochodzi od legendarnego mitycznego władcy Nemroda , tego samego którego wzniósł biblijną wierze Babel…

(5) Pozbawiona nosa, głowa jednego z bóstw.

(6) Jak wyżej

Król kazał nazywać siebie Antioch I Theos Dikajos Epifanes Filoromajos Filhellen co mniej więcej oznacza Antioch Bóg Sprawiedliwy i Objawiony, Przyjaciel Rzymian i Greków

(7) Sanktuarium strzegły posągi Lwa oraz Orła

(8) kamienne głowy z profilu

(9) Nemrut Dagi w całej okazałości

(10) Fragment podestu (ołtarza)  na szczycie góry

(11) Statua Lwa, na drugim planie masyw górski

(12) Zdobywcy góry Nemrut

Widok ze szczytu był naprawdę niesamowity, po kilkunastu minutach, postanowiliśmy wracać do naszych towarzyszy czekających przy schronisku.

(13) Niebezpieczna droga w dół

Gdzieś tam w oddali spostrzegliśmy zarys sylwetki, jak się później dowiedzieliśmy był to myśliwy polujący na dzikie zwierzęta

(14) Zasypane znaki drogowe

Wydawało nam się, że droga w dół będzie o wiele łatwiejsza niż wspinaczka na szczyt. Myliliśmy się! Ostre słońce, topiło śnieg, przez co każdy kolejny krok , powodował zapadanie się w lodowaty, biały puch. Po kilkudziesięciu minutach mieliśmy mokre nogawki spodni, a w butach wodę. Po mniej więcej godzinie marszu, dostaliśmy się do autobusu. Przemoczeni , wyziębieni , zmęczeni … ale i zarazem dumni z siebie i zadowoleni. Nie przygotowani na taką wycieczkę , bez odpowiedniego sprzętu wspięliśmy się na ponad 2 tys. metrową górę . Nikt o zdrowych zmysłach nie odważył by się na taką wycieczkę, przez co  ja osobiście, byłem z siebie jeszcze bardziej zadowolony.

Na Nemrut przeznaczyliśmy o wiele więcej czasu, niż na początku planowaliśmy… w końcu przemaszerowaliśmy ponad 12 km w dość ciężkich warunkach. Dlatego nasz plan musiał ulec diametralnej zmianie. Zamiast do Adyaman postanowiliśmy pojechać prosto do Urfy. Promem musieliśmy przedostać się na drugą stronę rzeki Eufrat.  Droga do przystani wiodła poprzez liczne Kurdyjskie wioski, w których czas zatrzymał się chyba ze 100 lat temu. Ludzie mieszkali w okropnych warunkach , niektóre domy wyglądały jak zrobione z gliny i słomy. Przez chwile poczułem się jak w zupełnie innym świecie. Najbardziej szokujący był dla mnie Kurdyjski chłopiec , który patroszył rybę nad brzegiem Eufratu. Wszystko było by okej, gdyby nie fakt, ze podczas obcinania płetw i ogona stworzenie jeszcze żyło.

Po drugiej stronie rzeki, czekała nas podróż poprzez pustkowia pokryte setkami głazów wulkanicznego pochodzenia. Gdzieś tam na horyzoncie widniały pokryte śniegiem szczyty, po których kilka godzin wcześniej maszerowaliśmy. Co jakiś czas mijaliśmy stada owiec pasących się gdzieś przy jezdni. Ten obszar Turcji diametralnie różnił się od wszystkiego tego co zobaczyłem wcześniej, nawet Gaziantep przy tamtych wioskach to „małe piwo”.

Mniej więcej 90 km od Urfy, kierowca busa zjechał na pobocze i oznajmił, że złapaliśmy gumę. Zatrzymaliśmy się dosłownie po środku niczego, dookoła nie było nic poza rozciągającą się po horyzont równiną. Po chwili okazało się ,że w autobusie nie ma, koniecznego do wymiany koła klucza. Ale to nie koniec problemów, podnośnik niezbędny do naprawy również był uszkodzony. Mężczyźni zaczęli zatrzymywać kolejne samochody i prosić o narzędzia, w końcu gdy trafili na właściwy sprzęt, okazało się, że jedna ze śrub na których była przykręcona felga była „przekręcona” i bez pomocy mechanika nic z tym „fantem” nie da się zrobić. Podczas gdy „fachowcy” starali się podnieść auto, musieliśmy wyjść z pojazdu i czekać przy poboczu. Słonce powoli chowało się za horyzont, a temperatura gwałtownie spadała. W przemoczonych butach, sterczeliśmy opatuleni w koce, czekając na możliwość ruszenia w dalszą drogę. Jeden z Turków rozpalił ognisko w przydrożnym rowie. W końcu udało się uruchomić samochód. W pobliskim mieście, zawitaliśmy do wulkanizatora, który wymienił uszkodzona oponę.

Ruszyliśmy w dalsza drogę do Urfy. Jednak nasza radość nie trwałą długo. Dosłownie kilka minut po odjeździe od mechanika , sytuacja powtórzyła się ponownie.  Tym razem było całkowicie ciemno. Wszyscy byli ekstremalnie zmarznięci i poddenerwowani. Ludziom zaczęły puszczać nerwy. Kierowca ponownie zadzwonił do mechanika. Mężczyzna przyjechał po kilkunastu minutach, jednak zapomniał wsiąść ze sobą narzędzi (!) W tamtym momencie byłem świadki jednej z bardziej kuriozalnych scen w moim życiu. Mechanik podniósł ogromny kamień i za jego pomocą starał się odkręcić koło. Pozostawię to bez komentarza! Podczas naprawy autobusu kierowcy nawet nie włączyli ogrzewania w pojeździe. Gdy udało się uruchomić autobus, w zasadzie jednogłośnie zadecydowaliśmy, że chcemy wracać prosto do Gaziantep.  Na miejsce dotarliśmy grubo po północy… Po powrocie ani nasz „kochany” koordynator , ani kierowca, ani jego dwaj kumple, z którymi nie zamieniliśmy ani jednego zdania, nie powiedzieli słowa przepraszam, a o  zwrocie pieniędzy nawet nie będę wspominać. Jednogłośnie postanowiliśmy, że udamy się z tą sprawą do dziekana… zobaczymy co z tego wszystkiego wyjdzie !

Więcej zdjęć TUTAJ

Kapadocja 12-14 Listopad 2010 // część 2

Ciąg dalszy wpisu „Kpadocja 12-14 Listopad 2010 // część 1”

Dzień 3

Przebudziłem się chwilę przed 8 rano. Z trudem wstałem z łóżka, a gdy przejrzałem się w lustrze, stwierdziłem, że wino które piliśmy poprzedniej nocy, było mocniejsze niż mi się na początku wydawało. Ale trzeba się było zebrać w garść i łapać stopa do Göreme… Po śniadaniu, spacerem przeszliśmy na główną drogę. Nie trzeba było długo czekać, po kilku minutach zatrzymał się pierwszy samochód. Ku naszemu zdziwieniu, w środku siedział nas znajomy ze sklepu z ceramiką (z którym piliśmy kilka godzin wcześniej). Mężczyzna śpieszył się na spotkanie, ale bez wahania podrzucił nas do Göreme. 7 osób w malutkim Hundaiu to trochę za dużo jak dla mnie , ale jak już wiele razy wspominałem ,w Turcji nikt nie przejmuję się przepisami ruchu drogowego.

5.Göreme.

Bilet wstępu do Göreme kosztował 15 Lirów, czyli w przeliczeniu na PLN, około 30 zł . Większość osób które spotkaliśmy, bez wahania wymieniało to miejsce, jako najważniejszy punkt Kapadocji. W parku znajduje się kilkadziesiąt kościołów, które mnisi wydrążyli w miękkich tufowych skałach. Najstarsze z nich pochodzą nawet z IV wieku. Według mnie, to miejsce jest grubo przereklamowane. W parku było pełno turystów, żeby wejść do kościołów trzeba było odstać swoje w długich kolejkach, a jak już nam się udało dostać do środka, to było tak ciasno, że nie dało się ruszyć. Może wyjdę na ignoranta, ale dla mnie większość tych świątyń była taka sama. Osobiście mogę powiedzieć, że zawiodłem się tym miejscem, może ze względu na tłumy a może na wysoki koszt biletu… Z ciekawostek mogę dodać , że to miejsce zostało odkryte nieco ponad 100 lat temu, przez francuskiego duchownego.

Po wyjściu z Göreme, spacerkiem udaliśmy się na pobliski szczyt, żeby zrobić zdjęcie panoramy.  Krętą , stromą droga doszliśmy do punktu widokowego. W oddali było widać następny punkt naszej podróżny, czyli miasto Üçhisar z twierdzą górującą nad horyzontem. Zamek został wydrążony w wysokiej na 86 metrów górze. Gdy zobaczyłem fortece  przypomniałem sobie rysunek wierzy Babel który widziałem wielokrotnie w książkach (autor: Pieter  Bruegel) . Zaraz potem pomyślałem o  Minas Tirith.  Nie wiem które skojarzenie było bardziej trafne.  Może niektórzy zarzucą mi zbytne fantazjowanie, ale uwierzcie mi , ten widok naprawdę robił wrażenie i żadne zdjęcia tego nie oddadzą.  Zrobiliśmy kilka fotek i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Dziewczyny złapały stopa żeby dojechać do centrum Goreme, ja z Mateuszem spacerkiem przeszliśmy tą niedługa trasę (1km). Na miejscu podzieliliśmy się na dwie 3 osobowe grupy i ponownie stopem wybraliśmy się w podróż.

(1) Jeden z wielu kościołów Goreme (prawie jak PETRA:) )

6. Üçhisar

Żeby dostać się pod twierdzę, trzeba było pokonać długą, krętą drogę. Na szczęście kierowca, który się nad nami zlitował i wziął do samochodu, podwiózł nas niemalże pod samo wejście. Bilet wstępu (jak na Tureckie warunki) był stosunkowo tani  (2TL), co nie będę ukrywać, również nas ucieszyło. Droga na szczyt (zamku), na przemian ciągnie się wewnątrz i na zewnątrz góry. Czasami trzeba było iść bardzo wąskimi i bardzo stromymi podejściami, a na całej drodze była może jedna barierka. Ma to oczywiście swój urok, ale nie daj boże podwinęła by się komuś noga…  Wspinając się podziwialiśmy panoramę Kapadocji. Gdzieś tam w oddali widniały ośnieżone szczyty, głębokie doliny oraz poszarpane przez wiatr tuffowe skały. Na wierzchołku spędziliśmy może 10 minut. Pogoda tego dnia wyjątkowo nam dopisała, słońce doskonale oświetlało górzysty teren środkowej Anatolii. Przyznam, że przez pierwsze chwile spędzone na szczycie moje serce biło odrobinę szybciej. Nie polecam tej wycieczki nikomu kto ma lęk wysokości, ale całej reszcie muszę powiedzieć , że chyba ten punkt zwiedzania Kapadocji zrobił na mnie największe wrażenie i podobał mi się najbardziej.

Po zejściu z góry (twierdzy) pokręciliśmy się trochę po miejscowości która leżała na zboczu. Wydrążone przed kilkoma setkami  lat skały , przekształcone na schronienia, mieszały się z nowoczesnymi domami i hotelami.

(2) Twierdza w pełnej okazałości

(3) Kot na wąskiej uliczce Üçhisar

(4) Ruiny na zboczach Üçhisar

(5) Uliczki

(6) Zbocze pokryte domami , na drugim planie twierdza


7. Doliny Kapadocji

Postanowiliśmy po raz kolejny urozmaicić sobie podróż. Stromym zboczem, pomiędzy budynkami (na skróty) zbiegliśmy do podnóża pagórka. Spostrzegliśmy starą ścieżkę, która zakręcała gdzieś za skały, których w tym punkcie było niebywale dużo. Podążając za ścieżką coraz bardziej oddalaliśmy się od twierdzy, która po kilku minutach zupełnie schowała się za skałami. Mijaliśmy kolejne zapomniane domki wydrążone w tufowych wzgórzach. Po kilkunastu minutach marszu usłyszeliśmy ujadanie dzikich psów. Początkowo nie wiedzieliśmy skąd dochodzi dźwięk, lecz po chwili zorientowaliśmy się, że kilka metrów nad nami, na jednej z półek skalnych, siedziała grupa dzikich psów.  W pierwszym momencie  wystraszyliśmy się, bo w razie ataku, nie było by miejsca gdzie by można bezpiecznie uciec. Ktoś rzucił hasło , że psy wyczuwają strach i lepiej będzie poruszać się do przodu pewnym krokiem. I tak też zrobiliśmy… uzbrojeni w kamienie i gaz pieprzowy brnęliśmy przed siebie. Na szczęście udało nam się nie sprowokować zwierząt do ataku.

Krajobraz dookoła zaczął się zmieniać , pojawiło się coraz więcej drzew, a ścieżka po której początkowo maszerowaliśmy zupełnie zniknęła. Nagle naszym oczom pojawił się głęboki na 15 m -20 m (może więcej) wąwóz, który niecnie pokrzyżował nasze plany. W poszukiwaniu drogi przejścia odbiliśmy w lewo . Przedzierając się przez chaszcze po chwili , doszliśmy do płaskiego terenu. Na naszej drodze spotkaliśmy turystę , po chwili okazało się, że również jest Polakiem. Dalsza podróż obeszła się bez większych ekscesów. No może poza wspinaczką na jedno ze wzgórz, które stanęło nam na drodze.  Po dotarciu do głównej drogi , złapaliśmy stopa i wróciliśmy do Avanos po bagaże.

8. Kayseri / Kahramanmaraş (Epilog)

Do Kayseri chcieliśmy się dostać stopem, ale niestety mieliśmy zbyt mało czasu, żeby się na to przygotować , więc byliśmy zmuszeni wybrać autobus. Gdy dotarliśmy do dworca w Kayseri, okazało się, że miły pan sprzedawca anulował nasze rezerwacje.  Na szczęście zaprzyjaźniony Turek, kolega z akademika (który mieszka w Kayseri) pomógł nam kupić bilety. Zapłaciliśmy mniej o 5 lira, ale mieliśmy mieć przesiadkę w mieście Kahramanmaras. Autobus był ciasny, mały , nieprzyzwoicie w nim śmierdziało i było duszno… ale jakoś przeżyliśmy podróż. Na miejscu okazało się , że spóźniliśmy się na autobus, który miał nas zabrać do Gaziantep. Jednak kierowca i jego koledzy mieli nam pomóc złapać inny pojazd. Przesiedzieliśmy z nimi około 45 min. I choć panowie nie mówili w żadnym innym języku niż Turecki, jakoś się  porozumieliśmy. Robili sobie z nami zdjęcia … w końcu „blond”  goście z Europy (Dla Turków każdy z Europy to Blondyn) to nie lada ciekawostka! Mogę dodać, że miasto w którym utkwiliśmy w środku nocy, słynie z jednych z najlepszych lodów, oczywiście wyrabianych z mleka koziego a nie krowiego. Ale wracając do tematu… Gdy autobus, którym mieliśmy wrócić do Gaziantep w końcu przyjechał, okazało się że nie było w nim miejsca i musieliśmy zapłacić łapówkę, żeby w ogóle do niego wsiąść. (na szczęście tylko 5 lira – ze zniżką w Kayserii , wyszliśmy na zero) . W Gaziantep złapaliśmy taksówkę… i choć była zarejestrowana na 5 osób, dla kierowcy nie było problemem wziąć 6 pasażerów z bagażami i przejeżdżać ponad 100 [km/h] przez czerwone światła … w końcu była noc to Allah nie widział.

W akademiku czekali na nas znajomi z Samsun i Konyi , którzy nocowali u nas przed podróżą do Syrii (jak się później okazało, następnego dnia nie dostali wizy na wjazd, z powodu Bajramu). Po krótkiej rozmowie, niezwykle zmęczeni, położyliśmy się spać… Na zakończenie mogę powiedzieć tylko jedno :

Kapadocja çok güzel !

(7) Twierdza w promieniach zachodzącego słońca

Kapadocja 12-14 Listopad 2010 // część 1

Tym razem będzie więcej tekstu i więcej zdjęć. Kapadocja jest miejscem naprawdę niesamowitym i podczas zwiedzania tej krainy spotkało nas wiele przygód, więc serdecznie zapraszam do przeczytania tekstu.

Dzień 1

Zanim złapaliśmy autobus do Kayseri, udało nam się załapać na fragment konferencji poświęconej relacją E.U- Turcja która odbywała się niedaleko naszego akademika. Spotkaliśmy tam naszych starych znajomych z Chamber of Comerce i najedliśmy się za darmo zakąskami. Standardzik… Około godziny 15 wsiedliśmy do autobusu. Z powodu tego, że lada dzień miał zacząć się Bajram, miliony Turków wracały do swoich rodzin (to święto przyrównał bym rangą do naszego Bożego Narodzenia). Bilety kupowaliśmy na ostatnią chwilę , więc trudno się dziwić, że standard autobusu był taki a nie inny… Ale mnie w Turcji  już nic nie zdziwi, po tym jak koleżanka widziała szczura wychodzącego z publicznej toalety (dziury w podłodze).

W tym okresie, słońce  zachodzi stosunkowo wcześnie (koło 16:30 jest już ciemno!) więc tylko kilkadziesiąt minut, mogliśmy się cieszyć przepięknymi widokami. Mijaliśmy ciężarówki wiozące nieświadome niczego baranki na rzeż (patrz Bajram!). Nasz autobus zatrzymał patrol żandarmerii (ta sama sytuacja miała miejsce w drodze do Alanii, na początku października). Wszyscy musieli pokazać dowody tożsamości (wizy). Podobno ma to na celu zatrzymanie nielegalnych imigrantów z bliskiego wschodu oraz dezerterów. W Turcji służba wojskowa jest obowiązkowa , jeżeli ktoś wymiguje się od wojska, żandarmeria podczas takich „łapanek” może wsadzić  delikwenta do więzienia. I nie ma zmiłuj! Podczas pierwszej kontroli (w drodze do Alanii) Jeden z pasażerów miał „coś nie tak” w papierach. Mundurowi wyciągnęli go z pojazdu  i mimo, że był środek nocy,  autobus pojechał dalej, nikt się biedakiem nie przejął… Jednak tym razem obeszło się bez incydentów.  Do Kayseri dotarliśmy około 22 . Miasto położone jest u stup wygasłego wulkanu Erciyes Dagi, najwyższej góry w Anatolii. Szczyt ma, bagatela nie całe 4 tys metrów i jest popularnym miejscem na wypady na narty (w odległych planach mamy taką wycieczkę). Niestety podczas tej podróży, w Kayseri byliśmy tylko w nocy, więc nie było nam dane zobaczyć góry w pełnej okazałości. Łapiemy kolejny autokar który zawiózł nas prosto do Avanos, miasta w którym wynajeliśmy pokoje. Warunki w „pensjonacie” były spartańskie a cena jak dla nas wysoka (30 TL za noc , w tym śniadanie), ale jak przygoda to przygoda ! Jak się później dowiedzieliśmy w okresie Bajramu taka cena za nocleg w Kapadocji to niezła okazja. Przed snem urządziliśmy sobie przechadzkę po mieście, wzdłuż rzeki Kızılırmak. Po powrocie, jeszcze długo nie mogłem zasnąć, a kiedy w końcu mi się udało, po 4-5  godzinach snu, trzeba było wstawać. Bo wiele mieliśmy do zobaczenia, a słońce zachodziło wcześnie!

Dzień 2

Po śniadaniu, około godziny 8 rano, skierowaliśmy się na przystanek autobusowy. Oczywiście, jak to w Turcji bywa, nic nie było oznaczone. Po dosłownie kilkunastu sekundach , podszedł do nas Turek i wyjaśnił wszystkie potrzebne sprawy. Po chwili rozmowy, zaproponował, że zawiezie nas do Zelve, pierwszego z miejsc które chcieliśmy odwiedzić. Oczywiście zgodziliśmy się bez wahania. Podczas rozmowy wyszło, że nasz nowy kolega jest właścicielem sklepiku z ceramiką w centrum Avanos. Wtedy w naszych głowach zaświtała myśl! będziemy jeździć  autostopem. W końcu tyle nasłuchaliśmy się o tym od kolegów z Adany, to dlaczego by nie spróbować. I tak też uczyniliśmy, ale o tym za chwilę…

1. Zelve

Ku naszemu zdziwieniu w Zelve nie było żadnych Turystów, co jeszcze bardziej pozwoliło odczuwać niesamowity, wyjątkowy klimat miejsca. Zelve to tak naprawdę seria jaskiń i domów wyżłobionych w skałach doliny, niegdyś zamieszkiwanych przez troglodytów. Ciekawostką jest to, że ludzie mieszkali w tym miejscu do lat 50 ubiegłego stulecia. Jednak z powodu zawaleń i obsunięć musieli zostać przesiedleni. Bardzo przyjemnie spacerowało się po dolince. Najbardziej podobało mi się, że w zasadzie całe Zelve nie zostało „zbezczeszczone” ludzką ręką. Turcy nie pobudowali tam chodników, ławeczek, popielniczek i innych gadżetów które zniszczyły by cały klimat. Klaustrofobicznie ciasnymi tunelami wchodziliśmy do wnętrza „domów” … czasami minimalne ilości światła wpadały do wnętrza pomieszczeń, a czasami nie. Wtedy musieliśmy poruszać się po omacku. W jaskiniach nie było żadnego sztucznego oświetlenia. Zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie!

(2) Zelve #2

(3) Zelve #3

…i taki mały cytat z Polityki, który wyjątkowo mi się spodobał:

„Boom turystyczny zaczął się w Kapadocji w latach 70. Przyjeżdżali tu wówczas głównie hippisi i homoseksualiści. Podobno na krótko zmienili Kapadocję w Sodomę i Gomorę, a konserwatywni mieszkańcy żyli w przekonaniu, że turysta to ktoś, kto ma nie po kolei w głowie. Zmienili zdanie dopiero w latach 80, gdy ruch turystyczny przeżywał apogeum. Powstawały dziesiątki lokali i pensjonatów. Mieszkańcy szybko doszli do wniosku, że nie ma sensu gnieździć się dłużej w ciasnych skalnych mieszkankach, o wiele rozsądniej wynająć je przyjezdnym.”

Polityka – nr 36 (2261) z dnia 2000-09-02; s. 38-40

2. Pasabag (Dolina mnichów)

Po kilku godzinach zwiedzania zdecydowaliśmy udać się do kolejnego puntu. Uznaliśmy, że mało ciekawa będzie wycieczka główną droga więc odrobinę zboczyliśmy ze szlaku. Przedzierając się przez krzaki i pola uprawne mijaliśmy kolejne wydrążone skały. Gdy moi towarzysze dokarmiali bezpańskiego, zagłodzonego psa, ja wspiąłem się na jeden z pagórków. Ku mojemu zdziwieniu na szczycie znajdował się katolicki kościół. Zadziwiające jest to, w jaki sposób Turcy traktują zabytki. Ja rozumiem że dużo jest tego typu budowli w Kapadocji. ale wędrując przez pola można spotkać  kościoły sprzed 1000 lat , które dziś służą jako toaleta lub miejsce picia piwa przez lokalną młodzież. Znajomi z Adany opowiadali nam o wioskach w których Turcy używali zabytkowych antycznych kolumn jako fragmentów płotu.

(4) Gdzieś w polach

(5) kościół na wzgórzu

Po kilkunastu minutach doszliśmy do celu. Nie pamiętam dokładnie nazwy tego miejsca (gdzieś w internecie pisało, że to dolina mnichów), w wielkim skrócie był to punkt widokowy z którego było widać dolinę pełną tufowych skał o fallicznych kształtach. Pokręciliśmy się trochę po okolicy, strzeliliśmy kilka fotek. Cały krajobraz wyglądał trochę jak z bajki. Do tego udało nam się trafić w naprawdę  dobry czas. Bo kolor przekwitających liści  wspaniale współgrał z dziwacznymi kształtami skał. Dodatkowo Turecka telewizja kręciła reportaż o Kapadocji i udzieliliśmy króciutkiego wywiadu … „Kapadokia…çok güzel” .

(6) Pasabag

3.Cavusin

Po krótkim odpoczynku zdecydowaliśmy, że idziemy na przełaj w kierunku który wydawał nam się słuszny. Jak przygoda to przygoda. Takie zwiedzanie Turcji jest o wiele ciekawsze niż objazdowe wycieczki gdzie wynajęty autobus zawozi cię od punktu „A” do punktu „”B” i widzisz dokładnie to co miliony innych turystów. Pieprzyć ich … my poszliśmy na hardkor. Jakoś udało nam się zejść w głąb doliny , idąc przed siebie mijaliśmy pola na których kilka tygodni wcześniej rosły dynie oraz winogrona. Co jakiś czas przechodziliśmy obok dziwacznych formacji skalnych. Wszędzie dookoła rosły drzewa, wokół których były porozsypywane przeżółkłe liście. Coś wspaniałego. Strasznie wkręciliśmy się w taki sposób zwiedzania Kapadocji i mimo zmęczenia chcieliśmy iść coraz dalej i dalej. Po kilkunastu minutach marszu zobaczyłem po swojej lewej stronie kilka Kamiennych stożków z wydrążonymi w nich tunelami, odłączyłem się od grupy żeby zbadać znalezisko.  Gdy podszedłem bliżej, okazało się że miejscowi rolnicy zamienili ta kilkusetletnią konstrukcję na schowek na pestycydy ( czy też inne chemikalia, przechowywane w beczkach) . Jak wyczytaliśmy w jakimś przewodniku, w miasteczku znajdują się kościoły które zostały zamienione na gołębniki.

(7) gdzieś pomiędzy Pasabag a Cavusin

(8) gdzieś pomiędzy Pasabag a Cavusin #2


Po pewnym czasie, dostaliśmy się do głównej drogi, przy której stał przepiękny, gigantyczny kościół wyryty w skale. Cena za zwiedzanie tego zabytku: 8 Lir… Uznaliśmy, że to trochę za dużo, jak na nasze studenckie możliwości. Zostawiając świątynie z tyłu, skierowaliśmy się w głąb miasteczka. Po chwili zauważyliśmy że do kościoła można podejść od drugiej strony. Na naszej drodze stanęły domostwa  mieszkańców Cavusin. Miły starszy pan pracujący w garażu, zobaczywszy że węszymy w poszukiwaniu drogi przejścia, od razu porzucił obowiązki i przyszedł się przywitać. Na migi pokazał nam że możemy przejść po jego parceli. Tak właściwie to cały teren obok jego domu (na którym rosły warzywa) przylegał do kościoła. Łamanym Tureckim z odrobiną francuskiego jakoś dogadaliśmy się z mężczyzną. Który później poczęstował nas domowej roboty winem. Po chwili rozmowy Skierowaliśmy się do centrum Cavusin. Przechodząc przez miasteczko widzieliśmy ogromną górę z wydrążonymi tunelami. Przystanęliśmy na chwilę i po chwili zdecydowaliśmy że chcemy się na nią wspiąć. Wyszukując najłatwiejsze, najbardziej porośnięte ścieżki (trawa zapobiegała ześlizgiwaniu) jakoś udało nam się znaleźć na szczycie. Tam przez chwile obserwowaliśmy panoramę Kapadocji i niezliczoną ilość domków, wybudowanych po przeciwnej stronie góry.

(9) Cavusin #1

(10) Cavusin#2

4. Avanos

Gdy zaczęło się ściemniać postanowiliśmy wracać do Avanos. Stopa złapaliśmy może 3 minuty po tym jak weszliśmy na główną drogę. Dzięki temu udało nam się dojechać do miasteczka jeszcze przed zachodem słońca. Kierowca gdy usłyszał że jesteśmy z Gaziantep , stwierdził że nie lubi tego miasta bo jest w nim dużo Kurdów…

W centrum spotkaliśmy Turka który rano podwiózł nas do Zelve, po chwili rozmowy zaprosił nas na kolację. Jeszcze przed posiłkiem wybraliśmy się na długi spacer uliczkami miasta. Wdrapaliśmy się na jeden z lokalnych pagórków  gdzie sfotografowałem panoramę  przy zachodzącym słońcu.

(11) Panorama Avanos

Gdy spacerowaliśmy po wąskich uliczkach Avanos, zdałem sobie sprawę, że większość domów zostało wybudowane na fundamentach / zostało dobudowane, do starożytnych budowli. Naprawdę zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie.

Przed kolacją u Turka udaliśmy się na chwilę odpoczynku. W ramach oszczędności spożyłem „punkową zakąskę” czyli wyżarłem ser na promocji w supermarkecie. Około godziny 21 udaliśmy się do sklepu z ceramiką naszego nowego przyjaciela. I tam czekała na nas chyba największa niespodzianka tego dnia. Na kolację zjedliśmy kurczaka przyprawionego na ostro… bo jak stwierdził nasz gospodarz jak jesteśmy z Antep to musimy jeść bardziej pikantne dania od normalnych ludzi. Do tego wino domowej roboty, tyle ile zapragnęliśmy. Coś a’la wielka dolewka w KFC. Podczas posiłku zapytaliśmy się czy w Avanos są jakieś podziemne zabudowania (miasta). Na co właściciel sklepu stwierdził, że tak właściwie to w tym momencie siedzimy w 800 letniej jaskini , która ma 3 poziomy i że jak zaczniemy po niej chodzić sami to możemy się zgubić i wyjść w zupełnie innym punkcie miasta. Ja osobiście zgłupiałem!  Pomieszczenie w którym siedzieliśmy było tylko pracownią. Następnie przeszliśmy do kolejnych części piwnicy (jaskini) w których znajdowały się stragany z ceramiką, piec do wypiekania i inne przyrządy. Jak się później okazało nasz nowy kolega miał 8 sklepów w tym 2 w Istambule. Po kolejnych kilku kieliszkach wina,  Turek zaproponował, że możemy spróbować coś wyrobić z gliny, oczywiście się zgodziliśmy. Następnie przyniósł instrumenty i zaserwował nam koncercik tradycyjnych Tureckich piosenek. Naprawdę nie spodziewałem się , że ten wieczór zakończymy w taki sposób… nie ma to jak Turecka gościnność.

Koniec części I, ciąg dalszy nastąpi

Istanbul 20-24 Październik 2010 // część 3

(ciąg dalszy posta: Istanbul 20-24 Październik 2010 // część 2

dzień 4 – sobota

Sobota była dniem, na  który wszyscy czekali. Nie będę owijał w bawełnę i przynudzał przydługimi wstępami, tylko od razu przejdę do sedna sprawy… Pierwszym  miejscem które zwiedziliśmy był pałac Topkapi. Jeden z ważniejszych zabytków w Istambule. Ten budynek służył Sułtanom przez blisko 1500 lat. Szczerze mówiąc,mimo swojej oszałamiającej historii nie zrobił on na mnie aż tak dużego wrażenia. W środku było tysiące turystów, żeby zobaczyć cokolwiek trzeba był stać w gigantycznych kolejkach. Pomieszczenia były dość ciasne a cały czas trzeba było być w ruchu, bo nowi zwiedzający chcieli wejść do środka… Poza tym najciekawszy element pałacu – Harem, był ekstra płatny. Za zwiedzenie tego przybytku (rozpusty) należało zapłacić 15 TL czyli około 30 zł , co jest dość sporym wydatkiem dla studenta. Wiec darowaliśmy sobie tą przyjemność. Swoją drogą muszę przyznać ze cwani są ci Turcy … bo taki Harem to dla takiego Europejczyka nie lada atrakcja. Nie chce mi się opisywać poszczególnych elementów pałacu , jeżeli kogoś interesuje historia zapraszam do odwiedzenia tej strony . Poniżej przedstawiam najciekawsze zdjęcia.

(1) Brama Imperialna

Oddziela pałac od miasta. Została zbudowana za panowania sułtana Mehmeda II Zdobywcy. Jest zwana również Bâb-ı Hümâyûn. Nad bramą znajduje się inskrypcja z 1478 roku. Po bokach bramy znajdują się pomieszczenia dla strażników.

(2) Bogato zdobione sklepienie jednego z pomieszczeń


(3) mozaika zdobiąca ścianę budynku

(kliknąć w zdjęcie aby powiększyć)


Po zwiedzaniu pałacu udaliśmy się na obiad. Spacerując uliczkami w kierunku restauracji, mijaliśmy dziesiątki straganów, na których można było kupić dosłownie wszystko. Od przewodników po Istambule w języku polskim , po podrobione koszulki Hard Rock Cafe, w przeliczeniu  za 30 zł od sztuki… a jak ktoś był  wytrwały w Targowaniu (TURCY TO LUBIĄ!) mógł zbić cenę nawet o połowę . Podobnie jak w pozostałych zakątkach Turcji , które dane mi było odwiedzić, w Istambule również jest wiele bezpańskich psów i kotów. Te które żyły na terenie pałacu miały dość dużo szczęścia, bo turyści dokarmiali je całymi stertami jedzenia. W porównaniu do zwierząt z Gaziantepu mógłbym powiedzieć,że niektóre ze zwierzaków były nawet „otyłe”

(4) mały kotek wypoczywający przed straganem z pamiątkami

(5) kotek na drzewie

Po obiedzie dane nam było zwiedzić chyba najważniejszy zabytek w całej Turcji . Mowa oczywiście o Hagia Sofii , lub jeżeli ktoś woli Turecki to Ayasofy. Ta monumentalna świątynia może mieć nawet 1700 lat . Zwiedzając budynek przez moją głowę przechodziła tylko jedna myśl … Gdy ten kościół był budowany, nasi przodkowie biegali po lasach z patykami i polowali na dziki czy też inne świnie. A ich szczytowym osiągnięciem w budownictwie była chatka z kupy. Hagia Sofia to oszałamiająca konstrukcja , chodź z perspektywy czasu chyba katedra w Mediolanie, bardziej mi się podobała. Ciekawe jest to, że w 1453 roku po zdobyciu Konstantynopola, przekształcono kościół Mądrości Bożej (poprzednia nazwa) na meczet. Zatynkowano wszelkie chrześcijańskie symbole i dobudowano minarety. Dopiero gdy Ataturk doszedł do władzy , przekształcił budowle w muzeum. Turcy raczej niezbyt dbają o zabytki , wiec przeszło 70 lat po tym wydarzeniu wewnątrz świątyni dalej prowadzone są prace remontowe. Bardzo ciekawy jest fakt, że wewnątrz świątyni nie ma schodów , żeby dostać się na wyższy poziom wychodzi się po pochyłej powierzchni. 

(6) Hagia Sofia od zewnątrz #1

(7) wnętrze Hagia Sofii


(8) Mozaika przedstawiająca świętą rodzinę

Powiem szczerze, mam już dość wysłuchiwania muzułmańskich modłów nadawanych przez megafon pięć razy dziennie. Dlatego gdy zobaczyłem ta mozaikę , naprawdę się ucieszyłem. W całej świątyni jest pełno symboli chrześcijańskich które mieszają się z arabskimi znakami.

(9) Krata nad wyjściem z Hagia Sofii

Kolejnym punktem wycieczki był Błękitny meczet lub czasem inaczej nazywany Meczetem Sułtana Ahmeda. Budynek usytuowany vis-a-vis w stosunku do Hagia Sofii.

(10) Błękitny meczet widziany z okna Hagia Sofii

I znowu nie za wiele jest tutaj do opowiadania,  myślę, że fotografie wystarczą aby opisać klimat tego miejsca.

(11)  Błękitny meczet i mauzoleum Sułtana Ahmeda

Dużo zdjęć z tej wycieczki zrobiłem , ale nie wszystkie mogą znaleźć się na blogu,  zaciekawionych tematem odsyłam do mojego konta na Picassie (link).

Co mogę powiedzieć na podsumowanie … Na pewno było warto i polecam odwiedzenie tego niezwykłego miejsca każdemu kto zawita do Turcji… bo jak ktoś powiedział , to wstyd być w Istambule i nie odwiedzić Hagia Sofii…  Z drugiej strony, to miejsce jest tak popularne wśród turystów, i tak  zatłoczone, że momentami odechciewało mi się zwiedzania. Mimo, że byliśmy po sezonie, kolejki po bilety i do wejść ciągnęły się po horyzont. W pewnym momencie nawet stwierdziłem , że wolałbym wsiąść aparat i połazić po wąskich uliczkach Istambułu , zamiast stać w tych durnych kolejkach… ale gdy udało nam się już wejść do środka Hagia Sofii, szybko zmieniłem zdanie…

Wieczorem czekała nas kolejna (niestety już ostatnia) niespodzianka. Organizatorzy zafundowali nam koncert muzyki klasycznej. Na początku byliśmy sceptycznie nastawieni do tego wydarzenia, ale podczas występu, szybko zmieniliśmy zdanie. Akustyka w teatrze była doskonała.  Tylko kilku Tureckich ignorantów smacznie spało podczas występu. Poniżej załączam plan koncertu. Aha, jedna dodatkowa atrakcja … koncert miał miejsce po Azjatyckiej stronie Istambułu, cała konferencja w części Europejskiej. Na druga stronę cieśniny dostaliśmy się naszym ukochanym mostem. Zobaczyć panoramę Istambułu z mostu bosforskiego to naprawdę bezcenne przeżycie!

(12) Sufit Teatru w którym odbywał się koncert

dzień 5 – niedziela

Niedziela była dniem wolnym. Więc zaraz po śniadaniu wybraliśmy się na spacer po mieście. Nareszcie nikt nas nie poganiał  i nikt nam nie mówił gdzie mamy iść. Spokojnie spacerowaliśmy sobie bo krętych , stromych uliczkach Istambułu. Odwiedziliśmy port ( Obserwowaliśmy meduzy pływające w klarownie czystej wodzie Bosforu) i kilka zakamarków, do których przeciętny Europejski turysta normalnie by się nie wybrał. Istambuł jest naprawdę przepięknym i niezwykle ciekawym miejscem. W tym momencie mogę śmiało powiedzieć, że to jedno z piękniejszych miast jakie widziałem w swoim 24-letnim życiu (no może poza Krakowem;p). Myślę, że stwierdzenie, że Istambuł jest  bardziej Europejskie niż sama Europa ma swój sens. Na zakończenie muszę dodać, że udało nam się zgubić wśród labiryntu uliczek. Ale dzięki temu dotarliśmy do naprawdę spektakularnych miejsc (wzgórze z którego było widać most oraz Hagia Sofie). Muszę dodać ,że  odwiedziliśmy Istambuł w naprawdę ciekawym momencie. Całe miasto było pełne flag z podobiznami Ataturka i innymi symbolami narodowymi. Nie wiem ile pieniędzy musiały wydać władze na to przedsięwzięcie ale na pewno dużo. Nie wiem dokładnie , ale wydaje mi się, że wszystkie te przygotowania były związane z Tureckim dniem niepodległości (29.10). Turcy są bardzo wierni swoim wartością, jeżeli ktokolwiek powiedział by coś złego na Ataturka myślę, że mogło by się to skończyć mordobiciem. Youtube był przez długi czas zbanowany ze względu na niezbyt przyjemne treści dotyczące wodza, które znajdowały się w filmikach.

Po południu złapaliśmy taksówkę , która odwiozła nas prosto na lotnisko. W samolocie tak jak poprzednio czekał na nas wyśmienity posiłek. W Gaziantep wylądowaliśmy po 20 i na tym zakończyła się nasza wielka przygoda z Istambułem.

(13) Ulice Istambułu

więcej zdjęć z 4 i 5 dnia konferencji poniżej :

ZDJĘCIĄ –>> kliknij<<–

(7) wnętrze Hagia Sofii