Syria 22 – 29 Listopada 2010 // część 5 (Aleppo)

Ciąg dalszy wpisu Syria 22 – 29 Listopada 2010 // część 4

9. Aleppo (po raz drugi)

… Podróż pociągiem trwała około 5 godzin , więc mieliśmy dużo czasu na rozmowy i inne głupoty. Przez większość drogi, analizowaliśmy różnice pomiędzy alfabetem arabskim i  łacińskim. Przykładowo w tamtejszym alfabecie, w ogóle nie występuję litera „p”. Ale to nie przeszkadza w tłumaczeniu większości nazw zagranicznych produktów, dostępnych na rynku, na język arabski. I tak przykładowo, na Bliskim Wschodzie nie zjemy „Pringelsów” tylko „Brindżliz” zamiast „Pepsi” jest „Bibsi” a lokalne zarobasy nie jeżdżą „Porshe” tylko „Burszhu”.  Mieliśmy naprawdę mnóstwo zabawy, analizując te wszystkie różnice, a potem pisząc nasze imiona i nazwiska po Arabsku. Nie chce się tutaj, wymądrzać na temat języka, którego nie znam, ale z tego co się dowiedziałem, to w Arabskim występuje kilka form liter, w zależności od usytuowania w wyrazie. Więc dana litera może wyglądać inaczej na początku wyrazu , a inaczej na końcu czy środku. To, że zdania czyta się od prawej do lewej , chyba nikomu nie muszę tłumaczyć…

Abstrahując od faktu, że jechaliśmy w wagonie  który wyglądał , jakby w swojej historii miał spotkanie z bandą partyzantów, uzbrojonych w karabiny maszynowe, podczas drogi mieliśmy jeszcze jedną niepokojącą przygodę. (to chyba najwłaściwsze słowo) . Co jakiś czas, środkiem pociągu przechodził pomywacz i przecierał podłogę. Chłopak chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, że jedzie z nami człowiek, który rozumie Arabski. Gdy za którymś z kolei razem, mijał nasze fotele, powiedział pod nosem, coś   niestosownego w stosunku do dziewczyn. Nasz Syryjski kolega usłyszał to, od razu poszedł do menadżera pociągu. Akurat wtedy siedziałem w wagonie restauracyjnym, gdzie rozegrała się cała sytuacja. Menadżer złapał chłopaka, zaczął go bić po twarzy z otwartej ręki, kopać i urządził mu straszną aferę, na końcu której zagroził wylaniem z pracy. Pomywacz przeraził się i zaczął całować naszego kolegę w policzek na przeproszenie.  Siedziałem na tamtym fotelu ze szklanką herbaty w ręku i daje słowo, że nie wiedziałem co powiedzieć. Po całym zdarzeniu, próbowałem wyobrazić sobie taką sytuację w Europie.

Z cyklu ciekawostek konstrukcyjnych mogę dodać, że pociąg zamiast normalnej toalety, wyposażony był w tradycyjną Arabską dziurę w podłodze. Co dla większości z nas było przeszkodą nie do pokonania. Ale może nie będę rozwijać tego tematu…

Do Aleppo dojechaliśmy planowo. Na szczęście z dworca do hotelu nie było jakoś strasznie daleko, więc urządziliśmy sobie spacer. Droga prowadziła przez dobrze rozwiniętą dzielnicę, pełną nowoczesnych budynków, które mieszały się z zabytkowymi kamienicami. Niektóre z nich przypominały francuskie budownictwo, rodem z centrum Paryża, inne surowe art deco, niczym z Nowego Yorku lat 30. Wszystko , ładnie się ze sobą komponowało i pozostawiało dobre wrażenia estetyczne.

Późnym wieczorem wybraliśmy się na kolejną imprezę z Arabskim karaoke i potańcówką … męczarnia !  ale na szczęście wszystko było za darmo .

(1) Ulica w centrum Aleppo

dzień 7

Ostatni dzień w Aleppo w zasadzie w całości spędziliśmy na zakupach. Ale zanim zaczęliśmy wydawać pieniądze, odwiedziliśmy cytadele, która podczas poprzedniej wizyty w mieście była zamknięta. Twierdza jest jedną z największych i najstarszych budowli tego typu na świecie.  Pierwsze wzmianki o cytadeli pochodzą z III wieku p.n.e. Z góry zamkowej rozprzestrzeniał się wspaniały widok. Panorama miasta aż zapierała dech w piersiach. Większość budynków wykonana była z jasnego kamienia, który do granic możliwości podkreślał pustynną atmosferę miasta. Płaskie dachy budynków pokryte były dziesiątkami, pordzewiałych anten satelitarnych.  Gdzieś tam w oddali wyrastały drapacze chmur oraz wszechobecne minarety. W momencie gdy stałem na jednym z punktów widokowych i obserwowałem miasto, zdałem sobie sprawę, jak wielkie jest Aleppo. Wiedziałem, że jest to druga co do wielkości aglomeracja w Syrii (zaraz po Damaszku) ale czegoś takiego się nie spodziewałem. Rozejrzałem się w każdym kierunku i zdałem sobie sprawę , że nie jestem w stanie zauważyć końca zabudowań…

(2) Panorama Aleppo z góry zamkowej

(3) dzieci grające w piłkę w fosie

(4) Palmy pod cytadelą


Na zamku spędziliśmy trochę ponad godzinę, odwiedziliśmy niemalże wszystkie interesujące punkty twierdzy, po czym skierowaliśmy się w stronę bazaru. Jak już wcześniej wspominałem, Souk w większości usytuowany był pod ziemią. Wędrując labiryntem wąskich, długich uliczek mijaliśmy kolejne „działy”. Na tym wielkim bazarze, wszystkie  stragany pogrupowane były według pewnego klucza. Tekstylia osobno, obuwie osobno, mydła i kosmetyki osobno i tak dalej i tak dalej. Wewnątrz Souku panował niewyobrażalny ścisk. Tysiące osób starało się przeciskać, nie raz klaustrofobicznie ciasnymi tunelami, co po pewnym czasie zaczęło się stawać uciążliwe. Zdarzały się momenty, że Arabowie poruszali się po Souku na grzbietach osiołków. Przez kilka godzin kluczyliśmy po uliczkach w poszukiwaniu interesujących nas produktów. Większość z nas kupiła tradycyjne , mydło wykonywane z naturalnych składników oraz kaszmirowe szale i arafatki. Podczas tego niezwykle długiego spaceru. mogłem zaobserwować wiele interesujących rzeczy, tak odległych od tego co możemy spotkać w Europie. Najbardziej interesującym dla mnie fragmentem bazaru (oczywiście pod względem badania różnic kulturowych!) były punkty gdzie sprzedawano mięso. Czasami przed sklepami, powystawiane były stoły na których sprzedawcy eksponowali swoje produkty. Nieraz całe głowy owiec leżały, poukładane na blatach w rządku. Na hakach z mięsem wisiało wszystko, od genitaliów po płuca i serca. Ten widok na długo zostanie w mojej pamięci.

(5) haki z mięsem

„You’ve Seen the Butcher”

Anegdotka 2

W ramach przerwy, mała anegdotka na temat sprzedawców mięsa, usłyszana w Gaziantepie. Pewien Syryjski sprzedawca  (pałający rządzą zysku), sprzedawał mięso świni, wmawiając klientom, że kupują od niego owce. Cała sprawa wyszła na jaw, mężczyznę złapano i za karę obcięto mu dłonie … To  się nazywa dopiero  „pokładanie komuś świni”

(jak nie wiecie, ale interesuje was , gdzie jest pierwsza anegdotka, zapraszam do Wpisu 1 )

(6) Krótka lekcja anatomii na jednej z uliczek w Aleppo

(7) jak wyżej.

Niektóre części Souku były wyjątkowo obskurne. Rynsztokiem płynęły wszelkie nieczystości z całego targu. Reszki mięsa, warzyw, które wymieszane z wodą wydzielały trudny do wytrzymania fetor.

(8) Przyprawy

Wieczorem, w ramach kontrastu do tego co zobaczyliśmy za dnia na bazarze, wybraliśmy się do bardziej rozwiniętej części ormiańskiej. Mieliśmy okazję zobaczyć wiele interesujących kościołów oraz nowoczesnych budynków. Ulice które zobaczyliśmy, były schludne i czyste. Nawet ludzie wyglądali jakoś tak inaczej od tych, których mieliśmy okazję obserwować na co dzień w Turcji. Ta wieczorna przechadzka uświadomiła mi, że Syria tak naprawdę jest krajem dopiero rozwijającym się , pełnym kontrastów ale też posiadającym wiele perspektyw na przyszłość. We wszystkim tym, co się słyszy w mediach, czy opowieściach o tym kraju , oczywiście jest pewno małe ziarenko prawdy,  ale generalnie, wszystkie te opinie są grubo przesadzone.

(9) cała grupa z Yellowmanem , mężczyzną który w swojej garderobie ma tylko żółte rzeczy, dzięki temu stał się atrakcją Aleppo

Po tygodniu podróżowania i tych wszystkich przygód, ostatniego dnia nie mieliśmy nawet siły na imprezę. Zaraz po kolacji wszyscy położyliśmy się do łóżek i momentalnie zasnęliśmy …

10. Epilog (Aleppo – Killis – Gaziantep)

dzień 8

W poniedziałkowy poranek nie zostało nam wiele rzeczy do załatwienia. Niektórzy z naszej grupy wybrali się na ostateczne zakupy, inni na pocztę.  Mimo, że cała wycieczka była niesamowita, po takich ośmiu, niezwykle intensywnych dniach ,cieszyłem się, że wracam do Gaziantepu. Tym razem, nie kombinowaliśmy ze środkiem transportu. Wzięliśmy taksówkę, za którą w przeliczeniu i tak zapłaciliśmy nie wielkie pieniądze. Przejście przez granice odbyło się bez większych problemów. Prawdę mówiąc moglibyśmy przewieść  dosłownie wszystko, bo nikt nas nie kontrolował. Po uiszczeniu obowiązkowej opłaty wyjazdowej (500syp) mogliśmy opuścić terytorium Syrii. Nie będę owijać w bawełnę bo to naprawdę nie ma sensu, powiem tylko tyle, że ten wyjazd był jedną z większych przygód jaką przeżyłem w swoim 24 letnim życiu. I jeżeli ktokolwiek z was, będzie miał okazje odwiedzić Bliski Wschód (nie koniecznie na zorganizowanej wycieczce) to zróbcie to bez wahania !

KONIEC

(…części 5 i ostatniej, w kolejnym wpisie wracamy ponownie na terytorium Turcji)

***WIĘCEJ ZDJĘĆ Z SYRII TUTAJ***

(10) jeszcze jedno zdjęcie twierdzy w Aleppo na „pożegnanie

Syria 22 – 29 Listopada 2010 // część 4 (Damaszek)

Ciąg dalszy wpisu Syria 22 – 29 Listopada 2010 // część 3

8. Damaszek    ( دِمَشق‎  )

Do Damaszku dojechaliśmy późnym wieczorem. Jak już wcześniej wspominałem, sposób jazdy po syryjskich ulicach woła o pomstę do nieba. Niestety, miałem tą nieprzyjemność siedzieć na przednim siedzeniu i widzieć wszystkie manewry jakie wykonywał kierowca.  Połowę (dość długiej) drogi przez centrum miasta, spędziłem z zapartymi nogami o deskę rozdzielczą, modląc się o bezpieczny koniec podróży. Przykładowo na 4 pasmowej drodze, kierowca skręcał w lewo z najbardziej skrajnego, prawego pasa. Takich przypadków było mnóstwo. Wyprzedzanie na przejściu dla pieszych, jest tutaj tak powszechne, jak picie wódki w Polsce.  Gdybym chciał opisać wszystkie ekstremalnie niebezpiecznie sytuacje jakich byłem świadkiem,  podczas tego wyjazdu ,  niewyrobił bym się przed końcem Erazmusa. Jeżeli komuś się wydaje, że Turcy są niebezpiecznymi kierowcami, to zapraszam do Syrii.

W związku z tym, że pieniądze zaczęły nam się kończyć, a Damaszek jest miastem o wiele droższym od Aleppo, zdecydowaliśmy się urozmaicić swoją podróż i spać na dachu jednego z hoteli, w centrum miasta. Zanim położyliśmy się do „łóżek” (tak naprawdę były to materace) wybraliśmy się na obowiązkowe nocne zwiedzanie miasta. Damaszek aż kipiał nocnym życiem. W centrum miasta było pełno pubów i kafejek. Spacerując uliczkami w zasadzie co chwile słyszeliśmy „Hello , Welcome , Where are You from? ” a gdy sprzedawcy/zwykli przechodnie dowiadywali się, że z Polski , starali się do nas mówić w naszym języku. Oczywiście z różnym skutkiem, ale czegoś takiego w Turcji nie uświadczyłem. W zasadzie podczas 8 dniowego pobytu w Syrii tylko raz usłyszeliśmy coś co mogło by uchodzić za niegrzeczne. Pewien mężczyzna zapytał się nas „Stupid people! what are You doing in my stupid country ?”. Z ciekawych sytuacji mogę też przytoczyć, spotkanie Mateusza, ze studentami z Libanu, którzy myśleli że Polska leży w Ameryce… bez komentarza

Podczas tamtego czwartkowego wieczoru zwiedziliśmy wielki Souk  i poszwendaliśmy się bez celu po uliczkach metropolii. Byliśmy bardzo zmęczeni pobudką o 4 nad ranem (w Palmyrze), ale osobiście zdawałem sobie sprawę, że bez odrobinki whiskey nie zasnę pod gołym niebem, choć bym nie wiem jak bardzo był zmęczony. Tym razem dla odmiany kupiliśmy odrobinę droższą (250 syp), ale również bardzo dobrą whiskey z Libanu.  Podczas nocnych rozmów dyskutowaliśmy o stosunkach Syria-Liban i Syria-Turcja. W oczach Raniego Bejrut, był miastem niezwykle drogim i  odrobinę niebezpiecznym. W jego mniemaniu, po uznaniu niepodległości Libanu przez Syrię (wycofaniu wojsk) kraj stał się łatwym celem ataków ze strony Izraela.  I wiele stracił po odseparowaniu się od Syrii…Polecam postudiować współczesną historię tego kraju.

Cytat obecnego prezydenta Syrii, Baszara al-Assada pochodzący z rozmowy z byłym premierem Libanu:

„Lahoud jest mój (…) jeżeli wy i Chirac będziecie chcieli usunąć mnie z Libanu, wtedy zgniotę Liban.”

W nocy nie było jakoś szczególnie zimno (może ze względu na stężenie whiskey w krwiobiegu). Przykryliśmy się grubą warstwą koców, która dobrze izolowała. Leżąc na dachu, tego 5 piętrowego budynku , wpatrywałem się w bezchmurne niebo. Zasnąłem szybciej niż się na początku spodziewałem…

(1) Flagi Syrii oraz Hezbollahu przy jednym ze sklepów w centrum Damaszku

Hezbollah jest uważany przez niektóre państwa za organizację terrorystyczną, przede wszystkim przez Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię, Izrael i Kanadę

(Dzień 5)

„The roof, the roof, the roof is on fire
We don’t need no water, let the motherfucker burn”

Obudziło nas rażące słońce, które nagrzało opatulające nas koce. Nad naszymi głowami stało dwóch syryjskich chłopców, w wieku około 7 – 8 lat . Obaj mieli plastikowe pistolety i udawali, że do nas strzelają. Po kilku minutach przyszła ich matka(?) i kazała im odejść. Ku mojemu zdziwieniu, kobieta nie nosiła chusty, a jej twarz pokrywały tatuaże. Byłem zaspany ale w momencie kiedy to pisze, tydzień po tym wydarzeniu dalej nie wiem czy ta sytuacja mnie śmieszy czy przeraża.

Przetarłem oczy, wyjrzałem przez balustradę i po raz pierwszy, ujrzałem panoramę miasta w całej okazałości (za dnia). Dachy budynków pokrywały pordzewiałe anteny satelitarne. Gdzieś tam na horyzoncie było widać piaszczyste szczyty otaczające pierścieniem Damaszek. Na ulicy panował spory ruch. Większą cześć pojazdów stanowiły żółte taksówki. Chwile poobserwowałem codzienne uliczne życie a potem zabrałem się za przygotowania do kolejnej wyprawy. Piątek dla muzułmanów jest dniem wolnym przeznaczonym dla modlitwę (coś takiego jak katolicka niedziela) więc wiele miejsc w Damaszku było pozamykanych. Z tego względu postanowiliśmy odwiedzić oddaloną o około 60 km od centrum miasta wioskę o nazwie Malula.

9. Ma’loula (Arabski:  معلولا‎,  Aramejski:ܡܥܠܐ )

Malula jest niewielką, licząca 2 tyś osób wioską z której 80% stanowią katolicy. I nie było by w tym nic dziwnego , gdyby nie fakt,  że większość z mieszkańców potrafi rozmawiać w języku Aramejskim. Język ten od dawien dawna uważany jest za wymarły i jest to dokładnie ten sam język którym posługiwał się Jezus. Sama wioska położona jest na stromym zboczu. Niektóre z budynków zostały wykute lub dobudowane do skał, co może nasuwać pewne (słuszne) skojarzenia z Kapadocją. Malula nie oszałamia pod względem wizualnym, co prawda w wiosce znajdują się dwa (lub więcej) zabytkowych kościołów, ale nie zrobiły one na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Powiem więcej , jeden z nich był nawet lekko kiczowaty. Ale to nie jest ważne, sam fakt przebywania w miejscu w którym ludzie posługują się dawno wymarłym językiem był fascynujący. Co więcej usłyszeliśmy „Ojcze Nasz” po Aramejsku, co uwierzcie mi , po 2 miesiącach przebywania w muzułmańskim kraju, gdzie  5 razy dziennie nawołują na modlitwę z megafonów,  też jest nie lada przeżyciem ! Aha, na koniec jeden Polski akcent. w Kościele znajdują się dwie ikony podarowane przez generała Andersa, który przed wyruszeniem na szlak bojowy spędził w Maluli dwa miesiące.

(2) „Restourant”

(3) Staruszek z osiołkiem

10. Damaszek po raz drugi

Do stolicy Syrii dotarliśmy późnym popołudniem, i zaraz po przyjeździe wybraliśmy się na nocne zwiedzanie . Ponownie przespacerowaliśmy się gigantycznym Soukiem. W Damaszku bazar to długa ulica, zadaszona sklepieniem w kształcie przeciętej na pół rury, przy montowanej do dachów kamienic.  Minęliśmy najsłynniejszą w Syrii lodziarnie, gdzie w drodze powrotnej kupiliśmy wyrabiane z koziego mleka przysmaki. Widzieliśmy też koncert muzyki Syryjskiej z cyklu „music on the road”, zaaranżowanej w naprawdę fajny sposób, ze skrzypeczkami i innymi ciekawymi ludowymi instrumentami. Kilka godzin szwendaliśmy się po tym, liczącym przeszło 4tys lat mieście. Obserwowaliśmy budynki z różnych okresów i epok. Chyba największym odkryciem  jakiego dokonaliśmy tego wieczora, była blaszana tablica z flagą Izraela, przymocowana do bruku jednej z ulic w centrum miasta. Biorąc pod uwagę , że muzułmanie przed wejściem do domu ściągają buty, a nie zrobienie tego jest naprawdę wielką obraza, można sobie tylko wyobrazić jakie uczucia żywią do Izraela. Dla nas to był naprawdę dość duży szok…

(4) drugi wielki szok kulturowy – grupa Syryjczyków depcząca flagę Izraela


Przed snem oczywiście obowiązkowa Whiskey (na lepszy sen oczywiście), gra w karty (zgadnijcie w jaką grę? – pytanie kierowane do kolegów z ms agh)  i rozmowy na wszelkie tematy…

Dzień 6

Ostatni dzień pobytu w Damaszku, w całości poświęciliśmy na zwiedzanie. Zobaczyliśmy obowiązkowe punkty programu : Meczet Umajjadów w Damaszku, w którym przechowywane są relikwia świętego Jana Chrzciciela, fortyfikacje miasta, oraz wiele innych miejsc , których nazw niestety nie pamiętam. Co zauważyłem…w centrum było  bardzo dużo zabytkowych samochodów sprzed kilku dekad.

(5) Meczet Umajjadów ( جامع بني أمية الكبير )

Wielki Meczet Umajjadów z 705 r. – najstarsza budowla w mieście, najważniejsza świątynia w Syrii i czwarta co do ważności w świecie muzułmańskim; została przebudowana z bazyliki Św. Jana Chrzciciela. Do tej pory przechowywane są tam relikwie św. Jana Chrzciciela (czczonego przez muzułmanów jako jednego z proroków). Wyróżnia się trzynawowym korpusem głównym, na którym zachowały się resztki mozaiki z VIII w. Posiada rozległy dziedziniec otoczony arkadami i trzy minarety. Meczet, do którego wszedł Jan Paweł II, pierwszy papież, który odwiedził sanktuarium muzułmańskie.

(6) Auta w Damaszku #1

(7) Auta w Damaszku #2

Zaraz przed zachodem słońca, udaliśmy się na dworzec kolejowy w Damaszku. Cena biletu była śmiesznie mała – 160 Syp (~10zł) za 300 km. Pociąg był już podstawiony. Oczywiście musieliśmy przejść obowiązkową kontrolę z wykrywaczem metalu i mogliśmy jechać. Ku naszemu zdziwieniu, cały wagon był w dziwnych otworach, które do złudzenia przypominały dziury po kulach. Oczywiście po wejściu do pociągu padło pytanie, co się właściwie stało, ale żadnej konkretnej odpowiedzi nie uzyskaliśmy.  Usiedliśmy w wygodnych fotelach i pojechaliśmy w stronę zachodzącego słońca

… ostatni wpis o Aleppo, niedługo

Syria 22 – 29 Listopada 2010 // część 3 (PALMYRA)

Ciąg dalszy wpisu Syria 22 – 29 Listopada 2010 // część 2

8. Palmyra (تدمر ‎)

starożytne miasto w środkowej Syrii, założone w oazie w północnej części Pustyni Syryjskiej u podnóża masywu Dżabal Abu Rudżmajn, ok. 215 km na północny wschód od Damaszku

Do Palmyry dojechaliśmy późnym wieczorem. Mimo zmęczenia poszliśmy na kolacje do namiotu beduinów. Tam zaserwowano nam ugotowaną (w całości) nogę kozy z ryżem – tradycyjne jedzenie beduinów. Mięso aż ociekało tłuszczem i nie wyglądało zbyt estetycznie, ale spróbowaliśmy, w końcu nie takie rzeczy jadło się w Turcji… mimo, że normalnie ten posiłek jada się rękoma, my jednak posłużyliśmy się sztucami… co za dużo hardkoru to nie zdrowo. Następnie wypaliliśmy Nargile (fajkę wodną), po której przebierano nas w tradycyjne szaty ludzi pustyni. Później jeszcze mała imprezka taneczna w rytmach bębnów i beduińskich pieśni, było miło , ale naprawdę to tylko turystyczny standardzik i szkoda mojego czasu na opisywanie tego wieczoru, więc od razu przejdę do sedna sprawy.

(Mensaf to specjalność beduinów – całe jagnię, razem z głową, podawane na gotowanym ryżu wymieszanym z orzechami ziemnymi.)

(1) Bogusia w tradycyjnym stroju (~100 wielbłądów)

(dzień 4 )

Czwartego dnia podróży po Syrii, wstaliśmy trochę po 4 nad ranem, zaraz przed wschodem słońca. Ubieraliśmy się wyjątkowo ciepło. Na sobie miałem polar i bluzę , ale jak się później okazało , na lodowaty pustynny wiatr to i tak za mało. Celem naszej wycieczki miał być szczyt (pagórek) usytuowany jakieś 2 km od miejsca w którym spaliśmy. Po kilku minutach marszu przez miasto weszliśmy na plac wykopalisk. Jest to jeden z największych na świece tego typu obiektów (ponad 50 ha!). Szliśmy w zasadzie po omacku, na horyzoncie nie było widać najmniejszego promienia słońca. Po mojej lewej stronie widziałem zarysy setek kolumn.  Było przeraźliwie zimno, twarz miałem schowaną pod kapturem bluzy i kołnierzem polara. W myślach miałem otwierającą scenę z egzorcysty na której grupa ludzi znajduję przeklęta figurkę. To takie głupie nakręcanie się , ale idąc aleją miasta sprzed kilku tysięcy lat ,w promieniach księżyca ,udzielił mi się ten klimat. Więc co chwile w myślach powtarzałem : „niczego nie podnoś, niczego nie podnoś”… Wśród zabytkowych budowli biegały wygłodniałe pustynne psy, jedynym sposobem, żeby odpędzić zwierzęta, było rzucenie kamieniem w ich kierunku. I tak też robiliśmy. Po kilkunastu minutach marszu, w końcu udało nam się wdrapać na niewielki pagórek z którego było widać panoramę całej Palmiry. Usiedliśmy na piaskowym wzgórzu czekając na pierwsze promienie słońca. Wiał wyjątkowo mroźny wiatr, który po kilku minutach zaczął sprawiać nam ból. Jakieś 20 metrów poniżej nas , znajdowała się kamienna pieczara. Zbiegliśmy po zboczu by schować się w jamie, okazało się, że tak naprawdę jaskinia była grobowcem. Po obu stronach znajdowały się kamienne sarkofagi, pokryte delikatną warstwą piasku i pyłu. Przeczekaliśmy kilkanaście minut, do momentu jak na horyzoncie zaczęła pojawiać się tarcza słońca. Po chwili ujrzeliśmy Palmyrę w całej okazałości. Był to jeden z najbardziej porażających widoków jakie w życiu widziałem. I tylko mogłem wyobrażać sobie jak musiało wyglądać to miast w czasach swojej największej świetności.  Serce biło mi szybciej i przez moment poczułem się, jak bym to ja odkrył te starożytne ruiny. Po mojej prawej stronie znajdowała się dolina grobowców, gdzie w wysokich wieżach, wybudowanych na planie kwadratu spoczywali dawni władcy. Po lewej na  wzgórzu stał zamek o dumnej nazwie Fakhr-al-Din al-Maani wybudowany w XIII wieku już za panowania Arabów. Na wprost przede mną rozprzestrzeniał się las kolumn, pośród których wyrastały ruiny monumentalnych budowli.  Był to oszałamiający widok , którego pewnie nie zapomnę przez długie lata , ale mroźny wiatr dawał się we znaki więc postanowiliśmy kierować się w kierunku hotelu. Podczas drogi powrotnej mijaliśmy namioty archeologów. Ciekawostką może być to , że również Polacy prowadzą badania na terenie Palmyry.

Od razu po powrocie do hotelu zasnąłem kamiennym snem i obudziłem się dopiero koło 10 rano. Po przebudzeniu miałem możliwość przekonania się, co to znaczy duże amplitudy temperatury na pustyni. Po lodowatym poranku czekał nas naprawdę ciepły dzień. Co później odcisnęło piętno na naszym zdrowiu, i nawet najlepsze Syryjskie lekarstwo w postaci whiskey za 9 zł nie pomogło. Tego dnia zobaczyliśmy naprawdę wiele… Podczas zwiedzania  zrobiłem mnóstwo zdjęć z których zaprezentuje tutaj, zaledwie malutką część.  Do najciekawszych punktów Palmyry bez wątpienia należy świątynia Baala. Tak, tak… to właśnie tego skur***la tłukł co drugi nastolatek w Diablo II.  Baal był jednym z potężnych, prastarych bóstw Mitologii Ugaryckiej (najstarsza spisana mitologia w języku Semickim). Nie będę tutaj streszczał tych opowieści ale generalnie chodzi o to że Baal zdetronizował Ela (Wszech Bog, stworzyciela świata) i objął po nim panowanie nad światem. Poniżej dwa cytaty które znalazłem w internecie i które oddają klimat tego miejsca (przynajmniej tak mi się wydaje).

Seleukidzi popierali kult Baala w Syrii oddając mu szczególną cześć. Przymuszanie Żydów do jego kultu stawało się powodem powstań żydowskich. Wielokrotnie w Biblii potępia się kult Baala, jeszcze przed czasami machabejskimi.”

„Świątynia Baala Shamina (w Palmyrze), boga deszczu  Wejście do świątyni prowadzi obok ruin wielkiego portyku. W centralnej części świątyni znajdują się pozostałości ołtarza ofiarnego i rytualnego basenu służącego ablucjom kapłana przed złożeniem ofiar ze zwierząt.”

W ramach podsumowania dodam, że szukając informacji w internecie na temat Palmiry miałem ciarki na plecach… Jak teraz o tym myślę to całe to miejsce, ma tak mroczną i plugawą przeszłość, że w pierwszej kolejności nasuwają mi się skojarzenia z opowiadaniami Lovecrafta

(2) wschód słońca #1

(3) wschód słońca #2

(4) wschód słońca #3

(5) Zamek Fakhr-al-Din al-Maani w promieniach wschodzącego słońca #1

(6) brama wjazdowa na teren wykopalisk

(7) głowica kolumny romańskiej zasypana w piaskach

(8) aleja z kolumn na drugim planie Tetrapylon

(9) motor – główny środek transportu, tutejszych kupców

„Na południowy zachód od miasta, w  Dolinie Grobów, znajduje się szereg nietypowych budowli. Są to wolno stojące, kamienne wieże  o kwadratowej podstawie, z I i pocz. II w.

Gdy Arabowie podbili Palmyrę, zaczęło się wielkie grabienie grobowców. Hieny cmentarne, gdy nie mogły ściągnąć biżuterii, odcinały palce i głowy ludziom którzy byli pochowani w dolinie.

(10) Dolina grobowców #1

(11) Dziecko sprzedające pamiątki

(polecam oglądać na pełnym ekranie – w tym celu kliknąć w zdjęcie)

(12) Kobieta z dzieckiem #1

(13) kobieta z dzieckiem #1

(14)  Widok z ostatniego poziomu grobowca

(15) kierunkowskaz na kolejne grobowce

(16) Bohun a na drugim planie świątynia Baala

(powtórzone)

(17) Wejście do Palmyry

Bezpośrednie wejście do miasta prowadzi przez zrekonstruowany, monumentalny łuk. Połączony był on ze świątynią rzędem kolumn, zachowanych obecnie tylko we fragmentach. Jego przedłużenie stanowi kolumnada w kierunku północno-zachodnim, wyznaczająca główną ulicę miasta.

(18) Tetrapylon

Tetrapylon, w architekturze rzymskiej monumentalna brama o 4 wejściach. Niekiedy zwieńczona posągiem z brązu. Tetrapylon ustawiano w miastach na skrzyżowaniu głównych arterii lub na forum. Do najbardziej znanych tetrapylony należą: Janus Quadrifons z IV w. na rzymskim Forum Boarium i tetrapylon z Palmyry (Syria) zwany Wielkim Tetrapylonem.

(19) kolejny widok na Palmyrę

(polecam oglądać na pełnym ekranie – w tym celu kliknąć w zdjęcie)

(20) motocykliści na drodze prowadzącej do Damaszku

(21)… Jestem królem świata

(22) Postój gdzieś na trasie Palmyra – Damaszek

(23) To co … może by tak wspiąć się na Mount Everest Hardkoru i pojechać do Iraku ?

(w końcu mam dwa bardzo poważne zaproszenia …)

(24) Kierunek : DAMASZEK

Naszym kolejnym celem podróży był Damaszek. W promieniach zachodzącego słońca przemierzaliśmy pustynię. co kilkanaście kilometrów mijaliśmy kolejne przydrożne bary i stacje benzynowe. Cena paliwa w Syrii jest niewyobrażalnie niska. Za litr benzyny trzeba zapłacić trochę ponad złotówkę, a Syryjczycy i tak narzekają, że to drogo i kiedyś było dużo taniej. Zapomniałem o tym wcześniej wspomnieć, ale Syria podzielona jest na „stany” (takie nasze województwa), gdy poprzedniego dnia w drodze do Krak de chevaliers, mijaliśmy granice takiego stanu, zatrzymała nas kontrola. Mężczyzna z kałasznikowem na plecach i w arafatce na głowie podbiegł do naszego pojazdu i kazał się wylegitymować kierowcy. Na początku byłem w lekkim szoku i wydawało mi się, że to jakiś obłąkany partyzant chce nas zaatakować, ale na szczęście to  była tylko, rutynowa kontrola drogowa w zachodniej Syrii. Na trasie Palmyra – Damaszek nie mieliśmy takich przygód. Zmęczeni całym dniem zwiedzania , przy dźwiękach muzyki, obserwowaliśmy jak słonce powolnie chowa się za horyzont, a jasne piaski pustyni spowija mrok. Za naszymi plecami zostawiliśmy Palmyrę i podążyliśmy w kierunku kolejnej przygody… tym razem nazywała się : DAMASZEK

Syria 22 – 29 Listopada 2010 // część 2

Ciąg dalszy wpisu Syria 22 – 29 Listopada 2010 // część 1

4. Bazylika świętego Szymona słupnika قلعة سمعان

Do oddalonych o około 60 km od Aleppo ruin bazyliki św. Szymona, dojechaliśmy wynajętym busikiem. Początkowo, powolnym tempem, poruszaliśmy się  zatłoczonymi ulicami tego 2 milionowego miasta. Mimo, że jezdnia miejscami miała nawet po 6 pasów ruchu, wcale jakoś bardzo nie przyśpieszało to podróży. Po kilkudziesięciu minutach, w końcu udało nam się wydostać z tej ogromnej metropolii. Na tablicy pożegnalnej oczywiście widniała podobizna tutejszego prezydenta. Podobnie jak w Turcji, Syryjczycy otaczają swojego wodza jakimś przedziwnym kultem jednostki, niezrozumiałym dla normalnego Europejczyka. Podobizny Baszara al-Asada widniały praktycznie w każdym punkcie miasta, od bilbordów po naklejki na (przednich i tylnych) szybach prywatnych samochodów. Jak się później dowiedzieliśmy prezydent z wykształcenia był lekarzem (okulistą) i 10 lat temu objął władze po swoim ojcu- uprzednim dyktatorze. Opinie o prezydencie wśród Syryjczyków były bardzo pochlebne i trudno się im dziwić, bo kraj naprawdę prężnie się rozwija. W internecie można znaleźć pewne informację, że Baszar sympatyzował z Husajnem, (może dlatego Syria nie zawszę cieszy się dobrą opinią w mediach), ale nie będę wnikać w historię polityki bliskiego wschodu,  jeżeli kogoś interesują te sprawy odsyłam do Googli.

Do bazyliki dotarliśmy na godzinę przed zachodem słońca. Ale zanim zacznę opisywać co tam zobaczyliśmy, mała przestroga dla  kolejnych studentów którzy zamierzają odwiedzić Syrię. Tylko karty  ISIC są respektowane, jeżeli chodzi o zniżki. Posiadacze Euro 26 albo innych legitymacji studenckich, muszą płacić 10 albo 15 raza więcej ! Przykładowo normalny bilet wejścia do bazyliki kosztował 150 syp, z kartą Isic 10 syp (około 60 gr). Zwiedzanie Syrii z wyżej wymienioną kartą to czysta przyjemność, można zobaczyć wszystko co się chce za naprawdę śmieszne pieniądze.

Ale wracając do tematu. Szymon (Słupnik) urodził się w IV wieku n.e. Nie za bardzo podobało mu się, życie normalnego pastucha (albo bardziej prawdopodobnie, był po prostu masochista i szaleńcem). Porzucił normalne życie, zaczął obwiązywać się rzemieniami i zamieszkał na platformie usytuowanej na kilkumetrowym słupie. Lokalna ludność przynosiła mu jedzenie , a on wygłaszał płomienne kazania.  Co by o nim nie powiedzieć , bazylika którą wybudowano w miejscu w którym stał pal, na którym mieszkał , robiła naprawdę piorunujące wrażenie. W szczególności, że mieliśmy możliwość oglądania jej w promieniach zachodzącego słońca. Ale koniec gadania , zdjęcia powinny oddać klimat tego niezwykłego miejsca.

(1) Bazylika Świętego Szymona Słupnika

(po środku resztki pala na którym mieściła się platforma Świętego)

(2) ruiny od środka

(3) pozostałości po bazylice

5. powrót do Aleppo i pierwszy wielki szok kulturowy

Wracając w kierunku Aleppo kierowca autobusu zaprosił nas na poczęstunek, do domu swojej siostry. Muszę przyznać , że właśnie to wydarzenie, było największym szokiem kulturowym jakiego doznałem w Syrii. Wszyscy zostaliśmy zaproszeni do dużego pustego pokoju, w którym nie było nic poza łóżkiem i tabliczką z wyznaniem wiary do Allaha. Cała grupa usiadła na podłodze (dywanie) w kole. Gospodyni przyniosła ogromną tacę pełną domowych wypieków i słodyczy.  Po domu biegała dwójka dzieciaków. Po chwili rozmowy dowiedzieliśmy się, że ich matką jest 15 letnia dziewczynka. W Syrii nie ma problemu, żeby nastolatki a nawet dzieci , rodziły dzieci. Rani opowiada nam o swoim znajomym który ma dwie żony i 20 potomstwa. Co więcej bardzo by chciał mieć więcej kobiet, ale w  Koranie jest zapisane, że jeżeli chcesz mieć 4 żony, każda z nich musi żyć w dostatku. Mężczyzny nie było stać na takie przyjemności jak 2 dodatkowe partnerki… Dla niektórych wielodzietność to sposób na zarobek. Bo duże potomstwo to duże wpływy (pieniężne) na starość. Rozmowa ciągneła się dalej. Dyskutowaliśmy z Ranim ,o życiu w małych wioskach i na obrzeżach kraju. W Kurdyjskich, ortodoksyjnych społecznościach bardzo często ludzie dopuszczają się kazirodztwa, żeby utrzymać czystość krwi. Z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że po ulicach chodziło wiele upośledzonych osób z widocznymi schodzeniami i przeróżnymi chrobami. Gdy słuchałem tych opowieści, byłem naprawdę przerażonym w jaki sposób wygląda życie w tych małych Syryjskich miasteczka… Jest to naprawdę wstrząsające przeżycie jak się zobaczy i poczuje klimat tych miejsc, tak odległych od Europejskich standardów!

Po kilkudziesięciu minutach, podziękowaliśmy za posiłek i ruszyliśmy w dalszą drogę. Po przyjeździe do Aleppo, wszyscy zaczeliśmy mieć straszne problemy z żołądkiem. Okazało się, że domowe wypieki na Syryjskiej wsi, nie zawsze robione są ze świeżej wody i czystych składników. Jedyny sposób na wyleczenie tych dolegliwości to odkażenie żołądka , oczywiście przy pomocy Syryjskiej whiskey. Tamtego dnia również udaliśmy się na imprezę do przyjaciela Raniego. Po drodze do jego hotelu, mijaliśmy kilka kościołów.  Podczas wieczornej rozmowy, dowiedzieliśmy się, że za równo w Aleppo jak i Damaszku, mieszka wielu Katolików, Żydów, Ormian i wiele innych grup etnicznych. W przeciwieństwie do Gaziantepu czy innych miast w Turcji, które odwiedziłem (z wyjątkiem Stambułu),  naprawdę widać tą różnorodność!   Samo Aleppo dzieli się na kilka części, stare miasto ,w którym naprawdę panuje hardkor ,ogólny syf (kiła i mogiła) oraz przeraźliwy smród.  Oraz kilka nowoczesnych, bardzo rozwiniętych dzielnic. Podobno w Aleppo jest nawet gejowska dzielnica , jedna z większych w tej części świata.

Imprezy nie będę opisywać bo nie ma to większego sensu i od razu przejdę do dnia następnego.

6. Serjilla ( سيرجيلة‎) oraz droga przez zachodnią Syrię (dzień 3)

Środowy poranek był wyjątkowo ciężki dla większości z nas, a czekała nas naprawdę długa podróż. Na przeraźliwym kacu trzeba było wstać, spakować się i wynieść z hotelu. Wszystkie większe plecaki zamontowaliśmy na dachu busika. Kierowca grubymi pasami przymocował je  do stelaża (zdjęcie obok). Zdezelowany pojazd kojarzył mi się trochę klimatem z latami siedemdziesiątymi.  na suficie zamontowane były światełka w wielu kolorach, które nadawały wnętrzu naprawdę dziwaczny klimat. Sam samochód musiał mieć niesamowita historię. wiele części pochodziła z zupełnie innych modeli (w większości azjatyckich!) Wszystko przeraźliwie skrzypiało a momentami pojazd wydawał dźwięki, jak by miał się zaraz rozsypać. Ale uwierzcie mi, nie zamienił bym go na żaden inny środek transportu. Naszym pierwszym przystankiem w drodze do krzyżackiego zamku Krak Des Chevaliers  było „martwe miasto” Serijlla oddalone o około 80 km od Aleppo. Około roku 500 n.e.  zostało wybudowane przez chrześcijańską ludność, która głownie zajmowała się uprawą oliwek oraz winogron. 200 lat później region został podbity przez Arabów, a miasto wymarło. Uwierzcie mi , miałem tak przeraźliwego kaca , że odgłos migawki przy robieniu zdjęć sprawiał mi ból, wiec fajerwerków na zdjęciach nie będzie ..

(4) Jedna z willi w martwym mieście

Nie wiele czasu spędziliśmy w martwym mieście, musieliśmy się śpieszyć, żeby przed zachodem słońca dostać się pod granicę z Libanem. Tam właśnie znajdował się kolejny punkt naszej podróży, czyli krzyżacki zamek. Przejazd przez dziesiątki niewielkich Syryjskich wiosek był dla mnie widokiem za równo ciekawym jak i szokującym. Mijaliśmy tereny militarne ogrodzone wysokimi płotami i drutem kolczastym,  gigantyczne fabryki które co jakiś czas wyrastały w centrach zapyziałych wiosek. Teren powoli zmieniał się z pustynnych płaszczyzn w wysokie góry.

(5) Poganiacz kóz

(8) przydrożne zabudowania

(9) przydomowa obora

7. Krak des Chevaliers (قلعة الحصن‎) i góry Dżabal an-Nusajrijja

Trasa do zamku wiodła przez masyw gór Dżabal an-Nusjrijja.  Droga wiła się jak szalona, od lewej do prawej, z góry do dołu, nasz rozklekotany busik czasami miewał problemy, o czym przekonywał nas, wydając ze swojego wnętrza przeróżne odgłosy.  Momentami, gdzieś tam w oddali widać było lazur morza śródziemnego i terytorium Libanu.  Niektórzy źle znosili jazdę, ale na szczęście, po kilku godzinach w końcu dotarliśmy do podnóża góry zamkowej. Ogromna gotycka budowla górowała nad ospałą wioską. Zamek został wybudowany przez Arabów około roku 1030.  70 lat później krzyżowcy podczas I krucjaty odbili twierdzę. Następnie warownia przechodziła z rąk do rąk, aż do roku 1291, wtedy to krzyżowcy opuścili Bliski Wschód, porzucając za sobą Krak des Chevaliers. Od tego czasu do roku 1934 był zamieszkiwany przez miejscową ludność. Dopiero w latach 30 Francuzi zajęli się renowacją tego jednego z najważniejszych zamków krzyżackich świata

(10) Krak des Chevalier w całej okazałości

(11) Wnętrze gotyckiej twierdzy

Na zamku w zasadzie spędziliśmy czas do zmroku. Na kolacje, w ramach oszczędności, zjedliśmy falafela w bułce, czyli najpopularniejszą arabską wegetariańską potrawę. Po chwili odpoczynku, trzeba się było spakować i wyruszyć w dalszą drogę. Tym razem celem naszej podróży była środkowa część Syrii, a mianowicie legendarna, biblijna Plamyra. Tym razem usiadłem z kierowcą, na przednim siedzeniu . Po kilku godzinach dojechaliśmy do pustyni. Słabe światło księżyca, delikatnie oświetlało teren. Co jakiś czas przez drogę przebiegały szczury i inne trudne do zidentyfikowania pustynne zwierzęta. Przez bardzo długi czas jechaliśmy prostymi odcinkami bez żadnych zakrętów czy wzniesień. W końcu po kilku godzinach jazdy pojawiła się cytadela górująca nad setkami kolumn Palmiry…

 

Wa najwyższych punktach, momentami, gdzieś tam w oddali widać było lazur morza śródziemnego.

Syria 22 – 29 Listopada 2010 // część 1

Bohun conquers Turkey presents:

B o h u n    c o n q u e r s    S y r i a

Gdy pomyślę sobie o tym, że dla przeciętnego Polaka w moim wieku, przygodą życia jest wyjazd na zorganizowaną wycieczkę do Grecji lub Hiszpanii i jazda na „bananie” czy nartach wodnych przyczepionych za motorówką, uświadamiam sobie jakim szczęściarzem jestem! Każdy poszczególny dzień spędzony w Syrii, mógł by być dla mnie wspomnieniem na całe życie, a byłem tam ponad tydzień. Zapraszam do przeczytania relacji z tej niesamowitej wycieczki, bo działo się naprawdę dużo: od spania na dachu hotelu w Damaszku po podróż przez pustynie w hipisowskim autobusie. A o whiskey za 9 zł i Lucy Strike’ach za 3 zł  już nie wspomnę… Zapraszam do czytania i komentowania.

1. Prolog : Gaziantep – Killis – Aleppo

Z wyjazdem do Syrii, tak naprawdę nic nie było pewne na 100%. Nasi znajomi z Erasmusa, studiujący w całej Turcji, którzy próbowali przekroczyć granicę podczas Bajramu, wracali do domów (akademików) z pieczątką odmawiająca wjazdu. Straż graniczna nie wydawała wiz praktycznie nikomu, nie zależnie od pochodzenia czy wieku. Wydawało nam się, że mogło to być spowodowane wyżej wymienionym muzułmańskim świętem,  które odbywało się zaraz przed naszym wyjazdem. (mylnie sądziliśmy, że po zakończeniu święta ofiarowania, wszystko wróci do normy i wizy na nowo będą wydawane). Koleżanki z Samsun, z którymi mieliśmy przyjemność, podróżować po Syrii, przez ostatnie 2 tygodnie, próbowały przekroczyć granice kilka razy, dopiero za trzecim się udało!

W poniedziałek rano, wszyscy razem (4 Erazmusów z Samsun + 6 z Gaziantep), udaliśmy się do Syryjskiej ambasady w Gazinatepie. Wydawało nam się, że bez problemu dostaniemy turystyczną wizę, więc wraz ze sobą zabraliśmy wszystkie bagaże. Niestety na miejscu okazało się, że przekroczenie granicy nie będzie, aż takie proste. Urzędnik powiedział nam, że musimy mieć dokumenty z uniwersytetu , a dziewczyny z Samsun dodatkowo papiery z Polskiej ambasady w Ankarze. Wtedy, może, za kilka dni dostaniemy upragniony papier. Ja osobiście byłem załamany i ze spuszczoną głową, chciałem wracać na kampus po wymagane pisma. Jednak Dziewczyny z Samsun nie chciały poddać się tak łatwo…  Po krótkiej rozmowie, zdecydowaliśmy się , zaryzykować i pojechać „w ciemno”, na przejście graniczne w Killis- miasta oddalonego o około 60 km od Gaziantep i tam, jakimś cudem zdobyć wizę turystyczną. W między czasie Monika , jedna z koleżanek z Samsun, postanowiła uruchomić wszelkie możliwe znajomości, żeby zwiększyć szanse na przekroczenie granicy jeszcze tamtego dnia. Pewien Syryjczyk, którego poznała przez internet (couch surfing), pracownik biura turystycznego mógł załatwić nam wizę grupową.  Gdy w końcu dostaliśmy się na dworzec  (w godzinach szczytu , przedostanie się przez zakorkowane Gaziantep, wcale nie jest takie łatwe!) Monice udało się załatwić z mężczyzną, że ten podjedzie po nas na Syryjską granicę i tam spróbuje zdobyć wizę… Jednak w pierwszej kolejności musieliśmy przefaksować ksera paszportów , co też okazało się nie lada wyzwaniem. Po kilkunastu minutach  wszystko zaczęło układać się w dobrym kierunku. Jednak nauczeni doświadczeniami, dziewczyn oraz innych Erazmusów, wiedzieliśmy, że tak naprawdę nic nie jest pewne i dopóki nie staniemy na Syryjskiej ziemi (piasku) nie mamy z czego się cieszyć…

Busikiem dojechaliśmy do Killis i tu zaczęły się pierwsze problemy. Musieliśmy wziąć taksówkę żeby przedostać się  przez pas ziemi niczyjej, który ciągnął się pomiędzy terytoriami obu państw. Na miejscu stało kilka samochodów,  jednak cena jaką podyktowali za kurs z Killis do Syryjskiego przejścia granicznego była porażająca. Na niedomiar złego Syryjczyk, kazał nam się pośpieszyć bo już czekał na przejściu. Nie było czasu na targowanie, ani na łapanie stopa. Zgodziliśmy się na złodziejskie warunki taksówkarzy i pojechaliśmy w stronę granicy…

Przez Tureckie przejście udało nam się przedostać dość gładko, mimo, że musieliśmy pokonać chyba z 3 kontrolę. Cały czas desperacko pilnowaliśmy paszportów, bo dokument z logo EU, jest nie lada kąskiem dla tutejszych złodziei. Sztuczny uśmiech nie schodził nam z twarzy i cały czas modliliśmy się, żeby tylko celnicy nie wyskoczyli z jakimś problemem, który uniemożliwił by nam przejście na Syryjską stronę. (takim powodem mogła być na przykład dwukrotna odmowa wjazdu na terytorium Syrii dla naszych koleżanek z Samsun). Jednak wszystko poszło gładko. Przejechaliśmy, mniej więcej kilometrowy odcinek ziemi niczyjej . Dookoła wąskiej drogi ciągnęły się zasieki z drutów kolczastych, wieżyczki strażnicze i złowieszczo wyglądające tabliczki ostrzegające przed polem minowym.

Przy wejściu do budynku w którym odbywała się kontrola paszportowa spotkaliśmy Raniego, tajemniczego Syryjczyka z którym rozmawiała Monika. Był to nie wysoki człowiek, w dobrze skrojonym garniturze mówiący z lekkim Australijskim akcentem. Mężczyzna przyjechał ze swoim szefem i razem, jakimś cudem udało im się załatwić papiery, pozwalające nam wjechać na terytorium Syrii. Jak się później dowiedzieliśmy, to nie Bajram był przyczyną problemów, a nowy szef działu wydawania wiz w Damaszku… jednak nam się udało dostać upragnione pozwolenie na wjazd. Wszystko zaczęło iść niewyobrażalnie gładko. I przyznam, że przez prawie cały czas obawiałem się, że w pewnym momencie założą nam kaptury na głowę , mnie z Mateuszem potną na organy a dziewczyny trafią do burdeli… Jednak teraz , kiedy siedzę w akademiku i pisze te słowa mogę powiedzieć jedno: mieliśmy niewyobrażalnie szczęście, że spotkaliśmy Raniego. Między innymi, dzięki niemu ten wyjazd był tak genialny ! Po dokonaniu wszystkich formalności, dowidzieliśmy się, że mamy wizę grupową i wszystko jest okej, ale nie możemy opuścić Syrii w terminie innym niż 29 listopada. Niby wszystko fajnie, jednak ta wiadomość pokrzyżowała nasze finansowe plany, bo początkowo mieliśmy jechać do Syrii na 5-6 dni … i też na taki okres czasu przygotowaliśmy się finansowo.

2. pierwsza noc w Aleppo حلب

„show me the way to the next whiskey bar”


Do Aleppo dostaliśmy się późnym wieczorem.  Rani zaprowadził nas do hotelu i zaproponował kolacje. Oczywiście zgodziliśmy się bez wahania. W restauracji przeżyliśmy pierwszy szok cenowy. Za pełen obiad z  całym stołem przystawek, napojami zapłaciliśmy nie całe 25 złotych. Z bogatej karty dań mogliśmy wybrać takie przysmaki jak baranie jądra lub mózg… ja osobiście nie zagalopowałem się, aż tak daleko i zdecydowałem się na kabab w sosie wiśniowym … przepyszny. Podczas kolacji rozmawialiśmy z Ranim na temat naszego wyjazdu. Zaproponował, że za darmo będzie naszym przewodnikiem po Syrii, i pomoże ze wszystkim.  Podczas dyskusji dowiedzieliśmy się, że nasz nowy znajomy jest moim rówieśnikiem i urodził się w Bagdadzie. Później opowiedział nam historię swojej rodziny, która naprawdę była bardzo burzliwa i myślę że ten blog to nie właściwe miejsce do jej opisywania.

Po kolacji Rani zaprosił nas na imprezę „powitalną” do swojego kolegi. Wszyscy poszliśmy do sklepu monopolowego. I tutaj tak właściwie zaczęła się zabawa. Możecie sobie tylko wyobrazić moje oczy, gdy dowiedziałem się ,że za butelkę whiskey (0,75l) mam zapłacić tylko 150 Syp czyli w przeliczeniu około 9 zł , a za paczkę Lucky Strikeów około 3zł … i muszę tutaj dodać, że w cale nie były to produkty z najniższej półki. Z „bananem na twarzy” zabraliśmy swoje zakupy i skierowaliśmy  w stronę starego miasta.

Aleppo nocą zrobiło na mnie niesamowite wrażenie.  stromymi podejściami pieliśmy się do góry. Mimo późnej pory dookoła biegało pełno dzieci, które za wszelką cenę starały  się wyżebrać od nas jakieś drobne. Rani opowiedział nam, że w starym mieście , znajduje się tysiące opuszczonych domów sprzed wielu setek lat, które teraz są zamieszkiwane przez bezdomnych z całego kraju. Stare Allepo było wielopoziomowym tworem, który trudno opisać słowami. Gdzieś pod nami , na poziomie niżej rozciągał się gigantyczny souq ( czyli Arabski targ) który mieliśmy zwiedzać w przeciągu następnych kilku dni. W jasnym świetle księżyca w pełni, wędrowaliśmy przez labirynt ciasnych uliczek. Nie raz przechodziliśmy niskimi długimi pasażami. Po kilkunastu minutach marszu doszliśmy do hotelu przyjaciela Raniego. Tam mieliśmy naszą pierwszą imprezę.

Po zakończeniu zabawy, pełnej alkoholowych gier i dziwacznych rozmów na wszelkie tematy, Syryjczycy zaproponowali nam odwiezienie do hotelu. I myślę, że w tym momencie jest właściwy czas żeby dokonać pierwszego porównania Syrii z Turcją.  Wiele razy podkreślałem, że na Tureckich drogach panuję wolna Amerykanka, ale w porównaniu z Syrią to mały pikuś. To co się dzieje na ulicach Syryjskich miast to największy komunikacyjny hardkor jaki w życiu widziałem. W 12 osób wracamy 5 osobową Toyotą… (nasz rekord w Turcji – 8 osób w Focusie). Ja i Mateusz jechaliśmy w bagażniku. dziewczyny z dwoma Syryjczykami w wewnątrz auta. Mężczyzna musiał dopychać nasze koleżanki żeby zamknąć drzwi. Po kilku minutach drogi zaczyna nam się robić duszno. Gdy stanęliśmy na światłach Mateusz otwiera bagażnik  i wyskakuje z niego. Okazuje się, że a za nami stoi Policja… która w ogóle nie reaguje na tą kuriozalną sytuację. Na szczęście bezpiecznie wraciliśmy do hotelu… Czegoś takiego w życiu nie przeżyłem i pozostawię to bez komentarza !

3. Poranek dnia drugiego – zwiedzanie Aleppo

Trochę się rozpisałem, więc teraz dla rozluźnienia kilka zdjęć z Aleppo

(1) Mieszkaniec Aleppo na jednej z ulic w centrum miasta

(na drugim planie Kino)

(2) Młodzież z Aleppo

(3) Sprzedawca na jednej z ulic

(4) Twierdza w Allepo

(5) Mężczyzna czytający Koran (?) przed wejściem do twierdzy

Pierwszym punktem zwiedzania Aleppo miał być stary szpital dla obłąkanie chorych. Jednak za nim dostaliśmy się do niego , musieliśmy przejść przez labirynt uliczek. Miasto od samego rana tętniło życiem, mijaliśmy tysiące sklepów i obwoźnych sprzedawców. Moją uwagę przyciągnęła ogromna wieża zegarowa usytuowana nieopodal centrum miasta.

Anegdotka 1

prawie 3 lata temu (2008 rok), w Aleppo było bardzo niebezpiecznie. Po mieście grasowali gangsterzy i atakowali sklepy ze złotem i kantory (których w Syrii jest wyjątkowo dużo) . Rani opowiadał nam, że do jego sąsiada włamało się kilku bandziorów, okradli sklep, którego był właścicielem a cała rodzinę zabili. Sytuacja zaczęła robić się wyjątkowo niebezpieczna, napady powtarzały się bardzo często a ulice spłynęły krwią. Do miasta ściągnęły odziały policji z całego kraju i wypowiedzieli otwartą wojnę Mafii. Podczas wielu strzelanin zginęło mnóstwo przestępców, ale kilku udało się złapać (z tego co pamiętam z opowieści to 5) . Wszystkie rodziny pokrzywdzonych zebrały się przed wyżej wymienioną wieżą , a prezydent Syrii (o nim później) wydał wyrok śmierci. Wszyscy winowajcy zawiśli na wieży… Od tego czasu Aleppo stało się miastem niezwykle bezpiecznym. Szczerze mówiąc , gdy słyszałem tą historię , nie wstrząsnęła ona mną w ogóle… powiem więcej, gdyby w Europie w taki sposób karana bandziorów, to może było by bezpieczniej !

(6) wieża zegarowa

Zanim dostaliśmy się do szpitala psychiatrycznego, zahaczyliśmy jeszcze o jeden z najstarszych hoteli w Aleppo, w którym gościli między innymi Agatha Christie oraz Ataturk. Wnętrze hotelu było bardzo nastrojowe i myślę, że mogło być inspiracją dla wielu książek pisarki (jak i całe miasto). Droga do szpitala prowadziła przez souq, ale o nim więcej podczas opisu 7 dnia pobytu w Syrii (co za dużo na raz to nie zdrowo, więc cierpliwości!) .  Sam szpital nie zrobił na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Wiele klaustrofobicznie ciasnych pomieszczeń , długie ciemne korytarze, trochę dziwacznych narzędzi medycznych… ciekawe, ale widziałem w swoim życiu lepsze rzeczy. Dalej udaliśmy się do fabryki, jednego z największych dóbr Aleppo, a mianowicie mydła. Kosmetyk wykonywany jest tylko 3 miesiące do roku, wyłącznie z naturalnych składników. Dobre mydło musi leżakować 8 lat, wtedy nabiera odpowiedniego koloru i nadaje się do sprzedania.

Przed obiadem, poszwendaliśmy się jeszcze trochę po Aleppo, odwiedziliśmy kilka historycznych miejsc. Meczet oraz wypiliśmy herbatę pod zamkiem, zwiedzanie twierdzy zostawiliśmy sobie na później. Kolejnym punktem pobytu w Syrii było zwiedzanie bazyliki świętego Szymona Słupnika, ale o tym w kolejnym wpisie…

Na zakończenie kilka zdjęć z  uliczek…

(7) chłopiec grający w piłkę w fosie zamku

(8) tradycyjny Syryjski „nalewacz” herbaty

… ciąg dalszy nastąpi