The long way home 18 stycznia 2011

„Wszystko co ma swój początek, musi mieć też koniec”. Ta ponadczasowa maksyma (albo, jak kto woli , hasło reklamowe ostatniej części Matrixa), sprawdziła się też tym razem. Po 4 miesiącach spędzonych w Turcji ,przyszedł czas spakować bagaże i wracać do domu. Zapraszam do przeczytania krótkiego wpisu o powrocie do Ojczyzny!

Ostatnie dni przed wyjazdem, były naprawdę wariackie. Pakowanie, kupowanie prezentów, ważenie bagaży (jak się później okazało – zepsutą wagą), no i najważniejsze: pożegnania. Nie wiem czy w którymś z innych krajów, Erazmusi mieli takie pożegnanie jak my. Po tak długim czasie spędzonym w Gaziantep, otaczało nas naprawdę wielu znajomych. Większość z nich (jak to u Turków bywa) bardzo obrażalskich, więc z każdym, należało pożegnać się osobiście i poświęcić mu chociaż chwilę czasu. Ludzie byli dla nas wyjątkowo mili i otwarci, więc nikomu nie chcieliśmy zrobić przykrości. Choć każdy z nas tęsknił za Polską (przede wszystkim za zakazanym mięsem ze świni i trudną do zdobycia Polską wódka) na kilka godzin przed wyjazdem, naprawdę chcieliśmy wydłużyć pobyt, chociaż o jeden dzień. Wiedzieliśmy, że to, co zobaczyliśmy było tylko małym fragmentem tego, co oferowała nam Turcja (i Bliski Wschód). Szkoda, że nie udało nam się odwiedzić jeziora VAN, Mardin, czy też naszych Polskich znajomych z położonej nieopodal Adany. Żal Izmiru i położonego w północnym Iraku , Kurdyjskiego miasta Irbil. Z tego właśnie miasta, mieliśmy kilku znajomych, którzy wielokrotnie zapraszali nas w swoje strony (gdzie wbrew temu, co się mówi w mediach, jest bardzo bezpiecznie!). Może naszym następcą uda się zobaczyć więcej, choć z malutkim grantem od Politechniki, będzie ciężko!

O godzinie 7 nad ranem, na pokładzie samolotu , (tanich) Tuckich linii Pegasus wylecieliśmy w stronę Istambułu. Z słuchawkami na uszach, przy dźwiękach piosenki, która towarzyszy, każdej mojej lotniczej podróży, obserwowałem oddalające się Gaziantep. Po półtorej godziny lotu, po raz trzeci wylądowaliśmy w najpiękniejszym mieście Turcji. Nie musieliśmy długo czekać na lot do Wiednia. Podczas dwugodzinnego oczekiwania, zaopatrzyliśmy się  w sklepie bezcłowym (który wcale nie był tani!) w Raki i inne Tureckie przysmaki.

(1) Pożegnanie z cieśniną Bosforską

ciekawostka :  Istambuł posiada prawie 2 razy większą populacje niż cała Austria (~8,5 mln)

(2) Wiatraki we mgle , gdzieś nieopodal Wiednia

(3) Powtórzone

W Wiedniu mogliśmy porównać, jak bardzo różni się wschodnia Turcja, od jednego z najczyściejszych i najbardziej zadbanych miast w Europie. Sterylnie czyste Austriackie ulice, wszech-otaczający ład i porządek, od pierwszych chwil zmusiły nas do refleksji nad tym , co widzieliśmy przez ostatnie 120 dni. Najmilsze spostrzeżenie – kierowcy, którzy puszczają cię , w momencie jak dochodzisz do przejścia dla pieszych … Coś, co w Turcji jest praktycznie nie możliwe. (No chyba, że jesteś seksowną, długonogą blondynką). W stolicy Austrii spędziliśmy ponad 8 godzin. Do Krakowa mieliśmy się dostać autobusem. W zasadzie każdy z nas posiadał ogromny bagaż, który uniemożliwił nam  swobodną wycieczkę do centrum miasta. Dla zabicia czasu szwendaliśmy się w okolicach dworca. Budynek mieścił się w robotniczej dzielnicy Simmering. W poszukiwaniu czegoś do jedzenia, odwiedziliśmy gigantyczny kompleks zabytkowych gazowni, z końca XIX wieku, które zostały przerobione na centrum handlowe, apartamentowce  oraz domy studenckie. Budowle zrobiły na mnie naprawdę oszałamiające wrażenie. Jako ciekawostkę mogę dodać , że cylindryczne zbiorniki służące do przechowywania gazu , posłużyły, jako scenografie do filmu „The Living daylight”, czyli jednej z części sagi o przygodach Jamesa Bonda.

Spacerując po Wiedniu, zauważyliśmy ogromny szyld z napisem „Żywiec”, który bardzo nas ucieszył. Od razu weszliśmy do środka … I co się okazało ? Właścicielem był Turek, który sprzedawał produkty ze swojej ojczyzny oraz … Polskie piwo. Ponadto chwile później, wdaliśmy się w pogawędkę ze sprzedawcą kebaba. Mężczyzna był nieźle zdziwiony, kiedy usłyszał swój rodzimy język.

Do Polski dojechaliśmy gdzieś koło 4 nad ranem. Byliśmy zmęczeni, ale i zarazem szczęśliwi, że wreszcie jesteśmy w domu!

P.S.1. Dziękuje wszystkim za głosy w konkursie na Blog Roku. Dzięki wam, z liczbą głosów 194 (!), znalazłem się w rundzie III (finałowej). Było to dla mnie niezwykłe zaskoczenie, w momencie, kiedy zaczynałem pisać tego Bloga, nie spodziewałem się, że zajdę aż tak daleko… Jeżeli macie ochotę, możecie głosować dalej! Obowiązuje ten sam numer i zasady, co poprzednio ! czas trwania konkursu do 7 lutego 2011

P.S.2. Następny wpis, będzie podsumowaniem mojego pobytu na Erazmusie! Ale nie bójcie się , to nie koniec bloga. Na tej stronie będę opisywać , każdą moją kolejną podróż!

Reklamy

One Response to The long way home 18 stycznia 2011

  1. padma says:

    To zdjęcie z wiatrakami jest fantastyczne. Jako członek Związku Polskich Fotografów Przyrody nie mogę się powstrzymać, żeby nie doradzić Ci wysłania tego zdjęcia na jakiś dobry konkurs! Zajrzyj na takie konkursy jak np BG Wildlife Photographer of the Year, tam są kategorie, do których to zdjęcie by na pewno pasowało. Nie na jakiś podrzędny konkursik, to jest zdjęcie na duży międzynarodowy konkurs moim zdaniem:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: