Kapadocja 12-14 Listopad 2010 // część 1

Tym razem będzie więcej tekstu i więcej zdjęć. Kapadocja jest miejscem naprawdę niesamowitym i podczas zwiedzania tej krainy spotkało nas wiele przygód, więc serdecznie zapraszam do przeczytania tekstu.

Dzień 1

Zanim złapaliśmy autobus do Kayseri, udało nam się załapać na fragment konferencji poświęconej relacją E.U- Turcja która odbywała się niedaleko naszego akademika. Spotkaliśmy tam naszych starych znajomych z Chamber of Comerce i najedliśmy się za darmo zakąskami. Standardzik… Około godziny 15 wsiedliśmy do autobusu. Z powodu tego, że lada dzień miał zacząć się Bajram, miliony Turków wracały do swoich rodzin (to święto przyrównał bym rangą do naszego Bożego Narodzenia). Bilety kupowaliśmy na ostatnią chwilę , więc trudno się dziwić, że standard autobusu był taki a nie inny… Ale mnie w Turcji  już nic nie zdziwi, po tym jak koleżanka widziała szczura wychodzącego z publicznej toalety (dziury w podłodze).

W tym okresie, słońce  zachodzi stosunkowo wcześnie (koło 16:30 jest już ciemno!) więc tylko kilkadziesiąt minut, mogliśmy się cieszyć przepięknymi widokami. Mijaliśmy ciężarówki wiozące nieświadome niczego baranki na rzeż (patrz Bajram!). Nasz autobus zatrzymał patrol żandarmerii (ta sama sytuacja miała miejsce w drodze do Alanii, na początku października). Wszyscy musieli pokazać dowody tożsamości (wizy). Podobno ma to na celu zatrzymanie nielegalnych imigrantów z bliskiego wschodu oraz dezerterów. W Turcji służba wojskowa jest obowiązkowa , jeżeli ktoś wymiguje się od wojska, żandarmeria podczas takich „łapanek” może wsadzić  delikwenta do więzienia. I nie ma zmiłuj! Podczas pierwszej kontroli (w drodze do Alanii) Jeden z pasażerów miał „coś nie tak” w papierach. Mundurowi wyciągnęli go z pojazdu  i mimo, że był środek nocy,  autobus pojechał dalej, nikt się biedakiem nie przejął… Jednak tym razem obeszło się bez incydentów.  Do Kayseri dotarliśmy około 22 . Miasto położone jest u stup wygasłego wulkanu Erciyes Dagi, najwyższej góry w Anatolii. Szczyt ma, bagatela nie całe 4 tys metrów i jest popularnym miejscem na wypady na narty (w odległych planach mamy taką wycieczkę). Niestety podczas tej podróży, w Kayseri byliśmy tylko w nocy, więc nie było nam dane zobaczyć góry w pełnej okazałości. Łapiemy kolejny autokar który zawiózł nas prosto do Avanos, miasta w którym wynajeliśmy pokoje. Warunki w „pensjonacie” były spartańskie a cena jak dla nas wysoka (30 TL za noc , w tym śniadanie), ale jak przygoda to przygoda ! Jak się później dowiedzieliśmy w okresie Bajramu taka cena za nocleg w Kapadocji to niezła okazja. Przed snem urządziliśmy sobie przechadzkę po mieście, wzdłuż rzeki Kızılırmak. Po powrocie, jeszcze długo nie mogłem zasnąć, a kiedy w końcu mi się udało, po 4-5  godzinach snu, trzeba było wstawać. Bo wiele mieliśmy do zobaczenia, a słońce zachodziło wcześnie!

Dzień 2

Po śniadaniu, około godziny 8 rano, skierowaliśmy się na przystanek autobusowy. Oczywiście, jak to w Turcji bywa, nic nie było oznaczone. Po dosłownie kilkunastu sekundach , podszedł do nas Turek i wyjaśnił wszystkie potrzebne sprawy. Po chwili rozmowy, zaproponował, że zawiezie nas do Zelve, pierwszego z miejsc które chcieliśmy odwiedzić. Oczywiście zgodziliśmy się bez wahania. Podczas rozmowy wyszło, że nasz nowy kolega jest właścicielem sklepiku z ceramiką w centrum Avanos. Wtedy w naszych głowach zaświtała myśl! będziemy jeździć  autostopem. W końcu tyle nasłuchaliśmy się o tym od kolegów z Adany, to dlaczego by nie spróbować. I tak też uczyniliśmy, ale o tym za chwilę…

1. Zelve

Ku naszemu zdziwieniu w Zelve nie było żadnych Turystów, co jeszcze bardziej pozwoliło odczuwać niesamowity, wyjątkowy klimat miejsca. Zelve to tak naprawdę seria jaskiń i domów wyżłobionych w skałach doliny, niegdyś zamieszkiwanych przez troglodytów. Ciekawostką jest to, że ludzie mieszkali w tym miejscu do lat 50 ubiegłego stulecia. Jednak z powodu zawaleń i obsunięć musieli zostać przesiedleni. Bardzo przyjemnie spacerowało się po dolince. Najbardziej podobało mi się, że w zasadzie całe Zelve nie zostało „zbezczeszczone” ludzką ręką. Turcy nie pobudowali tam chodników, ławeczek, popielniczek i innych gadżetów które zniszczyły by cały klimat. Klaustrofobicznie ciasnymi tunelami wchodziliśmy do wnętrza „domów” … czasami minimalne ilości światła wpadały do wnętrza pomieszczeń, a czasami nie. Wtedy musieliśmy poruszać się po omacku. W jaskiniach nie było żadnego sztucznego oświetlenia. Zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie!

(2) Zelve #2

(3) Zelve #3

…i taki mały cytat z Polityki, który wyjątkowo mi się spodobał:

„Boom turystyczny zaczął się w Kapadocji w latach 70. Przyjeżdżali tu wówczas głównie hippisi i homoseksualiści. Podobno na krótko zmienili Kapadocję w Sodomę i Gomorę, a konserwatywni mieszkańcy żyli w przekonaniu, że turysta to ktoś, kto ma nie po kolei w głowie. Zmienili zdanie dopiero w latach 80, gdy ruch turystyczny przeżywał apogeum. Powstawały dziesiątki lokali i pensjonatów. Mieszkańcy szybko doszli do wniosku, że nie ma sensu gnieździć się dłużej w ciasnych skalnych mieszkankach, o wiele rozsądniej wynająć je przyjezdnym.”

Polityka – nr 36 (2261) z dnia 2000-09-02; s. 38-40

2. Pasabag (Dolina mnichów)

Po kilku godzinach zwiedzania zdecydowaliśmy udać się do kolejnego puntu. Uznaliśmy, że mało ciekawa będzie wycieczka główną droga więc odrobinę zboczyliśmy ze szlaku. Przedzierając się przez krzaki i pola uprawne mijaliśmy kolejne wydrążone skały. Gdy moi towarzysze dokarmiali bezpańskiego, zagłodzonego psa, ja wspiąłem się na jeden z pagórków. Ku mojemu zdziwieniu na szczycie znajdował się katolicki kościół. Zadziwiające jest to, w jaki sposób Turcy traktują zabytki. Ja rozumiem że dużo jest tego typu budowli w Kapadocji. ale wędrując przez pola można spotkać  kościoły sprzed 1000 lat , które dziś służą jako toaleta lub miejsce picia piwa przez lokalną młodzież. Znajomi z Adany opowiadali nam o wioskach w których Turcy używali zabytkowych antycznych kolumn jako fragmentów płotu.

(4) Gdzieś w polach

(5) kościół na wzgórzu

Po kilkunastu minutach doszliśmy do celu. Nie pamiętam dokładnie nazwy tego miejsca (gdzieś w internecie pisało, że to dolina mnichów), w wielkim skrócie był to punkt widokowy z którego było widać dolinę pełną tufowych skał o fallicznych kształtach. Pokręciliśmy się trochę po okolicy, strzeliliśmy kilka fotek. Cały krajobraz wyglądał trochę jak z bajki. Do tego udało nam się trafić w naprawdę  dobry czas. Bo kolor przekwitających liści  wspaniale współgrał z dziwacznymi kształtami skał. Dodatkowo Turecka telewizja kręciła reportaż o Kapadocji i udzieliliśmy króciutkiego wywiadu … „Kapadokia…çok güzel” .

(6) Pasabag

3.Cavusin

Po krótkim odpoczynku zdecydowaliśmy, że idziemy na przełaj w kierunku który wydawał nam się słuszny. Jak przygoda to przygoda. Takie zwiedzanie Turcji jest o wiele ciekawsze niż objazdowe wycieczki gdzie wynajęty autobus zawozi cię od punktu „A” do punktu „”B” i widzisz dokładnie to co miliony innych turystów. Pieprzyć ich … my poszliśmy na hardkor. Jakoś udało nam się zejść w głąb doliny , idąc przed siebie mijaliśmy pola na których kilka tygodni wcześniej rosły dynie oraz winogrona. Co jakiś czas przechodziliśmy obok dziwacznych formacji skalnych. Wszędzie dookoła rosły drzewa, wokół których były porozsypywane przeżółkłe liście. Coś wspaniałego. Strasznie wkręciliśmy się w taki sposób zwiedzania Kapadocji i mimo zmęczenia chcieliśmy iść coraz dalej i dalej. Po kilkunastu minutach marszu zobaczyłem po swojej lewej stronie kilka Kamiennych stożków z wydrążonymi w nich tunelami, odłączyłem się od grupy żeby zbadać znalezisko.  Gdy podszedłem bliżej, okazało się że miejscowi rolnicy zamienili ta kilkusetletnią konstrukcję na schowek na pestycydy ( czy też inne chemikalia, przechowywane w beczkach) . Jak wyczytaliśmy w jakimś przewodniku, w miasteczku znajdują się kościoły które zostały zamienione na gołębniki.

(7) gdzieś pomiędzy Pasabag a Cavusin

(8) gdzieś pomiędzy Pasabag a Cavusin #2


Po pewnym czasie, dostaliśmy się do głównej drogi, przy której stał przepiękny, gigantyczny kościół wyryty w skale. Cena za zwiedzanie tego zabytku: 8 Lir… Uznaliśmy, że to trochę za dużo, jak na nasze studenckie możliwości. Zostawiając świątynie z tyłu, skierowaliśmy się w głąb miasteczka. Po chwili zauważyliśmy że do kościoła można podejść od drugiej strony. Na naszej drodze stanęły domostwa  mieszkańców Cavusin. Miły starszy pan pracujący w garażu, zobaczywszy że węszymy w poszukiwaniu drogi przejścia, od razu porzucił obowiązki i przyszedł się przywitać. Na migi pokazał nam że możemy przejść po jego parceli. Tak właściwie to cały teren obok jego domu (na którym rosły warzywa) przylegał do kościoła. Łamanym Tureckim z odrobiną francuskiego jakoś dogadaliśmy się z mężczyzną. Który później poczęstował nas domowej roboty winem. Po chwili rozmowy Skierowaliśmy się do centrum Cavusin. Przechodząc przez miasteczko widzieliśmy ogromną górę z wydrążonymi tunelami. Przystanęliśmy na chwilę i po chwili zdecydowaliśmy że chcemy się na nią wspiąć. Wyszukując najłatwiejsze, najbardziej porośnięte ścieżki (trawa zapobiegała ześlizgiwaniu) jakoś udało nam się znaleźć na szczycie. Tam przez chwile obserwowaliśmy panoramę Kapadocji i niezliczoną ilość domków, wybudowanych po przeciwnej stronie góry.

(9) Cavusin #1

(10) Cavusin#2

4. Avanos

Gdy zaczęło się ściemniać postanowiliśmy wracać do Avanos. Stopa złapaliśmy może 3 minuty po tym jak weszliśmy na główną drogę. Dzięki temu udało nam się dojechać do miasteczka jeszcze przed zachodem słońca. Kierowca gdy usłyszał że jesteśmy z Gaziantep , stwierdził że nie lubi tego miasta bo jest w nim dużo Kurdów…

W centrum spotkaliśmy Turka który rano podwiózł nas do Zelve, po chwili rozmowy zaprosił nas na kolację. Jeszcze przed posiłkiem wybraliśmy się na długi spacer uliczkami miasta. Wdrapaliśmy się na jeden z lokalnych pagórków  gdzie sfotografowałem panoramę  przy zachodzącym słońcu.

(11) Panorama Avanos

Gdy spacerowaliśmy po wąskich uliczkach Avanos, zdałem sobie sprawę, że większość domów zostało wybudowane na fundamentach / zostało dobudowane, do starożytnych budowli. Naprawdę zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie.

Przed kolacją u Turka udaliśmy się na chwilę odpoczynku. W ramach oszczędności spożyłem „punkową zakąskę” czyli wyżarłem ser na promocji w supermarkecie. Około godziny 21 udaliśmy się do sklepu z ceramiką naszego nowego przyjaciela. I tam czekała na nas chyba największa niespodzianka tego dnia. Na kolację zjedliśmy kurczaka przyprawionego na ostro… bo jak stwierdził nasz gospodarz jak jesteśmy z Antep to musimy jeść bardziej pikantne dania od normalnych ludzi. Do tego wino domowej roboty, tyle ile zapragnęliśmy. Coś a’la wielka dolewka w KFC. Podczas posiłku zapytaliśmy się czy w Avanos są jakieś podziemne zabudowania (miasta). Na co właściciel sklepu stwierdził, że tak właściwie to w tym momencie siedzimy w 800 letniej jaskini , która ma 3 poziomy i że jak zaczniemy po niej chodzić sami to możemy się zgubić i wyjść w zupełnie innym punkcie miasta. Ja osobiście zgłupiałem!  Pomieszczenie w którym siedzieliśmy było tylko pracownią. Następnie przeszliśmy do kolejnych części piwnicy (jaskini) w których znajdowały się stragany z ceramiką, piec do wypiekania i inne przyrządy. Jak się później okazało nasz nowy kolega miał 8 sklepów w tym 2 w Istambule. Po kolejnych kilku kieliszkach wina,  Turek zaproponował, że możemy spróbować coś wyrobić z gliny, oczywiście się zgodziliśmy. Następnie przyniósł instrumenty i zaserwował nam koncercik tradycyjnych Tureckich piosenek. Naprawdę nie spodziewałem się , że ten wieczór zakończymy w taki sposób… nie ma to jak Turecka gościnność.

Koniec części I, ciąg dalszy nastąpi

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: