Lwów (Львів) 30 kwiecień – 3 maj 2011

Celem mojej pierwszej „Po-erazmusowej” wyprawy był Lwów.  Miasto wyjątkowe dla każdego Polaka a w szczególności Krakowianina. Chyba nie ma na ziemi drugiego takiego miejsca, leżącego poza granicami naszego kraju, które miało by tyle wspólnego z naszą Ojczyzną. We Lwowie spędziłem tylko 4 dni, ale to wystarczyło bym wyrobił sobie, swoje własne zdanie, na temat naszych wschodnich sąsiadów. Przed wyjazdem na Ukrainę byłem bombardowany różnymi informacjami, z których część, tak jak to miało miejsce w przypadku Turcji i Syrii okazała się nieprawdziwa. Po raz kolejny muszę ze smutkiem przyznać, że Polacy w doskonały sposób potrafią obsmarowywać miejsca w których nigdy  nie byli (albo byli dawno temu), a całą swoją wiedzę opierają na jakiś dziwacznych plotkach.  Zapraszam do przeczytania tego krótkiego wpisu o mojej wyprawie na „zieloną Ukrainę”

Wyjazd na Ukrainie był typowym przykładem podróżowania w stylu „drink & travel” (z naciskiem na ten pierwszy człon). We Lwowie koszty życia są 2 -3 krotnie mniejsze niż w Krakowie, więc momentami ciężko nam się było zmusić do zwiedzania. Wiele osób przed wyjazdem, ostrzegało mnie przed agresywnymi Ukraińcami. Osobiście nie spotkałem się z żadnym przejawem tego typu zachowania, ale nawet jak by się tak stało, to wcale bym się nie zdziwił. Większość Polaków przyjeżdżających do  Lwowa, traktuje to przepiękne miasto, podobnie jak Anglicy traktują Kraków.  Ze smutkiem muszę przyznać, że i my też się tak troszkę zachowywaliśmy.  Ale trudno jest powstrzymać się od imprezowania jak ceny (i atmosfera) tak temu sprzyjają. Ukraina jest przedziwnym krajem gdzie do obiadu zamiast piwa zamawia się wódkę, a piwo można kupić w każdym kiosku, co więcej jest tańsze od wody mineralnej czy Coli.

(1) Kobieta sprzedająca baloniki w centrum Lwowa

Podczas rozmów z mieszkańcami Lwowa, dowiedzieliśmy się , że Ukraina nieformalnie podzielona jest na dwie części.  Zachodnia – bardziej pro Europejska (lub jak kto woli pro Polska) i wschodnia, w której większą sympatią darzy się Rosję. We Lwowie bez problemu,  można komunikować się w naszym rodzimym języku. Z Angielskim jest już trochę gorzej, ale w hostelach, czy też restauracjach zawsze znajdzie się ktoś mówiący w tym języku.  Mimo, że znajdowaliśmy się w bardziej „Europejskiej” części kraju, na ulicach wyraźnie można było odczuć klimat podobny do tego panującego w Polsce na początku lat 90.

Ukraina to kraj pełen skrajności. Z jednej strony pełno tu luksusowych, nowoczesnych samochodów, jednak znaczącą większość stanowią stare rozklekotane gruchoty sprzed 30 a nawet 40 lat. Jednak nie tylko to zostało im „po komunie”. Jak się dowiedzieliśmy z rozmów z miejscowymi, za pomocą łapówek da się tu załatwić niemal wszystko. Ja nie mówię, że w Polsce łapówkarstwo nie występuję… oczywiście że tak, ale na pewno nie na taką skalę.  Do zachowań które szczególnie mnie uderzyły mogę zaliczyć, notoryczne wpychanie się do kolejek. Ukraińcy robią to bez żadnego obciachu a wszelkie uwagi mają gdzieś. Kolejna rzecz to sposób w jaki traktuję się klientów w knajpach czy restauracjach. Kelnerzy zachowują się tak,  jak by robili ci łaskę, że przyjmą od Ciebie zamówienie , a na posiłek trzeba czekać wyjątkowo długo. No ale nie ma co narzekać, w końcu nawet w najlepszych restauracjach można się najeść (i upić) za grosze.

Sam Lwów, jest wyjątkowo podobny do Krakowa. Szkoda tylko, że większość zabytków jest nie odnowiona.  Ale właśnie przez to w mieście panuje szczególny klimat.  Nie będę opisywać poszczególnych tras wycieczek, bo nie ma to najmniejszego sensu. Ciekawskich odsyłałam do pierwszego lepszego przewodnika.

Wielka szkoda, że nie udało nam się wejść do wnętrza kościoła Jezuitów, który po wojnie został zamieniony na gigantyczny magazyn książek. Podobno w świątyni prowadzone są prace remontowe a zbiory przenoszone w bardziej odpowiednie miejsce. Dookoła budowli postawione były mizerne rusztowania, ale patrząc na stan budynku, chyba dawno nikt na nich nie pracował. Szkoda też dawnego kasyna szlacheckiego które na zdjęciach w przewodniku zachwyciło nas wspaniałymi wnętrzami. No ale może, to że nie byłem w tych miejscach, sprawi że zawitam ponownie do Lwowa… kto wie?  Popełnił bym wielki błąd gdybym choć jednym słowem nie wspomniał o cmentarzu Łyczakowskim oraz cmentarzu Orląt Polskich. Oba miejsca w szczególny sposób związane są z historią Polski. Poniżej można obejrzeć kilka zdjęć z tej najstarszej Lwowskiej Nekropolii.

Na koniec tego krótkiego wpisu, kilka słów o powrocie… Przejście przez granicę zajęło nam kilka godzin. Zanim dostaliśmy się na Polską stronę, musieliśmy przedrzeć się przez stado „mrówek” którzy za dwie paczki papierosów i litr wódki (dokładnie tyle można przewieść przez granicę) potrafili by zabić ! Przeprawa przez Ukraińską granice, była koszmarna, ale po tym co zobaczyliśmy i przeżyliśmy w Lwowie, myślę że było warto !

(2) Pomnik Iwana Fedorowa

(3) „Nawożenie warzyw”  egzemplarz z roku 1929 roku

(4) Handlarze książek
(5) Na licznych targach i straganach, można kupić wszystko.

(6) Jedna z figur na cmentarzu Łyczakowskim

(7) Jak wyżej

(8) jak wyżej

(10) Monumentalny grobowiec

(11) Jeden z grobów na cmentarzu Łyczakowskim

(12) Cmentarz Orląt Polskich

(13) Jeden z wielu starych samochodów na ulicach Lwowa

(14) Asia na klatce schodowej naszego hostelu

Reklamy

Warszawa 17-18 luty 2011

„nie przenoście nam stolicy do Krakowa”

Dokładnie 6 miesięcy temu, byłem zmuszony udać się do naszej ukochanej stolicy, po wizę do Turcji. Wtedy nie sądziłem, że moja przygoda z blogiem tak się rozwinie.. baa nawet nie wiedziałem, że będę coś takiego pisać. Ale stało się , między innymi dzięki waszej pomocy 17 lutego 2011 roku zostałem zaproszony do Warszawy na galę przyznania nagród w konkursie na Blog roku.

Samej stolicy nie mam nic do zarzucenia. Jest jedynym miastem w Polsce z tak rozwiniętym centrum. Pełno tu drapaczy chmur, nowoczesnych biurowców i innych typowych dla tego rodzaju miejsc, budynków. Ale w końcu przyjechaliśmy z Krakowa, to trzeba trochę ponarzekać, prawda? więc zacznijmy od początku. Po ulicach kręcą się dziesiątki zblazowanych dorobkiewiczów, którym udało się wyrwać z jakichś zapyziałych wioch. A na pytanie „Skąd jesteś ?” bez wahania odpowiadają z Warszawy” a gdy prosisz o sprecyzowanie dowiadujesz się, że spod Radomia. I to właśnie tego typu ludzie, najbardziej mnie denerwują. Nie rodowici Warszawiacy, którzy żyją tam z dziada-pradziada. Tylko motłoch z całej Polski , który zamienił to miasto w targowisko próżności.  Ale w tym radosnym dla mnie dniu, przymknąłem oko na wszystkie niedogodności i jako prawdziwy fan architektury, podziwiałem jak rozwija się centrum Warszawy. Pogoda tego dnia nie dopisała, było pochmurnie, zimno i co jakiś czas padał śnieg, więc na szybkim spacerze do okola pałacu kultury poprzestaliśmy.

Sama gala zorganizowana była bardzo profesjonalnie. Bez wątpienia jury spełniło swoją role i wybrało blogi, które zdecydowanie na to zasługiwały. Tym, którym nie udało się dostać statuetki (w tym mnie;p) podarowano pamiątkowy dyplom i torbę z prezentami od Onetu. Na uwagę zasługuje koncert Smolika, który w przerwach między kolejnymi częściami gali, zagrał 7 kawałków.  Koncert wyjątkowy, bo perkusja została zastąpiona beatbokserm. Największa porażka – pokraczny Oliwier Janiak ze swoimi żenującymi żartami, który starał się prowadzić galę

(Nie wiem jak długo ten link będzie dostępny na Onecie ale narazie , transmisje z całej uroczystości mozna obejrzeć tutaj)

Po całej ceremonii odbył się bankiet, z którego szybko się ewakuowaliśmy, by wypić piwo w Warszawskim Hard Rock Cafe. I chyba nie jako jedyni wpadliśmy na ten pomysł, bo w knajpie siedziało jeszcze kilku innych uczestników gali. Po wszystkim mogliśmy się udać na zasłużony odpoczynek do hotelu, który zasponsorował nam onet. I kto by pomyślał, że takie korzyści wypłyną z Erazmusa!

The long way home 18 stycznia 2011

„Wszystko co ma swój początek, musi mieć też koniec”. Ta ponadczasowa maksyma (albo, jak kto woli , hasło reklamowe ostatniej części Matrixa), sprawdziła się też tym razem. Po 4 miesiącach spędzonych w Turcji ,przyszedł czas spakować bagaże i wracać do domu. Zapraszam do przeczytania krótkiego wpisu o powrocie do Ojczyzny!

Ostatnie dni przed wyjazdem, były naprawdę wariackie. Pakowanie, kupowanie prezentów, ważenie bagaży (jak się później okazało – zepsutą wagą), no i najważniejsze: pożegnania. Nie wiem czy w którymś z innych krajów, Erazmusi mieli takie pożegnanie jak my. Po tak długim czasie spędzonym w Gaziantep, otaczało nas naprawdę wielu znajomych. Większość z nich (jak to u Turków bywa) bardzo obrażalskich, więc z każdym, należało pożegnać się osobiście i poświęcić mu chociaż chwilę czasu. Ludzie byli dla nas wyjątkowo mili i otwarci, więc nikomu nie chcieliśmy zrobić przykrości. Choć każdy z nas tęsknił za Polską (przede wszystkim za zakazanym mięsem ze świni i trudną do zdobycia Polską wódka) na kilka godzin przed wyjazdem, naprawdę chcieliśmy wydłużyć pobyt, chociaż o jeden dzień. Wiedzieliśmy, że to, co zobaczyliśmy było tylko małym fragmentem tego, co oferowała nam Turcja (i Bliski Wschód). Szkoda, że nie udało nam się odwiedzić jeziora VAN, Mardin, czy też naszych Polskich znajomych z położonej nieopodal Adany. Żal Izmiru i położonego w północnym Iraku , Kurdyjskiego miasta Irbil. Z tego właśnie miasta, mieliśmy kilku znajomych, którzy wielokrotnie zapraszali nas w swoje strony (gdzie wbrew temu, co się mówi w mediach, jest bardzo bezpiecznie!). Może naszym następcą uda się zobaczyć więcej, choć z malutkim grantem od Politechniki, będzie ciężko!

O godzinie 7 nad ranem, na pokładzie samolotu , (tanich) Tuckich linii Pegasus wylecieliśmy w stronę Istambułu. Z słuchawkami na uszach, przy dźwiękach piosenki, która towarzyszy, każdej mojej lotniczej podróży, obserwowałem oddalające się Gaziantep. Po półtorej godziny lotu, po raz trzeci wylądowaliśmy w najpiękniejszym mieście Turcji. Nie musieliśmy długo czekać na lot do Wiednia. Podczas dwugodzinnego oczekiwania, zaopatrzyliśmy się  w sklepie bezcłowym (który wcale nie był tani!) w Raki i inne Tureckie przysmaki.

(1) Pożegnanie z cieśniną Bosforską

ciekawostka :  Istambuł posiada prawie 2 razy większą populacje niż cała Austria (~8,5 mln)

(2) Wiatraki we mgle , gdzieś nieopodal Wiednia

(3) Powtórzone

W Wiedniu mogliśmy porównać, jak bardzo różni się wschodnia Turcja, od jednego z najczyściejszych i najbardziej zadbanych miast w Europie. Sterylnie czyste Austriackie ulice, wszech-otaczający ład i porządek, od pierwszych chwil zmusiły nas do refleksji nad tym , co widzieliśmy przez ostatnie 120 dni. Najmilsze spostrzeżenie – kierowcy, którzy puszczają cię , w momencie jak dochodzisz do przejścia dla pieszych … Coś, co w Turcji jest praktycznie nie możliwe. (No chyba, że jesteś seksowną, długonogą blondynką). W stolicy Austrii spędziliśmy ponad 8 godzin. Do Krakowa mieliśmy się dostać autobusem. W zasadzie każdy z nas posiadał ogromny bagaż, który uniemożliwił nam  swobodną wycieczkę do centrum miasta. Dla zabicia czasu szwendaliśmy się w okolicach dworca. Budynek mieścił się w robotniczej dzielnicy Simmering. W poszukiwaniu czegoś do jedzenia, odwiedziliśmy gigantyczny kompleks zabytkowych gazowni, z końca XIX wieku, które zostały przerobione na centrum handlowe, apartamentowce  oraz domy studenckie. Budowle zrobiły na mnie naprawdę oszałamiające wrażenie. Jako ciekawostkę mogę dodać , że cylindryczne zbiorniki służące do przechowywania gazu , posłużyły, jako scenografie do filmu „The Living daylight”, czyli jednej z części sagi o przygodach Jamesa Bonda.

Spacerując po Wiedniu, zauważyliśmy ogromny szyld z napisem „Żywiec”, który bardzo nas ucieszył. Od razu weszliśmy do środka … I co się okazało ? Właścicielem był Turek, który sprzedawał produkty ze swojej ojczyzny oraz … Polskie piwo. Ponadto chwile później, wdaliśmy się w pogawędkę ze sprzedawcą kebaba. Mężczyzna był nieźle zdziwiony, kiedy usłyszał swój rodzimy język.

Do Polski dojechaliśmy gdzieś koło 4 nad ranem. Byliśmy zmęczeni, ale i zarazem szczęśliwi, że wreszcie jesteśmy w domu!

P.S.1. Dziękuje wszystkim za głosy w konkursie na Blog Roku. Dzięki wam, z liczbą głosów 194 (!), znalazłem się w rundzie III (finałowej). Było to dla mnie niezwykłe zaskoczenie, w momencie, kiedy zaczynałem pisać tego Bloga, nie spodziewałem się, że zajdę aż tak daleko… Jeżeli macie ochotę, możecie głosować dalej! Obowiązuje ten sam numer i zasady, co poprzednio ! czas trwania konkursu do 7 lutego 2011

P.S.2. Następny wpis, będzie podsumowaniem mojego pobytu na Erazmusie! Ale nie bójcie się , to nie koniec bloga. Na tej stronie będę opisywać , każdą moją kolejną podróż!

Şanlıurfa 9 stycznia 2011

Powrót do Polski zbliżał się wielkimi krokami, jednak wszelkie przygotowania z tym związane, nie przeszkodziły nam w udaniu się na kolejną wycieczkę. Tym razem w lekko okrojonym, gronie (5 osób) wybraliśmy się do oddalonej o około 140 km od Gaziantepu, Urfy.

Ciekawostka na dobry początek : W Turcji, tablice rejestracyjne zaczynają się od numeru opisującego  kolejność prowincji w alfabecie. przykładowo 01 – Adana ; 02 -Adyaman ; … ;27- Gaziantep ;… ; 63 –Şanlıurfa ;…

Po niezbyt przyjemnych przygodach, związanych z organizacją autobusu, jakie miały miejsce 2 tygodnie wcześniej (patrz: wycieczka na Nemrut), zdecydowaliśmy się wybrać do Urfy na własną rękę . Początkowo mieliśmy w planach jechać w szóstkę (4 Polaków, Tajwanka, oraz Niemiec tureckiego pochodzenia), niestety nad ranem okazało się , że jeden z kolegów nie jest w stanie wstać o tak wczesnej porze, co zmusiło nas do zredukowania grupy o jeden. Po przyjeździe na dworzec autobusowy, bez zastanowienia wsiedliśmy w pierwszy mini-bus który jechał w stronę Şanlıurfy. Nie zdziwiło nas, że pozostali pasażerowie byli pochodzenia Kurdyjskiego, w końcu Urfa od zawsze zamieszkiwana była głownie przez tą mniejszość. Nie zaskoczyła nas również reakcja jednej z kobiet, na sytuacje, gdy koleżanka pocałowała kolegę w policzek. W końcu tylko małżonkowie mogą dopuszczać się tak lubieżnych czynów.

Przy dźwiękach dyskografii The Smiths, obserwowałem zmieniający się krajobraz południowo-wschodniej Turcji. Po kilkudziesięciu minutach jazdy zatrzymaliśmy się w Kurdyjskiej wiosce Birecik, usytuowanej nad brzegiem rzeki Eufrat. Od strony Gaziantepu, do miasta można się było dostać przez most, z którego było widać całą panoramę sennej mieściny, z zabytkowym Rzymskim zamkiem na pierwszym planie. Twierdza była przebudowywana wiele razy, a jaj początki datuje się na rok 30 P.N.E. W Bireciku musieliśmy się przesiąść na kolejny autobus, który miał nas zawieść bezpośrednio do Urfy. Jednak zanim ruszyliśmy w dalszą drogę, mieliśmy chwilę wolnego czasu.  Miasto zdominowane było przez jedno i dwukondygnacyjne,  niezadbane budynki, które wyglądały jakby zaraz miały się zawalić.  Co chwile do naszych nozdrzy dochodził przeraźliwy smród, wydobywający się z rynsztoku, co sprawiło, że jeszcze bardziej chcieliśmy już być w Şanlıurfie.  Po niecałej godzinie wreszcie ruszyliśmy w dalszą drogę. Zostawiając za swoimi plecami , wybudowane na wapiennych wzgórzach otaczających rzekę Eufrat ,Birecik, wyruszyliśmy w  głąb Kurdystanu…

(1) To nie nowe gwiazdy sceny Indie-Electronic , to Kurdyjscy sprzedawcy ryb, przy jednej z ulic Urfy

Kierowca autobusu wysadził nas blisko centrum miasta, w pobliżu bardzo czystego i zadbanego parku. Gdzieś nieopodal wznosił się nowiutki, nowoczesny drapacz chmur. Nie tak wyobrażałem sobie Urfę. Na pierwszy rzut oka, miasto wyglądało bardzo schludnie. Jednak zdawałem sobie sprawę , jak mylne mogą być moje osądy.  Z parku w którym się znajdowaliśmy, miał nas odebrać poznany na stronie couch surfing student, który zaoferował nam swoją pomoc w zwiedzaniu miasta. I tak też się stało.

Po szybkim śniadaniu, zaczęliśmy zwiedzanie. Na początek odwiedziliśmy liczące ponad 500 lat więzienie. Obiekt był ogrodzony drutem kolczastym, a władze miasta dopiero zaczynały prace renowacyjne. Dopiero za kilka lat więzienie miało zostać oddane dla zwiedzających. Nam jednak udało się dostać do środka, wchodząc przez wyważoną przez lokalnych wandali bramę. Więzienie było ogromne , większość cel znajdowała się pod ziemią. W ruinach spędziliśmy kilka minut po czym ruszyliśmy w dalszą drogę. Wąskimi, podobnymi do tych w Gaziantep uliczkami , przemieszczaliśmy się w głąb, tego pół milionowego miasta. Podczas spaceru odwiedziliśmy kilka historycznych meczetów i kościołów.  Podobno pod jednym z nich znajdowała się jaskinia ,w której żył biblijny Hiob. Widok ciekawy, ale na opisywanie  każdego z miejsc po kolei szkoda mi czasu…

(2) Kurdyjskie dzieci czyszczące buty

Anarchy in Turkey

Maszerując uliczkami Urfy, skierowaliśmy się w stronę zamku. Mijaliśmy wiele zabytkowych kurdyjskich domostw, liczne sklepy i bazary. W miarę oddalania się od nowoczesnej części, miasto stawało się coraz bardziej „dzikie” i  orientalne. Spotykaliśmy dziesiątki kurdyjskich dzieciaków, zarabiających na ulicy, sprzedając chusteczki higieniczne lub czyszcząc buty. Wielu napotkanych mieszkańców Urfy było dotkniętych kalectwem, co skłoniło nas do licznych refleksji. W powietrzu unosiła się wyraźnie wyczuwalna woń orientalnych przypraw oraz  tytoniu, która miejscami mieszała się ze  fetorem rynsztoku.  Momentami czułem się trochę jak Marlow z „Jądra ciemności”.

Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o miejsce, które w skrócie mógł bym opisać jako „dom gry”. Było to jedno z najstarszych miejsc tego typu, w tej części Turcji. Dookoła ogromnego placu, pełnego od stolików przy których gromadzili się mężczyźni, podwieszony był balkon, z którego mogłem podglądać graczy.  Nad dziedzińcem rozprzestrzeniały się tumany dymu tytoniowego z fajek wodnych i papierosów.  Jak już wcześniej pisałem , większość gorliwych muzułmanów nie pija alkoholu, za to prawie wszyscy są uzależnieni od papierosów i herbaty.  Jak w Gaziantep, można spotkać sklepy monopolowe, niemalże na każdym rogu, to w Urfie nie widziałem ani jednego punktu ,gdzie można by było kupić jakikolwiek napój wyskokowy.

(3) Szachy i herbata

(4)Mężczyźni ubrani w chusty, grający w karty

(5) Spotkanie przy papierosie i herbacie

(6) Widok z góry

Na pierwszym piętrze budynku znajdowały się pracownie krawieckie do których wchodziło się bezpośrednio z balkonu. Wszędzie porozstawiane były  maszyny do szycia i inne przyrządy krawieckie, które potęgowały niesamowity klimat miejsca.

(7) Utopia …

 

Bezpośrednio z „domu gier” czy jakkolwiek się to miejsce nazywało, wyszliśmy na gigantyczny bazar. Po wejściu na targowisko, nasunęło mi się pierwsze skojarzenie – Syria.  Dziesiątki straganów z chustami,  przyprawami, mięso wywieszone na wystawach i produkty dosłownie ze wszystkich działów. Nawet sprzedawcy wyglądali podobnie do tych z Aleppo, a o kobietach z zakrytymi twarzami i chustami na głowach już nie wspomnę. Pomiędzy straganami, spacerowali starsi mężczyźni ubrani w tradycyjne, szerokie spodnie (szarawary) i „arafatki” na głowach oraz  kurdyjscy młodzieńcy w  eleganckich butach, dresach i z żelem na włosach.

Ciekawostką może być sklep, w którym można było kupić każdy typ broni: od shotgunów po broń krótką. Jak się później dowiedziałem, w Turcji bardzo łatwo jest dostać pozwolenie na używanie pistoletu. Kolega nawet zaproponował mi, że jak chce to może poprosić sprzedawce żeby ściągnął mi jakąś groźnie wyglądającą strzelbę i zrobię sobie z nią sesję zdjęciową.

Po kilkudziesięciu minutach kluczenia po labiryncie straganów w końcu dotarliśmy do parku Gölbasi, w którym znajdował się staw ze słynnymi karpiami. Żeby zacząć opisywać miejsca które zobaczyliśmy, konieczne jest przybliżenie legendy o Abrahamie.

Król Nemrod (prawnuk Noego) był wielkim miłośnikiem pogańskich bóstw.  (…tak bardzo, że chciał się stać jednym z nich!) Jednak na swojej drodze spotkał proroka Abrahama, który wypowiedział mu prywatną wojnę. Król rozwścieczony postępowaniem Abrahama postanowił go ukarać i udowodnić wszystkim, że to on jest najpotężniejszy na całym świecie. Kazał wyciąć wszystkie drzewa w okolicy i usypać z nich wielki stos, na którym miał spłonąć Abraham. Na pobliskim zamku, wybudowano dwie kolumny z których Abraham miał zostać wystrzelony (jak z procy!) w ogień. Jednak Bóg Abrahama zlitował się nad nim i zamienił płomienie w wodę a rozpalone węgle w ryby. Przez co prorok bezpiecznie wylądował w stawie. Ryby które powstały z transformacji, to Karpie i do dziś są uważane jako święte. Jeżeli ktokolwiek odważy się zabić i zjeść rybę – oślepnie.

Rozgniewany na Nemroda, Bóg, pokarał go zsyłając muchę, która przez nozdrza dostała się do jego mózgu. Władca nie był w stanie wytrzymać brzęczenia i co chwilę uderzał głową w ścianę, co z czasem doprowadziło do jego śmierci.

Kurdowie opowiadali jeszcze coś o wybrance Abrahama i kilka innych szczegółów ale nie było to jakoś wyjątkowo fascynujące. Jak kogoś interesuje to odsyłam do internetu.

(8) Święte karpie

Miejsce jest niezwykle ważne dla muzułmanów, którzy uważają Abrahama za swojego proroka. Z tego powodu, Urfa jest częstym miejscem pielgrzymek wiernych z całego świata Arabskiego.  Park w którym mieszczą się główne zabytki, jest wyjątkowo malowniczy i mimo, że nie ma za wiele wspólnego z naszą religią na pewno warto go odwiedzić. Według wiary katolickiej (Biblii) Abraham pochodził z miasta Ur (na mapie o wiele niżej, wgłąb Mezopotamii, gdzieś na terytorium dzisiejszego Iraku).  Podobnie sytuacja przedstawia się z Hiobem, jednak to nie przeszkadza muzułmanom wierzyć, że to właśnie Urfa  jest miastem Proroków. Ponadto z miejscem związanych jest jeszcze kilka innych opowieści,  ściślej powiązanych z Chrześcijaństwem. Ale tak samo jak w poprzednich przypadkach, ich wiarygodność jest raczej znikoma. Mówi się, że Abgar V, władca Edessy (starożytna nazwa Şanlıurfy) prowadził korespondencje listowną z Jezusem. Gdy król zachorował na trąd, Chrystus wysłał mu swoją podobiznę ,odciśniętą na chuście (Mandylion). Mężczyzna został cudownie uzdrowiony, jednak wiele lat później, po jego naturalnej śmierci, relikwia zaginęła, a mieszkańcy Edessy ponownie zaczęli wierzyć w pogańskie bóstwa.

(9) Meczet Halilur Rahman Camii

Żadne zdjęcia nie są w stanie pokazać jak wiele ryb znajduję się w stawie.  Z tego co usłyszałem, władze miasta w żaden sposób nie kontrolują rozrodu zwierząt. Za 50 kuruszów (przez nas potocznie nazywane „kurwisze”) czyli około 1zł można kupić karmę. Gdy chodź jedno ziarenko wpadnie do wody, setki ryb przypływa po więcej.

Nad stawem znajdował się zabytkowy, przepiękny meczet Halilur Rahman , pochodzący z XIII wieku. Pogoda tamtego dnia, wyjątkowo nam się udała, przez co spacerowanie po parku było czystą przyjemnością. Podobno w lecie w Urfie temperatura sięga 50 stopni Celsiusza, co wyjątkowo utrudnia zwiedzanie. Mówi się, że Şanlıurfa jest jednym z najgorętszych miejsc w całej Turcji

(10) dziewczynka karmiąca święte karpie

(11) Mężczyzna dokonujący ablucji, przed modlitwą w meczecie


Wspinaczka na górę zamkową zajęła nam dłuższą chwilę (pokonaliśmy dokładnie 169 schodów). Sam zamek prezentował  się dość mizernie, może z tego powodu, że na tym terenie prowadzone było wiele wojen, a Edessa (Şanlıurfa) przechodziła z rąk do rąk. Władali ją między innymi Rzymianie, Persowie, Grecy, Arabowie, Krzyżacy a nawet Mongołowie. Najciekawszym punktem zamku, są dwie ogromne korynckie kolumny, które górują nad Urfą i  stały się jej swoistą  wizytówką. Z góry zamkowe rozciągał się przepiękny widok na okolicę, którym rozkoszowaliśmy się przez dłuższą chwilę

(12) Kolumny na wzgórzu Damlacık, na drugim planie panorama Urfy

Ciekawostka  : Miejscowa legenda głosi, że Urfa była pierwszym miastem wzniesionym po opadnięciu wód Potopu.

(13) powtórzone

Słońce chyliło się ku zachodowi a my mieliśmy jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia , więc szybki krokiem zeszliśmy z góry zamkowej.  Nasz Kurdyjski przewodnik, zaprowadził nas na teren wykopalisk archeologicznych. Odwiedziliśmy ruiny starożytnej łaźni parowej, sprzed kilku tysięcy lat. Podłoga w budynku była pokryta przepięknymi mozaikami przedstawiającymi między innymi Greckich Bogów.  Cały budynek był doszczętnie zniszczony i tylko mozaiki przetrwały próbę czasu. Nad terenem wykopalisk rozwieszony był ogromny namiot który chronił znalezisko przed deszczem i innymi niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi.  Była niedziela, wiec nikogo poza nami nie było w ruinach łaźni. Ale gdzieniegdzie można było zobaczyć miski z wodą , służące do oczyszczania mozaiek i inne przyrządy niezbędne do renowacji obiektu.

(14) Mozaika

Po zachodzie słońca wybraliśmy się na  Turecką kawę do tradycyjnego, Kurdyjskiego domu. Zaczęły się rozmowy na  wszelkie tematy, od historii Urfy, po model muzułmański rodziny.  W szczególności, we wschodniej części Turcji,  wielopokoleniowe, wielodzietne rodziny, żyją we wspólnych domach. Ośmioro czy dziesięcioro dzieci, to norma dla typowych kurdyjskich rodziców. Czasami rodziny są tak liczne , że mogą zamieszkiwać całe wioski. Taki przypadek ma miejsce nieopodal Urfy.  Każdy jest spokrewniony z każdym, a wiec bardzo łatwo o kazirodztwo. Z tego względu tak wiele upośledzonych ludzi można spotkać na ulicach miasta. Ponadto najsilniejsze rodziny tworzą coś w rodzaju mafii, rywalizują między sobą , tworzą się sojusze itp.

Na zakończenie dnia jeszcze raz wybraliśmy się nad staw z karpiami, żeby zrobić kilka nocnych fotek. Potem już tylko czekała nas 3 godzinna droga powrotna do Gaziantep.

(15) Halilur Rahman Camii nocą

sprostowanie:

Nazwa turecka Urfa została zmieniona w 1984 przez turecki parlament, przez dodanie do niej członu Şanlı oznaczającego wielki, zwycięski (uczyniono tak, aby upamiętnić opór miasta, w tureckiej wojnie niepodległościowej z lat 1919-1923). W rozmowie z Turkami równie często słyszy się Urfa jak i Şanlıurfa, więc w moim tekście stosowałem te nazwy wymiennie !

->więcej zdjęć TUTAJ<-

Antakya (Hatay) 2 styczeń 2011

Ciekawostka na dobry początek: Pamiętacie „Indiane Jonesa i Ostatnią Krucjatę„? Według scenariusza, to właśnie w prowincji Hatay (dokładnie miasto İskenderun dawniej nazywane Aleksandretta) zaczynała się trasa, prowadząca do kanionu gdzie ukryty był Święty Grall…

Na wycieczkę zostaliśmy zaproszeni przez kolegę z wydziału, który pracuję w organizacji religijnej, organizującej tego typu imprezy. Największy plus wyjazdu, który ucieszyłby każdego prawdziwego Polaczka (w tym mnie!) , jest  fakt, że dosłownie wszystko mieliśmy za darmo.

Około godziny 5:30 rano, zaraz po pierwszych porannych modłach, wyjechaliśmy z Gaziantepu, kierując się w stronę prowincji Hatay. Naszym pierwszym przystankiem okazała się mała wioska leżąca gdzieś nieopodal Antakyi. Zaproszono nas, na coś w rodzaju Tureckiego kazania, na którym pewien mężczyzna opowiadał o represjach ze strony armii w stosunku do Muzułmanów, jakie miały miejsce na przeciągu ostatnich 40 lat. Z tego co się później dowiedziałem (choć mogło by się wydawać inaczej) gorliwi wyznawczy Allaha, wcale nie mają tak łatwo w Turcji. Według założenia Atatürka kraj ma pozostać Laicki, i za każdym razem jak jakaś grupa religijna chciał by dojść do władzy , armia ma prawo dokonać zamachu stanu (stało się to już  cztery razy!). Dla zainteresowanych tematem odsyłam do artykułu .Po spotkaniu, zabrano nas na cmentarz, gdzie leżał ojciec mężczyzn, który umarł w imię swoich przekonań religijnych, i który pośmiertnie, stał się kimś w rodzaju lokalnego guru.

Kolejny punkt programu to zwiedzanie Antakyi (lub jak ktoś woli Antiochii Syryjskiej) , stolicy prowincji Hatay. Miasto ma bogatą historię, której początki sięgają roku 300 p.n.e. Współcześnie prowincja zamieszkiwana jest przez wiele grup etnicznych, co wyraźnie można odczuć na ulicach.

(1) meczet Habibi Neccar Camii

Na początek odwiedziliśmy meczet Habibi Neccar Camii. Długo zajęło  mi rozszyfrowanie historii tego miejsca, bo w zasadzie nigdzie w internecie nie można znaleźć dokładnych informacji (w jakimkolwiek ludzkim języku – czytaj Angielski lub Polski), a szkoda, bo jest to miejsce niezwykle ciekawe.  Poniżej, to co udało mi się wygrzebać… Nazwa świątyni pochodzi od Habib-i Neccar’a, pierwszego wyznawcy słów głoszonych przez uczniów Chrystusa. Apostołowie Jan i Paweł na polecenie Jezusa przybyli do Antiochii by głosić słowo Boże. Na miejscu spotykają niechęć społeczeństwa i tylko jeden stolarz (Neccar) staje po ich stronie. Później Jezus wysyła jeszcze Barnabę, ale mimo wszelkich starań, władze miasta wtrącają całą trojkę do więzienia.  Dalej jest fragment, którego za bardzo nie rozumiem , ale (chyba) apostołom udaje się jakoś wydostać (zbiec) a Neccar zostaje zesłany na  tortury (za swoją wiarę) , a następnie na szczycie góry poddany dekapitacji, a jego ciało zostaje strącone w przepaść.

Pierwotnie świątynia była kościołem zbudowanym przez krzyżowców, a potem została zamieniona  na meczet przez Mameluków. Obecnie szczątki męczennika znajdują się gdzieś w grobowcu poniżej  meczetu.

(2) Ablucja (obmycie)

(3) Modlitwa

Jeszcze przed obiadem , mieliśmy okazje z bliska przyjrzeć się muzułmańskim modlitwą i całemu rytuałowi który temu towarzyszy.

(4) Mężczyzna modlący się w samotności, przed wejściem do meczetu

(5) Mułzumanin czytający Koran nad grobem męczennika

Następnie udaliśmy się do kościoła (jaskini) świętego Piotra, wykutego w zboczu góry Staurin.  Według Biblii to właśnie w tej jaskini apostoł Piotr, wygłaszał pierwsze kazania. Można sądzić , że świątynia jest jednym z najstarszych kościołów chrześcijańskich na świecie. Zabytkowa kamienna fasada, została dobudowana do groty, przez krzyżowców podczas pierwszej krucjaty. Wnętrze jest niezwykle skromne ale i zarazem surowe, na podłodze i ścianach gdzieniegdzie widnieją pozostałości po mozaikach.  Ponadto wewnątrz znajduję się kamienny tron, ołtarz i figura świętego.

(6) Fasada kościoła Świętego Piotra, wybudowana przez krzyżowców około roku 1100 n.e.

W drodze powrotnej do Gaziantepu odwiedziliśmy jeszcze kilka meczetów, ale z mojego punktu widzenia nie było to nic godnego uwagi. W Akademiku byliśmy po 20:00

Ciekawostka na zakończenie : do roku 1938 Hatay należał do Francuskiego protektoratu Syrii, następnie do roku 1939  cieszył się niepodległością (Republika Hatayu), później z własnej inicjatywy został włączony do Turcji, której częścią jest do dzisiaj. Syria nigdy nie pogodziła się z utratą Hatayu. Niektóre mapy syryjskie do dziś ukazują Antakyę jako część Syrii. Fakt ten stał się zarzewiem ciągnących do dziś konfliktów między Turcją i Syrią. Chcąc zmusić Turcję do zwrotu okręgu władze Syrii udzielały cichego poparcia terrorystom kurdyjskim

Więcej zdjęć TUTAJ

(7) Ołtarz                                                                                             (8) Panorama Antakyi

Góra Nemrut (Nemrut Dağı) 26 grudnia 2010

Święta Bożego Narodzenia chcieliśmy spędzić w trochę inny sposób, niż siedzenie w akademiku i zdecydowanie nam się to udało. Przez długi czas planowaliśmy wycieczkę na wschód Turcji. Jednak nasze wielkie plany zostały pokrzyżowane przez liczne niesprzyjające okoliczności losu, o których za chwilę co-nieco napisze. Śmiało mogę powiedzieć, że to co przeżyliśmy tamtego dnia, było o wiele bardziej hardkorowe niż wszystko inne, co nas do tej pory spotkało, podczas pobytu w Turcji.  Zapraszam do czytania i komentowania.

O pomoc w organizacji wycieczki, poprosiliśmy naszego  erazmusowego koordynatora. Mężczyzna obiecał nam, że załatwi autobus, ale żeby nie płacić za dużo, musieliśmy uzbierać 20 osób – co udało nam się bez większych problemów. W dniu wycieczki mieliśmy międzynarodową ekipę i wszystko wydawało się iść w dobrym kierunku.  Jednak na kłopoty nie trzeba było długo czekać … Tak jak się wcześniej umawialiśmy, autobus przyjechał w sobotni wieczór, punktualnie o 24:00.   Wtedy to właśnie,  rozpaczała się spirala nieszczęść której konsekwencje jeszcze długo będziemy odczuwać.

Autobus okazał się pojazdem przeznaczonym do przewożenia dzieci, w którym było niesamowicie mało miejsca- a mieliśmy do pokonania około 600 km. Co więcej nasz koordynator zabrał ze sobą 2 kolegów, o których  nie wspomniał  nic wcześniej. Skutkiem tego, dwóch znajomych z akademika musiało zrezygnować z wycieczki. Notabene to właśnie oni, mieli bardzo duży udział w planowaniu i organizowaniu podróży. Po kilkudziesięciu minutowej kłótni w końcu odjechaliśmy w stronę góry Nemrut- naszego pierwszego celu (i jak się później okazało, zarazem i ostatniego).  Poza stałą ekipą Erazmusów , w wyciecze uczestniczyło też 4 Irakijskich Kurdów, 5 Turków oraz Sibel – nauczycielka chińskiego, pochodząca z Tajwanu, która aktualnie mieszka z nami w akademiku.

Po 5 godzinach podróży , na kilkanaście minut przed wschodem słońca dojechaliśmy do celu  – masywu górskiego Taurus. Oczywiście w akademiku nie mieliśmy żadnego zimowego ubrania wiec, żeby ochronić się przed zimnem ubraliśmy się na „cebulkę”. I tak na nogach miałem spodnie na to założone dresy, na nogach buty (zimowe) oraz dwie pary skarpetek. Od pasa w górę mój strój był o wiele bardziej skomplikowany : podkoszulek, koszula z długim rękawem, sweter, bluza z kapturem, polar, kurtka przeciwdeszczowa. Do tego ciepłe rękawiczki i czapkę.

Kierowca autobusu oczywiście zabłądził. Zatrzymaliśmy się gdzieś po środku  polnej drogi. Wszyscy byli bardzo podnieceni obejrzeniem „tych” słynnych 8 metrowych posagów na szczycie góry, oświetlonych przez promienie wschodzącego słońca.

Bez większego zastanowienia pobiegliśmy przed siebie w poszukiwaniu ścieżki na szczyt. W końcu odnaleźliśmy jaką odśnieżona drogę. Robiło się coraz jaśniej, więc jak najszybciej poruszaliśmy się przed siebie. Po 20 – 30 minuta (oczywiście już po wschodzie) dotarliśmy na szczyt, naszym oczom ukazała się ogromna stacja metrologiczna. Ze środka wyszedł zaspany mężczyzna który nie za bardzo wiedział co się dzieje. Któryś z Turków zapytał go , gdzie możemy znaleźć posągi. Na twarzy mężczyzny pojawił się delikatny uśmiech, po czym powiedział, że to nie ta góra. Palcem wskazał na szczyt, oddalony o mniej więcej 5-6 km od punktu, w którym się wtedy znajdowaliśmy, oznajmiając że to właśnie tam powinniśmy się udać. Po chwili rozmowy dowiedzieliśmy się, że warunki na „prawdziwym” Nemrucie są bardzo ciężkie i od długiego czasu szczyt jest zamknięty dla turystów…

Zasmuceni zeszliśmy do autobusu. Na miejscu spotkała nas kolejna niemiła niespodzianka . Kierowca autobus jakimś cudem urwał zderzak przy zawracaniu. Nasz ukochany koordynator powiedział nam, że uprzednio zebrane pieniądze za wejście na Nemrut będziemy musieli przeznaczyć na naprawę pojazdu. Wydało nam się to niedorzeczne i bezczelne , ale jeszcze nie zaczynaliśmy awantury, bo bezpiecznie chcieliśmy dokończyć wycieczkę. Co więcej, zderzak po kilku minutach  został przykręcony na miejsce, a to raczej nie nasza wina, że mężczyzna był fatalnym kierowcą. Podirytowani wsiedliśmy do środka i po chwili odjechaliśmy.

Bus zatrzymał się przy skrzyżowaniu z drogą prowadzoną na „prawdziwy” Nemrut.  Jezdnia była całkowicie zasypana śniegiem. Do szczytu, od miejsca w którym wtedy się znajdowaliśmy było ponad 5 km (tabliczka powyżej). Rozegrała się burzliwa dyskusja, czy wchodzimy na piechotę, czy zawracamy z pustymi rękoma.  Szybko i w zasadzie jednogłośnie podjęliśmy decyzje – idziemy na piechotę!

(1) Droga na Nemrut

Początkowo szło nam się bardzo dobrze, droga nie była zbyt stroma, a śnieg nie zapadał się pod stopami.  Pod grubą warstwa białego puchu kryła się jezdnia, z której nie raz zbaczaliśmy dla skrócenia trasy. Po kilkudziesięciu minutach marszu, ścieżka zaczęła zakręcać i stromo piąć się pod górę. Z każdą minutą słońce świeciło coraz mocniej, a śnieg stawał się coraz miększy i miększy. Gdzieniegdzie spod białej skorupy, wystawały przysypane znaki drogowe. Nie wiedzieliśmy ile jeszcze drogi zostało przed nami, ale wytrwale brnęliśmy do przodu. Co jakiś czas na śniegu spotykaliśmy ślady łap. Jak się później dowiedzieliśmy po okolicy grasowały watahy, wygłodniałych wilków i hien. Na szczęście po drodze przyłączyły się do nas trzy psy, które towarzyszyły nam całą  drogę na szczyt góry. Z każdą minutą widok na okolice stawał się coraz lepszy. Naszym oczom ukazywały się kolejne ośnieżone szczyty gór Taurus. Poniżej , gdzieś w oddali , mieniły się wody rzeki Eufrat. Niedaleko od Nemrutu znajdowała się Zapora Ataturka, 5 co do wysokości tama na świecie.

Po godzinie marszu , naszym oczom ukazał się kamienisty kurhan usypany na wierzchołku góry. Ucieszyliśmy się, bo dopiero w tym momencie, byliśmy wstanie określić, jak daleko od celu naszej podróży jesteśmy. Znowu, przez chwilę poczułem się jak bohater książek Lovecrafta.  Tym razem zamieniliśmy pustynie (Palmyre) na Góry (szaleństwa). Gdy udało nam się dostać do schroniska u podnóża wierzchołka, zdaliśmy sobie sprawę, że od bardzo dawna nikogo tam nie było. Budynki były w zasadzie całkowicie zasypane śniegiem. Dalej droga stawała się o wiele bardziej niebezpieczna, więc tylko sześcioro z nas zdecydowało się na dokończenie wspinaczki. Byłem niewyobrażalnie zmęczony, moje buty całkowicie przemokły. A podróż utrudniał topniejący śnieg, który, co każdy następny krok, zmuszał mnie do ogromnego wysiłku. Powoli i ostrożnie przemieszczaliśmy się wzdłuż, stromego ośnieżonego zbocza.  Zdawałem sobie sprawę , że jeżeli któreś z nas poślizgnęłoby się i spadło w dół, nie prędko otrzymalibyśmy jakąkolwiek pomoc. Co chwile przez moją głowę przechodziły myśli, żeby się poddać i zawrócić, ale coś wewnątrz mówiło mi , że za wszelką cenę muszę zobaczyć ten gigantyczny grobowiec, przez wielu określany jako 8 cud świata.

(2) Odpoczynek u podnóża szczytu

(3) Zasypane przyczepy Żandarmerii

(4)Powtórzone

W końcu naszym oczom ukazały się pierwsze pozbawione głów, kamienne figury usytuowane u podnóża, 50 metrowego kurhanu, usypanego ludzkimi rękoma. Najwyższy punkt  znajdował się na wysokości 2134 metrów nad poziomem morza. Poczułem się jak odkrywca tego miejsca. Nienaruszony ludzkimi stopami, mieniący się w ostrym słońcu śnieg, pokrywał cały teren oraz ogromne kamienne głowy. Gdzieś tam, wiele metrów pod nami, znajdował się nietknięty ludzką ręką grobowiec króla Antiocha, władcy Kommageny , do którego prowadziły nieodkryte, tajemnicze tunele.   Antioch , po swojej śmierci, chciał stworzyć kult własnej osoby. Obłąkany władca wierzył, że w jego żyłach płynie krew starożytnych Bogów. Na szczycie góry, niedostępnej dla zwykłych śmiertelników, blisko niebios, wybudował ogromne sanktuarium, które strzegły posągi Greckich i Perskich Bóstw oraz jego samego pomiędzy nimi.

Bezskutecznie, przez wiele lat naukowcy starali się dostać wgłąb góry i odnaleźć pogrzebany sarkofag władcy. Do  tego celu użyto nawet dynamitu, przez co kurhan w obecnej chwili jest o 5 metrów niższy. Wszystkie głowy są oddzielone od gigantycznych, siedzących na tronach postaci. Podejrzewa się, że było to skutkiem gigantycznego trzęsienia ziemi.  Druga wersja mówi, że głowy mogły zostać usunięte przez zwolenników ikonoklazmu, na co może wskazywać fakt, że statuy bogów nie posiadają nosów. Gdzieś pomiędzy posągami znajdowała się kamienna tablica przedstawiająca wzajemne położenie gwiazd i planet, które po rozszyfrowaniu przez astronomów wskazuje datę 7 lipca 62 r. p.n.e. Bardzo możliwe , że właśnie wtedy wykonano całą konstrukcję. Muszę nadmienić, że tylko 9 historycznych miejsc w Turcji zostało wpisane na listę UNESCO, to właśnie Nemrut jest jednym z nich! Nazwa góry pochodzi od legendarnego mitycznego władcy Nemroda , tego samego którego wzniósł biblijną wierze Babel…

(5) Pozbawiona nosa, głowa jednego z bóstw.

(6) Jak wyżej

Król kazał nazywać siebie Antioch I Theos Dikajos Epifanes Filoromajos Filhellen co mniej więcej oznacza Antioch Bóg Sprawiedliwy i Objawiony, Przyjaciel Rzymian i Greków

(7) Sanktuarium strzegły posągi Lwa oraz Orła

(8) kamienne głowy z profilu

(9) Nemrut Dagi w całej okazałości

(10) Fragment podestu (ołtarza)  na szczycie góry

(11) Statua Lwa, na drugim planie masyw górski

(12) Zdobywcy góry Nemrut

Widok ze szczytu był naprawdę niesamowity, po kilkunastu minutach, postanowiliśmy wracać do naszych towarzyszy czekających przy schronisku.

(13) Niebezpieczna droga w dół

Gdzieś tam w oddali spostrzegliśmy zarys sylwetki, jak się później dowiedzieliśmy był to myśliwy polujący na dzikie zwierzęta

(14) Zasypane znaki drogowe

Wydawało nam się, że droga w dół będzie o wiele łatwiejsza niż wspinaczka na szczyt. Myliliśmy się! Ostre słońce, topiło śnieg, przez co każdy kolejny krok , powodował zapadanie się w lodowaty, biały puch. Po kilkudziesięciu minutach mieliśmy mokre nogawki spodni, a w butach wodę. Po mniej więcej godzinie marszu, dostaliśmy się do autobusu. Przemoczeni , wyziębieni , zmęczeni … ale i zarazem dumni z siebie i zadowoleni. Nie przygotowani na taką wycieczkę , bez odpowiedniego sprzętu wspięliśmy się na ponad 2 tys. metrową górę . Nikt o zdrowych zmysłach nie odważył by się na taką wycieczkę, przez co  ja osobiście, byłem z siebie jeszcze bardziej zadowolony.

Na Nemrut przeznaczyliśmy o wiele więcej czasu, niż na początku planowaliśmy… w końcu przemaszerowaliśmy ponad 12 km w dość ciężkich warunkach. Dlatego nasz plan musiał ulec diametralnej zmianie. Zamiast do Adyaman postanowiliśmy pojechać prosto do Urfy. Promem musieliśmy przedostać się na drugą stronę rzeki Eufrat.  Droga do przystani wiodła poprzez liczne Kurdyjskie wioski, w których czas zatrzymał się chyba ze 100 lat temu. Ludzie mieszkali w okropnych warunkach , niektóre domy wyglądały jak zrobione z gliny i słomy. Przez chwile poczułem się jak w zupełnie innym świecie. Najbardziej szokujący był dla mnie Kurdyjski chłopiec , który patroszył rybę nad brzegiem Eufratu. Wszystko było by okej, gdyby nie fakt, ze podczas obcinania płetw i ogona stworzenie jeszcze żyło.

Po drugiej stronie rzeki, czekała nas podróż poprzez pustkowia pokryte setkami głazów wulkanicznego pochodzenia. Gdzieś tam na horyzoncie widniały pokryte śniegiem szczyty, po których kilka godzin wcześniej maszerowaliśmy. Co jakiś czas mijaliśmy stada owiec pasących się gdzieś przy jezdni. Ten obszar Turcji diametralnie różnił się od wszystkiego tego co zobaczyłem wcześniej, nawet Gaziantep przy tamtych wioskach to „małe piwo”.

Mniej więcej 90 km od Urfy, kierowca busa zjechał na pobocze i oznajmił, że złapaliśmy gumę. Zatrzymaliśmy się dosłownie po środku niczego, dookoła nie było nic poza rozciągającą się po horyzont równiną. Po chwili okazało się ,że w autobusie nie ma, koniecznego do wymiany koła klucza. Ale to nie koniec problemów, podnośnik niezbędny do naprawy również był uszkodzony. Mężczyźni zaczęli zatrzymywać kolejne samochody i prosić o narzędzia, w końcu gdy trafili na właściwy sprzęt, okazało się, że jedna ze śrub na których była przykręcona felga była „przekręcona” i bez pomocy mechanika nic z tym „fantem” nie da się zrobić. Podczas gdy „fachowcy” starali się podnieść auto, musieliśmy wyjść z pojazdu i czekać przy poboczu. Słonce powoli chowało się za horyzont, a temperatura gwałtownie spadała. W przemoczonych butach, sterczeliśmy opatuleni w koce, czekając na możliwość ruszenia w dalszą drogę. Jeden z Turków rozpalił ognisko w przydrożnym rowie. W końcu udało się uruchomić samochód. W pobliskim mieście, zawitaliśmy do wulkanizatora, który wymienił uszkodzona oponę.

Ruszyliśmy w dalsza drogę do Urfy. Jednak nasza radość nie trwałą długo. Dosłownie kilka minut po odjeździe od mechanika , sytuacja powtórzyła się ponownie.  Tym razem było całkowicie ciemno. Wszyscy byli ekstremalnie zmarznięci i poddenerwowani. Ludziom zaczęły puszczać nerwy. Kierowca ponownie zadzwonił do mechanika. Mężczyzna przyjechał po kilkunastu minutach, jednak zapomniał wsiąść ze sobą narzędzi (!) W tamtym momencie byłem świadki jednej z bardziej kuriozalnych scen w moim życiu. Mechanik podniósł ogromny kamień i za jego pomocą starał się odkręcić koło. Pozostawię to bez komentarza! Podczas naprawy autobusu kierowcy nawet nie włączyli ogrzewania w pojeździe. Gdy udało się uruchomić autobus, w zasadzie jednogłośnie zadecydowaliśmy, że chcemy wracać prosto do Gaziantep.  Na miejsce dotarliśmy grubo po północy… Po powrocie ani nasz „kochany” koordynator , ani kierowca, ani jego dwaj kumple, z którymi nie zamieniliśmy ani jednego zdania, nie powiedzieli słowa przepraszam, a o  zwrocie pieniędzy nawet nie będę wspominać. Jednogłośnie postanowiliśmy, że udamy się z tą sprawą do dziekana… zobaczymy co z tego wszystkiego wyjdzie !

Więcej zdjęć TUTAJ

Gaziantep z trochę innej strony

No i stało się… Po 3 miesiącach pobytu w Turcji, wreszcie doczekaliśmy się tego, czego chyba, każdy z Europejskich studentów w Gaziantep, obawiał się najbardziej – ZIMY !  Trudno nazwać pogodę, jaką w tych dniach mieliśmy, „typowo” zimową , bo daleko jej do tego co działo się  w tym czasie w Polsce, ale spadek temperatury i opady dały, nam się we znaki. Jeżeli mam być obiektywny, to przyrównał bym ją raczej do zwykłej „mokrej” polskiej jesieni. Choć przez ostatnie kilkanaście dni temperatura spadła poniżej 10 stopni (oczywiście 10, powyżej zera) i w zasadzie non stop padał deszcz, to do minus 20 w Polsce, tej „pustynnej zimie” jeszcze daleko.  Ku naszemu zdziwieniu, mimo że dużymi krokami zbliżał się styczeń, pewnej nocy, nad Gaziantepem rozpętała się burza z piorunami!

W tutejszych gazetach i internecie dużo się pisało o fatalnej sytuacji pogodowej w Europie. Turcy byli zaskoczeni ilością zgonów w Polsce. Nie byli w stanie zrozumieć jak ludzie mogą ginąć z zimna. Niektórzy nawet składali kondolencje.

Ziąb i dość  spora ilość nauki przytrzymała nas (chwilowo) w akademiku, jednak podczas ostatnich dwóch tygodni, mieliśmy okazję uczestniczyć w dwóch bardzo ciekawych wycieczkach i kilku innych mniejszych wydarzeniach.

(1) Stacja uzdatniania wody (9 grudzień 2010)

Niestety o tym, że jedziemy na tą wycieczkę dowiedzieliśmy się w zasadzie w momencie w którym wsiedliśmy do autobusu. Nie zjedliśmy nawet śniadania (ulubionej bułeczki z serkiem i pomidorkiem za 1 lira, z uczelnianego bufetu). O aparacie fotograficznym czy kartce papieru, do sporządzenia notatek nawet  nie będę wspominać. Jednak dzięki uprzejmości kolegów z Iraku dostałem kartę pamięci ze zdjęciami. Ku naszemu zdziwieniu, tak duże miasto jak Gaziantep, ma tylko jedną stację uzdatniania wody. Według nieoficjalnych szacunków, w Gaziantepie może żyć nawet 1,5 mln mieszkańców, a w aglomeracji ponad 2 mln. Na pewno, wpływ na to, ma spory odsetek ludności Kurdyjskiej, nielegalnych imigrantów i ludzi nie zarejestrowanych w żadnym urzędzie. Z tego co mi się obiło o uszy, Turkom jest na rękę , nie rejestrować mieszkańców pochodzenia Kurdyjskiego,  bo  to „ładnie” wygląda w papierach, że w mieście żyje  więcej Turków… ale raczej nie będę rozwijać tego tematu. Wiem, że dla wielu rodowitych Turków, temat tej mniejszości jest nadzwyczaj drażliwy a jak zaczyna się rozmowę o Kurdystanie, to można odczuć wzrost agresji w tonie ich głosu. Ale wróćmy do tematu…  Dzienna wydajność stacji wynosi 360000 – 384000 [m3/d], jednak w dniu w którym odwiedziliśmy obiekt , oscylowała w  okolicy 252000 [m3/d].  Nie jest to jakaś oszałamiająco duża ilość, biorąc pod uwagę rozmiar Gaziantepu (2 razy więksy od Krakowa!) i prognozowane dzienne zużycie na mieszkańca, które wynosi 225 [l/d]. Dla porównania w Polsce zużycie to 120 [l/d].  Dla lepszego zrozumienia tematu mały cytat ze strony MPWiK

ZUW „Raba I” i „Raba II” (Dobczyce) są w stanie dostarczyć 196,0 tys. m3 wody na dobę. Są one głównym źródłem zaopatrzenia w wodę Krakowa oraz kilku innych miejscowości. Ich łączny udział w ogólnej dostawie wody wynosi około 55% dobowego zapotrzebowania na wodę. (100% – 356364 [m3/d])

Należy tutaj dodać, że Kraków poza wyżej wymienionymi Dobczycami ma trzy inne stacje u.w.

Woda do Gaziantepu tłoczona jest z oddalonej o 67 km zapory rurami o średnicy 1600 [mm].  Dookoła miasta zlokalizowana jest kilka zbiorników usytuowanych na wzgórzach, służących to podnoszenia ciśnienia w sieci. Zakład jest dość stary , bo został wybudowany w 1987 roku i raczej po tym co zobaczyliśmy nie były w nim prowadzone żadne większe prace remontowe. Z ciekawostek: Większość urządzeń w ZUW znajdowała się na świeżym powietrzu, ale w żaden sposób nie wpływało to na proces, bo temperatura w Gaziantepie i tak nigdy nie spada poniżej 0 stopni. Ponadto zabrano nas do chlorowni i mimo, że  na drzwiach do pomieszczenia pisało, że  nie wolno wchodzić bez maski gazowej , mogliśmy sobie swobodnie porobić zdjęcia i w zasadzie chodzić gdzie nam się żywnie podobało. Nie będę opisywać poszczególnych urządzeń, bo a) nie chce przynudzać b) a nuż przeczyta to jakiś profesor, ja strzelę gafę a później będzie mi wstyd. Pod tekstem załaczam link do zdjęć na picassie, gdzie znajdują się drobne opisy

Przerwa (Intermmision)

w ramach przerwy mała anegdotka dotycząca kina ! Jeżeli ktokolwiek oglądał stare filmy, jak „Przeminęło z wiatrem” czy „Ben Hur” musi pamiętać przerwę w połowie filmu. Pojawiała się klatka z napisem „intermmision”, ilustrowana jakimś podkładem dźwiękowym, aby widzowie mieli chwilę na odpoczynek. W Turcji w kinach jest podobnie… w połowie każdego filmu jest 15 minutowa przerwa na dwie ulubione rzeczy Turków, czyli Herbatę i Papierosy…

(2) Oczyszczalnia ścieków (23 grudzień 2010)

Po 2 tygodniach fatalnej pogodny , nagle nadeszła „wiosna”, temperatura diametralnie się podniosła i znowu można było chodzić w krótkim rękawku. Na kilka dni przed świętami wybraliśmy się na zorganizowaną przez uczelnie wycieczkę na oczyszczalnie ścieków. Oczyszczalnia która odwiedziliśmy została wykonana w 1999 roku przez francuską firmę. Wydajność obiektu wynosi 200 000 [m3/d] . Podobno w mieście znajdują się jeszcze dwa obiekty tego typu, ale ten który przyjemność mieliśmy odwiedzić był największy. Ciekawostką jest to , że w Gaziantepie, w żaden sposób nie oczyszcza się ścieków deszczowych. Co więcej, miasto nie robi zupełnie nic z  wodą z opadów … Z tego co zrozumiałem z rozmowy, to filozofia władz jest taka : jak się zdarzy że popada – to  i tak gdzieś wsiąknie. W ciągu roku występuję tylko kilkanaście dni deszczowych, więc nikt się jakoś tym bardzo nie przejmuje. A projektowanie sieci i oczyszczalni na taką ewentualność diametralnie zwiększyło by koszty inwestycji.

Oczyszczone ścieki , trafiają do kanału, który płynie po rolniczych terenach, przez ponad 60 km ,w kierunku rzeki Eufrat , Wodna ta może być za darmo wykorzystywana przez farmerów do irygacji pól.

(1) Zgarniacz, na drugiem planie obrzeża Gaziantep

->więcej zdjęć<-

Na zakończenie króciutka relacja z drugiego meczu na którym byliśmy w Turcji (nie ma koncertów, to trzeba się na sport przerzucić!)

Mecz GaziantepSpor kontra Galatasaray Istanbul (22 grudnia 2010)

Znowu udało nam się dostać darmowe wejściówki na mecz. Tym razem stanęliśmy po przeciwnej stronie barykady i usiedliśmy wraz z kibicami Galtasaray. Stadion był wypełniony po brzegi.  Fani drużyny z Istambułu, o wile głośniej i bardziej żywiołowo dopingowali swoją drużynę… więc i my musieliśmy na poczekaniu nauczyć się kilku tureckich piosenek . Z ciekawostek: na stadion za darmo mogą wchodzić dzieci do 10 roku życia. Przed wejściem zaczepiła nas grupka Kurdyjskich chłopców, w wieku 5-7 lat. Nasi Tureccy koledzy, którzy zaprosili nas na mecz, wprowadzili dzieciaki na stadion.  Kolejna ciekawostka to , że na mecz nie wolno wnosić żadnych monet w portfelu...zdarzały się przypadki , że znienawidzona drużyna została obrzucona drobniakami.

Mecz zakończył się wynikiem 1:1

WSZYSTKIM ŻYCZĘ WESOŁYCH ŚWIAT... wigilię spędzimy przy piekniej pogodzie i temperaturze , trochę poniżej 20 stopni ! A teraz kończę, trzeba lepić uszka, ubierać choinkę … no i najważniejsze: ogolić się